KOMIKSYRECENZJA

Diablo: Tales of Sanctuary – Tak dobrze, a tak krótko

Ostatnio miałem okazję przybliżyć Wam komiks z uniwersum StarCrafta, który nosił tytuł… cóż, „StarCraft”. Praktycznie wszystko było „nie tak” z tym wydawnictwem – fabuła wlekła się, skakała i rwała, postaci były niejakie, a i oprawa graficzna w żadnym stopniu nie cieszyła oczu. Teraz zaś wziąłem się za inną propozycję od Blizzarda, z innego uniwersum. Jako że nie jest to StarCraft (ani nie WarCraft), zostaje nam już tylko Diablo, czyli teoretycznie świat o najmniejszym potencjale fabularnym. Jak powszechnie wiadomo, wydawać może się wiele i często nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.

„Tales of Sanctuary” pojawiło się w 2001 roku, w okolicy premiery dodatku do drugiej części gry. Zapewne była to część akcji marketingowej, w szczególności, że był to jednorazowy strzał, który nie doczekał się nigdy kontynuacji. A szkoda. Może i uniwersum Diablo ma relatywnie mały potencjał, ale „Tales of Sanctuary” wyszło zaskakująco dobrze. Na komiks składają się trzy krótkie historie: „Rage”, „The Hand of Naz” oraz „Hatred’s Bride”. I kiedy piszę krótkie, to – niestety – naprawdę mam dokładnie to na myśli. Żadna z tych graficznych nowelek nie przekracza… 15 stron. O ile w przypadku „StarCrafta” uznałbym to chyba za zaletę i zbawienie dla recenzenta, o tyle w tym wypadku naprawdę żałuję, że na komiks została przewidziana tak mała objętość.

Pomysł na ten album był prosty – wziąć klasy z Diablo II jedna po drugiej i wpleść je w możliwie epicką, dynamiczną i zwięzłą opowieść. I tak w „Rage” poznajmy druida, który za swoje przewiny sam skazał się na banicję. Teraz jednak, gdy siły Baala zagrażają bezpośrednio jego wiosce, postanawia powrócić, by raz jeszcze bronić swój lud przed zagładą. Z kolei „The Hand of Naz” oferuje opowieść z gatunku kooperacyjnych – barbarzyńca i pewnie-seksowna-ale-brzydko-narysowana nekromantka łączą siły w celu odnalezienia pewnego potężnego artefaktu. Oczywiście w Sanktuarium wszystko jest naszpikowane klątwami po ostatni guzik i sprzączkę w pasku, więc i owa cenna, tytułowa zdobycz nosi w sobie całe wiadra złej energii. Na deser zostaje zaś opowieść o paladynie, który, przechadzając się spokojnie przeklętym lasem, natrafia na dziewczynkę w potrzasku. Ratuje ją od demonów i udaje się do najbliższego klasztoru, by oddać ją pod opiekę zakonników. Wtem! Na jaw wychodzi, iż bezduszni kapłani oddali swe marne żywoty pod władanie Mefista i obrócili się przeciw dzielnemu wojownikowi światłości.

Szczerze mówiąc wszystkie te trzy krótkie historie świetnie oddawały klimat świata Diablo. A że były niezwykle lekko napisane, za każdym razem żałowałem, że po tych marnych 15 stronach trafiałem nagle na wymuszony, przyśpieszony finał. Jak dla mnie każda z opowieści mogłaby spokojnie mieć 45-50 stron. Nawet nie ruszałbym niczego w założeniach każdej z fabuł – po prostu wypadałoby je rozciągnąć i rozbudować. Obstawiam, że efekt mógłby być świetny. Co więcej, zdecydowanie brakuje tu jeszcze jednej, jakże ważnej rzeczy. Zapewne fani serii już to zauważyli – otóż „Tales of Sanctuary” bierze na warsztat tylko cztery z siedmiu klas postaci. Do pełni szczęścia zabrakło jeszcze czarodziejki, zabójczyni i amazonki. Co boli mnie szczególnie intensywnie, gdyż to właśnie pierwsza z wymienionych pań była zawsze moją ulubioną postacią.

W przeciwieństwie do komiksowej wersji StarCrafta, obrazkowe Diablo wygląda naprawdę przyzwoicie, jeśli uśrednimy poziom graficzny trzech opowiastek. Pierwsza i ostatnia są, według mnie, narysowane naprawdę zgrabnie, czytelnie i z pazurem. Pierwsze wrażenie może być lekko nieciekawe przez, zdałoby się, nazbyt radosny, lekko karykaturalny styl. Jest to jednak wrażenie mylne – oprawa graficzna szybko uderza w mroczniejsze tony połączone z przyjemnymi dla oka i całkiem finezyjnymi elementami gore (o ile gore może być przyjemne dla oka, rzecz jasna). Natomiast „The Hand of Naz” wygląda jak przedszkolna bazgranina jakiegoś dziecka z podrzędnego, amerykańskiego horroru. To nadal coś lepszego niż moja przedszkolna bazgranina, ale mimo wszystko – nie tego człowiek oczekuje po projektach sygnowanych przez Blizzarda.

Gdyby zdarzyło się Wam kiedyś trafić na „Tales of Sanctuary”, przeczytajcie. Po skończonej lekturze jedne, co mogę zrobić, to żałować, że ten projekt wygląda w ostatecznym rozrachunku jak broszurka marketingowa. Wszystkie trzy opowieści mają tę specyficzną, przyjemną lekkość, która sprawia, że dany komiks po prostu połyka się w całości. Do tego dwie z nich są naprawdę miłe dla oka. Gdyby tylko każdą z nowel graficznych rozszerzyć i dołożyć jeszcze ze dwie-trzy dodatkowe w celu zaprezentowania każdej z klas postaci, dostalibyśmy serię, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich fanów marki. A tak? Będziecie mieli szczęście, jeśli w ogóle gdzieś na nią traficie. Zaś po błyskawicznym dobiciu do końca będzie wam towarzyszył przede wszystkim żal z tytułu zmarnowanego potencjału.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close