KSIĄŻKIRECENZJA

Diablo III: Nawałnica światła

Utarło się ostatnio, iż premiera nowej gry Blizzarda nie może się obyć bez wypuszczenia na rynek książki uzupełniającej całą historię. Trend zaczął się w okolicach StarCrafta II i do dziś trwa w najlepsze. Tak jak przed premierą podstawki D3 na sklepowe półki trafił „Zakon”, tak teraz – również spod pióra Nate’a Kenyona – jest to „Nawałnica światła”. Jak bardzo fanatycznym fanem produkcji Zamieci trzeba być, by czerpać przyjemność z tej lektury? Spróbujmy umiejscowić odpowiedź na to pytanie na skali od „jeden” do „KoZa”.

Tak jak „Zakon” wziął się za porządkowanie pewnych faktów z historii uniwersum Sanktuarium, tak „Nawałnica Światła” jest już bardziej tradycyjnym pomostem fabularnym między dwiema grami. Jej akcja rozgrywa się zaraz po wydarzeniach z podstawki i prowadzi gracza przez historię, która zakończyła się sytuacją przestawioną w premierowym zwiastunie Reaper of Souls. Osią opowieści jest Tyrael, zasiadający teraz w radzie Angiris w roli Mądrości. Jest to pozycja, którą piastował wcześniej Maltael, lecz, mimo tego faktu, o samym Maltaelu nie dowiecie się z „Nawałnicy światła” zbyt wiele. Ze względu na mroczną energię emanującą z Czarnego Kamienia Dusz, w Królestwie Niebieskim nie dzieje się zbyt dobrze. Jego aura wpływa negatywnie na zachowanie aniołów, wzbudzając w nich agresję i jeszcze mocniej wzmagając nienawiść do ludzi. Co więcej, wygląda na to, że jedynie Tyrael, dzięki swojej nowo nabytej śmiertelnej postaci, potrafi dostrzec to, co się dzieje.

Plan jest więc prosty – trzeba zebrać grupę śmiałków, podprowadzić Kamień Dusz aniołom i schować go tak, żeby nikt nie wiedział, gdzie szukać. W skład sanktuaryjnej Drużyny A weszło kilku skrybów, mnich, nekromanta, czarodziejka, chłopek-roztropek i pani barbarzyńca. Część tych postaci była zupełnie nowa dla uniwersum Diablo (tak growego, jak i książkowego), ale kilka osób mogliśmy już wcześniej poznać. Chłopek-roztropek to Jacob, o którym pisałem już wcześniej przy okazji recenzji komiksu „Sword of Justice”. Towarzyszy mu Shanar, potężna znawczyni mocy tajemnych. Mikułowa, czyli lokalnego Bruce’a Lee, znamy z kolei z poprzedniej książki Nate’a Kenyona, wspomnianego we wstępie „Zakonu”. Na deser został Zayl, nekromanta, którego sam jeszcze nie poznałem, ale który pojawiał się już we wcześniejszych powieściach. Ma on również małe cameo w Reaper of Souls, ale wypatrzenie go wymaga odpowiedniej dozy czystego szczęścia. Szczęście to lepiej zużyć na zdobycie jakiejś dobrej „legendarki”. Jest też jeszcze Gynvir, czyli pani barbarzyńca (z określeniem „barbarzynka” jakoś nie mogę się pogodzić) i dałbym sobie rękę uciąć, że też ją skądś już znam.

Tak jak szczerze podobał mi się „Zakon”, tak przy „Nawałnicy światła” przysypiałem nawet wtedy, gdy czytałem ją w tramwaju, czyli tak zwanych okolicznościach sprzyjających. Choć nie jestem fanem uniwersum Diablo w kontekście książek, to naprawdę uważałem, że Nate Kenyon wycisnął ze swojego pierwszego tematu wszystko, co się dało. A może nawet i więcej. „Nawałnica…” zaś po prostu nudzi i męczy. Powodów jest kilka. Zdecydowanie przeszkadzał mi Tyrael w wydaniu emo. Już pewne przebłyski tych tendencji w jego zachowaniu pojawiły się w podstawce Diablo III, gdzie miał chwilę zwątpienia. Otrząsnął się jednak, zgolił grzywkę, zmył makijaż i rzucił się z powrotem w ferwor walki. Nawet zamykająca grę animacja wyraźnie sugerowała, iż były anioł odzyskał pewność siebie, od teraz będzie Mądrością, a wszyscy na niebie i Ziemi będą go słuchali. Cóż, autor powieści wycofał się z tych wszystkich pomysłów. W „Nawałnicy…” Tyrael gdzieś przez trzy kwarty objętości książki rozwodzi się nad kruchością ludzkiego życia, czuje się poniżony swoją słabością, a tak w ogóle, to by coś zjadł – wcześniej nie musiał.

Drugim poważnym problemem konstrukcyjnym jest liczba postaci, których jest zdecydowanie zbyt wiele. Nate Kanyon dał sobie przyzwoicie radę, gdy głównych bohaterów miał dwóch-trzech. Teraz jednak, gdy nabrał ich garściami i wrzucił bez ładu i składu do swojej opowieści, całość bardzo mocno się posypała. Co więcej, ogólny nadmiar rozmyślań nad życiem dotknął nie tylko Tyraela, przez co taki Jacob, którego już w komiksie ciężko było lubić, stracił w „Nawałnicy…” resztę swoich walorów.

Powyższe rozwiązania sprawiły, że nowej diablowatej powieści jest wszystko poza jakąkolwiek dozą napięcia. I nie twierdzę, że którakolwiek z książek Blizzarda sprawiła, że siedziałem jak na szpilkach. Sęk w tym, że „Nawałnica światła” osiągnęła absolutne granice miałkości. Ciągłe skakanie od rozmyślań Tyraela do któregoś z generycznych bohaterów sprawiło, że regularnie traciłem zainteresowanie lekturą tak po… jednej stronie. A przypomnijmy, że jestem fanem tego typu literatury.

Dla kogo więc jest „Nawałnica światła”? Mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Powiedziałbym, że dla tych graczy, którzy chcą się dowiedzieć, co się wydarzyło między podstawką a dodatkiem do Diablo III. Tyle, że to ja właśnie byłbym targetem w takim wypadku i nawet ja nie dałem się porwać. Ciężko wciągnąć się w opowieść, której finał został streszczony w promującej grę animacji. Co więcej, owo streszczenie wyraźnie też sugerowało, że istotność wydarzeń opisanych przez Nate’a Kenyona jest, delikatnie mówiąc, znikoma. Nie ma więc napięcia ani interesującej treści, jest za to emo-anioł i gromada bezpłciowych bohaterów. Innymi słowy: nawet ja nie widzę sensownego powodu, by za „Nawałnicę światła” w ogóle się zabierać.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close