ARTYKUŁPC & KONSOLE

Dlaczego ja: od hardcore’a do casuala

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Takich historii już się nasłuchaliście – maniak nie ma czasu i powoli zapomina o swojej pasji. Ten los czeka każdego śmiałka, który poważnie złapie życie za rogi. W moim przypadku było podobnie, ale i tak postanowiłem przedstawić swoją wersję „pamiętników z (growych) wakacji”. Choć trudno w to uwierzyć, nawet degradacja do rangi casuala może mieć ciekawe konsekwencje!

Każdy młody mężczyzna przeżywa chwilę, gdy postanawia się usamodzielnić. No chyba, że brakuje mu złotych monet lub umiejętności, ale to już temat na zupełnie inny artykuł. Wiem, że tak wyświechtany i głupi frazes źle brzmi w serwisie dla zapalonych graczy, jednak musiałem zacząć w ten sposób. Powód jest prosty – jakiś czas temu sam postanowiłem pójście „na swoje”. Nastąpił definitywny koniec Skrzyń zaopatrzeniowych (pełna lodówka), Automatycznej regeneracji HP (opieka zdrowotna) oraz pozostałego Wsparcia Producenta (pranie, gotowanie i inne). Zamiast tego pojawił się wysoki stos comiesięcznych opłat abonamentowych. Pewien jestem, że dorosłe życie nie działa w modelu Free 2 Play. Marginalny wyjątek mogą stanowić zbanowani gracze stawiający na farmienie drobnych, ale to zajęcie dla wytrwałych.

Moje przejście do wersji „stand alone” to nie wszystko. Postanowiłem być naprawę twardy i z poziomu „SuperEasy” od razu przeskoczyłem na „Expert II” – na nową drogę wszedłem wraz ze swoją ukochaną. W teorii powinno być tak, że razem jest łatwiej… W praktyce okazuje się, że powiedzenie „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” wcale nie jest oderwane od rzeczywistości. Cóż poradzić, każdy popełnia te same błędy młodości. Szkoda tracić kolejnych wersów na skomplikowane analizy stosunków damsko-męskich, istotny jest ich wpływ na funkcjonowanie przeciętnego gracza entuzjasty. Wierzcie lub nie – zmieniło się absolutnie wszystko… co wcale nie oznacza, że jest gorzej! Wystarczyło jedynie inaczej rozdysponować punkty doświadczenia i ominąć kilka questów pobocznych. Główny wątek fabularny jest jednak dalej rozwijany.

Zdecydowanie najlepiej było na studiach. Człowiek powoli mężnieje i ma wrażenie, że cały świat staje przed nim otworem. Zajęć nie ma wiele i nie licząc wejściówek, zejściówek, kolosów oraz sesji – czasu jest aż nadto. Do tego dochodzą pierwsze doświadczenia zawodowe. Zacząłem komercyjnie pisać oraz dodatkowo dorabiać już na koniec liceum, więc zawsze udawało mi się oszczędzić parę złotych. Wolne wieczory i odłożona gotówka tworzą razem idealne warunki dla bezpamiętnego grania. Sprawa pokomplikowała się przy okazji pierwszego oraz drugiego dyplomu ale i tak nie było źle. Dziewicza jaskółka zmian przyfrunęła dopiero z „prawdziwą” etatową pracą. Teraz już wiem, że osiem godzin to niedużo, ale na początku zawsze trzeba się przyzwyczaić. Pomimo tego, dalej zdarzało mi się zawalić noc tylko dlatego, że właśnie wciągał mnie scenariusz kolejnej świetnej pozycji.

Kiedyś śmieszyło mnie jak ktoś wspominał, że standardowe 6 godzin kampanii w grze FPS to idealny wymiar dla faceta z zobowiązaniami. Później, mając już mniej wolnego czasu, potrafiłem się z tym zgodzić, choć dalej miałem w głowie wyniki które „wykręcałem” w kolejnych częściach The Elder Scrolls. Przez lata grania konkretnie określiłem swoją klasę – byłem bardem, który największą przyjemność czerpał z opowiadanej historii. Oczywiście, czasem potrafiłem odskoczyć w kierunku automatowych przyjemności, ale działo się tak tylko za sprawą starych hitów Segi. Mając takie podejście wie się, że odpowiedni efekt można uzyskać dopiero, gdy jest wystarczająco dużo czasu na obcowanie z grą. Poznanie uniwersum, stworzenie więzi z postaciami i zgłębienie fabuły są konieczne do przeżycia wynikających z nich emocji. Jakby tego było mało, wśród gatunków wypranych z treści zawsze lubowałem się w strategiach oraz symulatorach (zarówno boskich jak i lotniczych). Trudno o bardziej czasochłonną kombinację.

Teraz wyobraźcie sobie gościa, który chce spędzać przy jednym tytule długie godziny, a ze względu na dorosłe życie nie ma takiej możliwości. Nie ukrywam, że pojawiła się lekka irytacja. Całe szczęście, bycie „na swoim” też ma wiele uroków – przyjemnie jest dla przykładu wyremontować kuchnię lub na nowo urządzić sypialnię. Dzięki temu uniknąłem idiotycznej depresji, w którą mogłem się nieopatrznie wpędzić. Mimo wszystko, pomiędzy kolejnymi obowiązkami oraz romantycznym ściskaniem narzeczonej pojawiał się mały niedosyt. Starego psa trudno nauczyć nowych sztuczek, a jeszcze gorzej jest mu wytłumaczyć, że pora karmienia została definitywnie odwołana. Zgadliście, chodzi mi o growy odruch Pawłowa. Niespodziewany ratunek przyszedł ze strony PS Vity. Nigdy nie przepadałem za konsolami przenośnymi – zawsze kurzyły się na półce i były takimi wstydliwymi dowodami niepotrzebnych zachcianek. Tak samo jak Vita, którą kupiłem tylko po to, żeby pograć sobie na wakacjach.

Nieudana następczyni PSP zajęła prestiżowe miejsce na szafeczce przy… muszli klozetowej. Japońska myśl techniczna dołączyła do imponującej baterii „niemieckich” dezodorantów, lakierów i innych pianek do włosów. Dobrze, że wcześniej nakleiłem folię na przedni panel, bo środowisko łazienki jest mniej przyjazne niż się początkowo spodziewałem. Ważne, że konsola pozwoliła mi na powrót do grania podczas tzw. posiedzeń. Tak, teraz już wiem dlaczego SUDA51 lubi to miejsce. Wyjście na tron pozwala na beztroski relaks oraz, jak to mówią panie i panowie z reklam, mistyczną „chwilę dla siebie”. Nie będę rozwodził się nad tym, że zazwyczaj powtarzają to przy degustacji produktów z czekolady. Wracając do tematu – w toalecie szybko okazało się, że Assassin’s Creed: Liberation zupełnie nie podołał wyśrubowanemu terminarzowi. Korzystając z dobrodziejstw PS+ zasmakowałem w małych produkcjach. Zaczęło się od Stardusta, potem był m.in. Mutant Blobs Attack, a teraz kończę Stealth Inc. Szybko i naprawdę grywalnie, akurat na krótką partię w klimacie WC Kaczki.

Trochę się nad sobą użalałem ale ostatecznie musiałem zaakceptować smutną prawdę – stałem się zadowolonym casulem. Dołączyłem do grupy, która nawet nie wie, że jest regularnie opluwana i znieważana na miliony różnych sposobów. Różnica polegała tylko na tym, że ja miałem tego świadomość. Tymczasem, w ogniu domowego ogniska rósł „potwór” wyhodowany na mojej własnej piersi. Kochana narzeczona, która w końcu ulegała moim namowom, zaczęła sukcesywnie zapoznawać się z naszą kolekcją konsol. Nie była w tym temacie początkująca – kiedyś grała, choć nie za wiele, bo nie posiadała odpowiedniego sprzętu. Jej kariera skończyła się więc na Simsach, różnych tycoonach oraz paru strzelankach. Teraz mogła do tego powrócić i okazało się, że błyskawicznie przerosła „mistrza” – szczególnie w samochodówkach. Co więcej, z upływem przegranych godzin zaczęła odchodzić od tytułów arcade i w końcu doceniła w grach dobrą historię. Pomogła przygoda z Uncharted, które powinno być podręcznikiem każdego growego drugoklasisty.

Sprawa skończyła się tak – ja zostałem miłośnikiem „niedzielnych gierek”, a moja druga połówka powoli zamieniała się w „hardkorowca”. Życie naprawdę potrafi być przewrotne. Pomimo długiej zwłoki, najpierw lepiej kupić coś przydatnego do domu, w końcu zdecydowaliśmy się na drugiego DualShocka. Wcześniej wspólnie męczyliśmy oryginalnego Xboksa oraz Dreamcasta, ale to jeszcze nie było to. Dopiero PS3 pokazało nam, czym jest wciągający i nowoczesny co-op. Nie żebym tego wcześniej nie znał, w końcu spędziłem wiele godzin w różnych trybach multiplayer. Rzecz w tym, że zawsze współpracowałem przez Internet – grupowe obleganie kanapy przestało być dla mnie ciekawe jakieś 17 lat temu, jeszcze w epoce Amigi i Pegasusa. Sam nie wiem, jak mogłem zapomnieć o tak dobrej zabawie. Naprawdę szkoda, że szczypałem się przy dodatkowych wydatkach i możliwość kupienia nowego tytułu singleplayer zwyciężała z opcją na drugiego pada. Dowiedziałem się też, że Wii to naprawdę imprezowa konsola – serio, szkoda chować ją przed światem!

Rzadkie ujęcie przedstawiające qam’a grającego w domino z kolegami.

Cały ten wywód o braku czasu na zabawę nie jest tak naprawdę kluczowy. Powiem więcej, sam w sobie staje się banalny i na kilometr zalatuję problemami pierwszego świata. Ja mam swoją historię, moi rówieśnicy mogą mieć podobne lub zupełnie inne. Każdy przeżywa wejście w dorosłości inaczej ale brak paru godzin na zaliczenie nowego Call of Duty nie powinien być powodem do płaczu. Ważne jest to, jak można sobie z tymi zmianami poradzić. Niektórzy zapominają o swojej pasji, inni idą na kompromis. Cieszę się niezwykle, że wybrałem tę drugą ścieżkę. Trudno było mi się przekonać do „prostych gierek na 5 minut” ale dzięki nim ponownie poznałem smak dziecięcych platformówek. Później znowu przekonałem się do lokalnego co-op’a i uświadomiłem sobie, że granie ramię w ramię może być 100 razy lepsze od samotnego poznawania fabuły. Ostatecznie, doznałem przyjemnego szoku, gdy to ja zniecierpliwiony przewijałem cut-scenki, a moja ukochana narzekała w tym czasie, że już kończymy Wojnę na Północy. Kto by pomyślał, żeby grę przechodzić tylko 14 godzin…

Nie widzę nic złego w tym, że gracz typu hardcore stał się casualem. Taka „przemiana” pozwoliła mi dostrzec zalety gatunków i stylów o których dawno zapomniałem. Nikt nie powiedział, że zawsze będzie łatwo i ciągle będziemy mieli masę czasu na swoje pasje. Istotne jest, żeby o nich po prostu pamiętać! Tymczasem cieszę się swoim życiem oraz czekam, aż wejdę na poziom „Ekspert III”. Wtedy pozostanie mi już tylko pisanie, jak to fajnie jest grać z własnymi dziećmi.

Tagi

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close