PC & KONSOLERECENZJA

Final Fantasy XV

Wersja PC

To niezbyt ładnie gdy pierwsze zdanie w grze jest wierutnym kłamstwem, nawet gdy pada w dobrej sprawie. „To Final Fantasy jest zarówno dla starych, jak i nowych fanów” – czytamy na ekranie tytułowym podczas każdego odpalenia gry. O ile całkiem prawdopodobne jest, że nowi gracze się odnajdą w piętnastej części serii, o tyle fajnalowi ortodoksi nie mają tu czego szukać. W rzeczy samej, piętnastkę z poprzedniczkami łączy tylko tytuł i pewne pomijalne szczegóły.

Nie jest to zarzut, bo zresztą jak stworzyć kontynuację serii, której ostatnia single-playerowa odsłona miała premierę niemal dekadę temu, a i która nie posiada jakichś kluczowych cech łączących ją na przestrzeni lat? Bardzo proszę nie zaczynać z całą tą meta-narracją o Fabula Nova Crystallis (mój nieistniejący nauczyciel łaciny schodzi właśnie na zawał), bo próba wepchnięcia serii FF na te tory przypomina próbę włożenia modelu trójkąta do kolistego otworu. Czyli przez pewien czas była zabawna, a teraz Square Enix powinno dostać po łapach i zostać odesłane do kąta.

W takim razie czym Final Fantasy XV nie jest? Na pewno nie jest odcinaniem kuponów od starszych części – bo i nie było od czego odcinać. Każda z odsłon serii miała swój czas i miejsce w historii JRPG, ale FFXV jako pierwsza próbuje łączyć wschodni i zachodni punkt widzenia. Z interesującym skutkiem, jeśli mogę wyrazić się dyplomatycznie.

Tak więc forma została zapożyczona z gier, które są obecnie na topie, a przynajmniej były gdy FFXV wreszcie zaczęło nabierać formy: action-RPG z otwartym światem. To wkład zachodu. A co dali od siebie Japończycy? Oczywiście literkę J przed RPG. Nie wydaje mi się, żeby w tej chwili można było zrobić na Zachodzie produkcję, której głównymi bohaterami jest czterech metroseksualnych chłopaków, by nie narazić się na oburzenie lub śmieszkowanie (a właściwie jedno i drugie, tylko z różnych źródeł). Tymczasem w Final Fantasy XV zostajemy uraczeni właśnie taką gromadkę – i co najlepsze, to działa.

Dlaczego? Otóż ze względu na serce gry, którym jest road trip. Gdy wiele tytułów próbuje na start upchać jak najwięcej atutów, by wywołać u gracza wrażenie „wow”, FFXV zaczyna się… od pchania zepsutego samochodu na samotnej drodze, w okolicy przypominającej Dziki Zachód. Fabuła zaczyna się naprawdę powoli i choć to tylko cisza przed szybko nadchodzącą burzą, aż do bardzo odległego w czasie momentu sytuacja nie jest paląca (czy raczej nie ma się na nią żadnego wpływu). Ten fakt bardzo współgra z mającym wiele do zaoferowania otwartym światem. Wiele innych produkcji ma ten mankament, że gdy sytuacja jest bardzo gorąca, gracz ciągle ma możliwość wykonania tysiąca i jednej popierdółki (nie ustrzegła się przed tym ani seria Elder Scrolls, ani gry BioWare, ani nawet rodzimy Wiedźmin). Tutaj natomiast aż mniej więcej do 2/3 głównego wątku fabularnego można czasem zapomnieć, że nad Noctisem i jego kumplami ciąży śmiertelne niebezpieczeństwo, tak dobrze oddano klimat męskiego wypadu za miasto – łącznie z kempingami, łowieniem ryb, gotowaniem oraz strzelaniem selfików (sic!). Oczywiście nie zabraknie także przerysowanych postaci i (nie)przewidywalnych zwrotów akcji, ale akurat tego po odsłonie serii Final Fantasy należało się spodziewać.

Drugim głównym clou fabuły jest dorastanie Noctisa do roli monarchy, co również dobrze się splata z założeniami rozgrywki. Czułem się naprawdę dziwnie, gdy w Dragon Age: Inquisition jako szef wielkiej, ponadnarodowej organizacji wojennej musiałem osobiście zbierać na co drugiej mapie po sto napletków Filistynów, aby zrealizować bzdurne questy. Tutaj tego nie ma – każde starcie z siłami wrogiego imperium Nilfga… ups, Niflheimu jest testem siły głównego bohatera, którego jednym z zadań jest odzyskanie starożytnego, magicznego oręża dzierżonego przez jego przodków. Podobnie ma się rzecz chociażby z polowaniami czy innymi robótkami w ramach zadań pobocznych – traktować to można jako „wyjście do ludzi” i zapoznanie się z problemami ludzi żyjących poza bezpieczeństwem dawanym (do czasu) przez Królewskie Miasto.

A skoro jesteśmy przy walce, to z pewnością będzie jeden z powodów odrzucenia gry przez starych fanów… chyba, że podobało im się to, co zaproponowano w ramach Wiedźmina 3. Pomimo wszystkich różnic, to starcia w FFXV najbardziej przypominały mi te znane z tamtej produkcji CDPR, a przynajmniej nie musiałem zmieniać przyzwyczajeń. Kluczem do toczonych w czasie rzeczywistym potyczek jest właściwe pozycjonowanie bohatera, unikanie wrogich ataków oraz zarządzanie odnawiającym się zasobem many. Starcia są szybkie i niesamowicie efektowne ze względu na dostępną Noctisowi zdolność krótkiego teleportu, będącego kluczem zarówno do ataku, jak i obrony. Umiejętność ta również rozciąga walkę w pionie, co zdecydowanie przydaje się podczas walk z bossami czy latającymi przeciwnikami. Należy także zwrócić na właściwy dobór oręża do przeciwnika (nie polecam wyjmowania dwuręcznego miecza na gobliny, natomiast sztylety ledwo drasną potężnego Żelaznego Giganta), korzystanie ze zdolności specjalnych ziomali oraz zmianę pór dnia i nocy – dopiero po zachodzie słońca wyłażą najpotężniejsze paskudy, dlatego trzeba się mieć na baczności. Jeżeli mam coś do zarzucenia walce, to fakt, że pomimo wymienionych kwestii wciąż jest nieco zbyt mało skomplikowana, a wiele prostszych starć da się przejść operując jedynie analogiem i trzymając wciśnięty jeden przycisk pada. Dopiero podczas trudniejszych starć trzeba zacząć nieco kombinować, ale i tak z całą pewnością nie mają tu czego szukać osoby mające ochotę na kolejne Dark Souls czy Dragon’s Dogma.

Oczywiście, realizacja questów i generalnie ratowanie świata (a przynajmniej swojego tronu) byłaby nieciekawa, gdyby ów świat był nudny i powszedni. Na szczęście tak nie jest i tu ujawnia się kolejny atut FFXV – nieczęste połączenie świata przypominającego XXI wiek z typowymi elementami fantasy. Tak więc z jednej strony dostajemy samochody na benzynę, biurowce, elektryczność i nowoczesne ciuchy, z drugiej magiczne tarcze, teleporty, oręż przypisany do linii krwi czy bogów osobiście mieszających się w sprawy śmiertelników. Do tego dochodzi jeszcze nieco sztafażu sci-fi w postaci mechów czy robotów imperium. Taki misz-masz łatwo mógłby być niestrawny, ale tutaj jakoś działa – aczkolwiek nie radzę szczególnie głowić się nad spójnością przedstawionego świata, o co jednak łatwo ze względu na jego niesamowite piękno. Zapierająca dech w piersiach scenografia zawsze była atutem serii i tu jest nie inaczej: obserwowanie sylwetek potężnych przeciwników, zwiedzanie miast czy cudów natury jest nagrodą samą w sobie.

Wielce pomaga w tym nowy silnik graficzny, który całkiem nieźle radzi sobie ze stawianymi przed nim zadaniami. Engine Luminous 2.0 naprawdę radzi sobie zarówno z kreowaniem olbrzymich, niepodzielonych ekranami ładowania przestrzeni jak i wielu ruchomych obiektów naraz. Wszelkie wodotryski graficzne też robią wrażenie, z przyzywaniem summonów na czele – gdyby nie fakt, że miałem już okazję poznać tą atrakcję podczas dema Episode Duscae, to pierwsze przyzwanie Ramuha sprawiłoby, że krew dopłynęłaby do pewnych niewymienialnych przed godziną 22 części ciała. Dodać trzeba, że animacje postaci i efekty graficzne to absolutny majstersztyk – a wszystko to w płynnych 60 klatkach na sekundę i suwakach wyświetlania przesuniętych na max, ponieważ wersję PC można stawiać za wzór cnót dla innych deweloperów. Jedynym problemem jaki zauważyłem było migotanie tekstur ubioru postaci po momentach szybkiej podróży, ale nawet ono zanikało po kilku sekundach. W tym miejscu warto dodać, że wersja PC posiada wszystkie dotychczas wydane DCL – trzy epizody dotyczące ziomali Noctisa (dystyngowanego Ignisa, przypakowanego Gladiolusa oraz zabierzcie-stąd-tą-ciamajdę Prompto) oraz multiplayerowe Comrades. Do tego dochodzi jeszcze obsługa Steam Workshop i obietnica twórców, że nie będą ingerować w kwestie moddingu – mniam!

Obrazowi dzielnie sekunduje oprawa dźwiękowa. W kwestii muzyki mógłbym tylko napisać „Yoko Shimomura” i zamknąć akapit. Akurat styl tej pani jest rozpoznawalny po kilku pierwszych taktach, co akurat mi nie przeszkadza. Bombastyczne, nagrane z orkiestrą utwory podczas starć z bossami wywołują gęsią skórkę, natomiast podczas inynch momentów można usłyszeć tak odległe od siebie gatunki jak bossa nova czy blues. Jeśli natomiast chodzi o lokalizację, to po długich deliberacjach zdecydowałem się korzystać z angielskiej – posh accent Ignisa to jest to (Prompto brzmi za to jak ośmioletnia dziewczynka w obu wersjach, więc równie dobrze można sobie darować).

Nie jest tak, że Final Fantasy XV nie posiada wad, ale wszystkie one wynikają raczej z tego, że dany element nie jest aż tak dobry, jak mógłby być, a nie słaby per se. Po pierwsze, otwarty świat nie jest aż tak ciekawy, bym miał ochotę w dowolnej chwili zatrzymać wóz i ruszyć przed siebie przez otwarty teren – do prawdziwie ciekawych miejsc prowadzą questy, natomiast w plenerze można natknąć się najwyżej na przypadkowych przeciwników, skrzynki z poślednim wyposażeniem lub surowce do gotowania/modyfikacji wozu (PS. oczywiście chocobosy powracają, więc nie trzeba nadmiernie zużywać kolan). Po drugie, pod koniec fabuła zaczyna być szarpana i choć kończy się dużym „bum!”, to jednak nie jest to zwieńczenie tak satysfakcjonujące, jak by można oczekiwać – lepiej traktować grę jako drogę samą w sobie, a nie cel. Dodać należy, że główny wątek fabularny nie jest jakiś szczególnie długi – gdybym skupił się wyłącznie na nim, chyba dałbym radę przejść grę poniżej 20 godzin. Inna rzecz, że rzeczy do zrobienia, wraz z opcjonalnym endgame, jest na trzycyfrową ich liczbę. Wreszcie błędne wydaje mi się wyłączenie intra gry i zrobienie z niego osobnego filmu – Kingsglaive. Jeśli ktoś nie śledził kampanii marketingowej i nie zagłębiał się w materiały dodatkowe, może być nieźle skonfundowany o co też właściwie w tym wszystkim chodzi, bowiem sama gra z początku nakreśla tylko kluczowe kwestie.

Final Fantasy XV nie mogło być ideałem, choćby ze względu na fakt, że przez dekadę każdy wyrobił sobie własne, niepodważalne zdanie jak powinna wyglądać nowa odsłona. To, że pomimo zawieszonej niebotycznie wysoko poprzeczki jakoś się udało nad nią przeskoczyć, jest niewątpliwie godne podziwu – ale zrobiono to kosztem fanów dawnej serii. Lepiej więc potraktować „piętnastkę” jako nowe otwarcie aniżeli kontynuację starej tradycji. Tak będzie zdrowiej dla wszystkich zainteresowanych, no i może za swoich żywotów zobaczymy to FFXXVII, którego plakat wisiał na ścianie w Deus Ex: Human Revolution.

Podsumowanie: Grać. Nie miałeś styczności z serią FF lub masz do niej letni stosunek? FFXV będzie znakomitym startem lub restartem. Jesteś fajnalowym ortodoksem, który odda życie za system ATB i ma kapliczkę Nobuo Uematsu w szafce? Przejdź do porządku dziennego nad nowinkami i udawaj, że seria Final Fantasy skończyła się na Twojej ulubionej części – a wtedy jest szansa, że z XV będziesz czerpać przyjemność.
Tagi

One Comment

  1. „Nie wydaje mi się, żeby w tej chwili można było zrobić na Zachodzie produkcję, której głównymi bohaterami jest czterech metroseksualnych chłopaków, by nie narazić się na oburzenie lub śmieszkowanie (a właściwie jedno i drugie, tylko z różnych źródeł). Tymczasem w Final Fantasy XV zostajemy uraczeni właśnie taką gromadkę – i co najlepsze, to działa.” sekcja śmieszkowców potwierdza 😀 Generalnie zupełnie nie jestem targetem, ale w sumie jakoś do starszych FF też nie wzdycham. Jedynie legendarna VII na PSX u mojego kuzyna to była bardzo fajna, dzisiaj mocno sentymentalna przygoda i do niej może nawet bym wrócił, chociaż zastanawiam się, czy ówczesny interfejs i niektóre dawne rozwiązania dzisiaj by mnie już nie odepchnęły za mocno.

    Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close