PC & KONSOLERECENZJA

Achtung! Cthulhu Tactics

czyli Cthulhu płakał jak ogrywał...

Achtung! Achtung! Cthulhu Tactics! Achtung przede wszystkim dla tych, których imię Wielkiego Przedwiecznego może skłonić do zakupu tej w gruncie rzeczy strasznie miałkiej produkcji. Doprawdy, Cthulhu płakał jak ogrywał, a ja razem z nim. A gdy minęło 10 straconych bezpowrotnie godzin otwarłem okno i na całe gardło zakrzyknąłem w stronę halembskich lasów: HASTUR! HASTUR! HASTUR! No niestety nie przylazł, a szkoda…  

Ten średniak ze studia Auroch Digital naprawdę nie ma wiele do zaoferowania. W warstwie samego gameplayu niewiele się tu dzieje – ot, prosta gra taktyczna, w której kierujemy drużyną czterech nudnych i bezbarwnych postaci, które snują się po równie nudnych i bezbarwnych mapach, strzelają do niewiele ciekawszych, a równie bezbarwnych nazi-cthulhu-żołnierzy. Równie bezbarwnych głównie dlatego, że próżno szukać jakiegokolwiek opisu i tła fabularnego dla naszych przeciwników. Ok, uczciwie powiem, że być może gdzieś tam dalej, po kilkunastu godzinach gry coś się może i klaruje – tego nie wiem – natomiast przez bite 10 godzin ostrzeliwujemy się z wrogiem, o którym w sumie nic nie wiem, a który – gdyby dać mu szansę – mógłby nawet być tam odrobinę ciekawy. No ale nikt mu – temu wrogu znaczy – takiej szansy nie dał.

W grze mamy trzy rodzaje misji – fabularne, poboczne i poboczne-ratunkowe. Owe misje w zasadzie niczym się od siebie nie różnią – idziemy przez prawie tunelową mapę, po drodze walczymy z przeciwnikiem, na końcu wychodzimy. Jasne, niby są tam jakieś fabularne elementy, ale osoba odpowiedzialna za ich projektowanie powinna spędzić co najmniej dwa lata w kolumbijskim więzieniu, żeby miała czas się zastanowić nad swoim życiem, a przy okazji podłapać jakikolwiek inny fach, bo do gamedevu się nie nadaje.

W grze zastosowano topornie wykonany system poruszania się pomiędzy kolejnymi potyczkami – poza walką nasza drużyna porusza się razem, w walce możemy już bohaterami pokierować osobno. Problem polega na tym, że nigdy nie wiemy kiedy zacznie się walka. Wchodzimy do pomieszczenia…. JEBUT! ENEMY SAJTED! I cała czwórka mega-wyszkolonych w boju komandosów stoi w drzwiach jeden za drugim… ani się cofnąć, bo te bambaryły z tyłu blokują ucieczkę, ani iść do przodu, bo tam pewnikiem oberwiemy po uszach.

W grze jest czterech podstawowych bohaterów i ewentualnie krótka ławka rezerwowych, jeżeli jakimś cudem któregoś z tych pierwszych nam porwą i trzeba będzie ich odbić. I tak nagle mogłem grać Indianinem, którego nawet na moment polubiłem, ale już po misji ratunkowej pożegnaliśmy się na zawsze, bo już skład był w komplecie… A bohaterowie w tej grze są jak rodzina… nie, nie tacy kochani… po prostu się ich nie wybiera.

Jeżeli ktoś szuka tutaj fabuły to też chyba powinien kupić sobie inną grę, albo ewentualnie ponownie sięgnąć do prozy Lovecrafta. Tutaj nie znajdziecie ani porywającej opowieści, ani klimatu, ani atrakcyjnego gameplayu. Nie będziecie mieli też okazji fajnie zarządzać drużyną, kompletować zespół pod swoje potrzeby, żonglować dziesiątkami broni… nie, tutaj po prostu jest zestaw obowiązkowy, ewentualnie kilka rozwijanych skilli, równie ciekawych jak cała reszta tej produkcji.

Dla kogo jest ta gra? Nie wiem, na pewno nie dla mnie. Na rynku jest mnóstwo świetnych gier taktycznych, no chyba nie trzeba specjalnie się wysilać, żeby znaleźć coś solidnego.  To już lepiej sobie zagrajcie w UFO: Enemy Unknown z 1994 roku – gwarantuję, że ta archaiczna produkcja da Wam więcej satysfakcji.

 

Tagi

4 Comments

      1. Udało mi się znaleźć obie te gry, nie pytaj to ściśle tajne skąd 🙂 Ale do sedna, pierwsza, starsza produkcja, wydana również na telefony komórkowe jest chyba prequelem, albo częścią pierwszą, tak czy inaczej jako że w obu produkcjach fabuła jest szczątkowa to ciężko do tego dojść, ale tamta dzieje się podczas WWI, a opisywana wyżej podczas WWII, więc wnioskuję, że kontynuacja, bo i bohater główny, hindus, również w obu występuje. Porównując obie wychodzi praktycznie to samo, tylko ta wcześniejsza próbuje być lekko fabularna (dialogi), a ta nowsza daje nam jedynie suchy briefing przed misją. Generalnie ani w jednej, ani w drugiej nie ma nic poza wyjętym z X-COMA, taktycznym strzelaniem do wroga. No i to w sumie tyle, bo z tym co wyżej napisałeś się w pełni zgodzę w obu produkcjach wieje nudą i powtarzalnością. Jedyne co to możemy skill pointy przyznawać postaciom i trochę zmieniać ekwipunek na zdobyczny i tyle, a tak to tylko idź zabij i heja banana. Ale chyba Jagged Alliance Flashback, który miał być wskrzeszeniem serii też był tak samo miałki, więc niestety takie produkcje powstają i widać twórcy nie przejmują się zbytnio tym jak zostaną przyjęte.

        Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close