ARTYKUŁPC & KONSOLESPRZĘT

Horror kontrolerów poprzedniego lata

Horror kontrolerów poprzedniego lata

Wii, PS Move oraz Kinect upowszechniły zabawę kontrolerami ruchowymi. Microsoft w obecnej generacji poszedł nawet o krok dalej i na każdym kliencie wymusił zakup swojego skanera 3D. Wiadomo, Nintendo było pierwsze, ale teraz ta rewolucja dotknęła także core’owych graczy. Przyzwyczajając się do jakości oraz grywalności tych zabawek zupełnie zapomnieliśmy, jak dodatkowe kontrolery do gier wyglądały kiedyś. Pozwólcie więc, że sprowadzę Was do mrocznych kazamat elektronicznej rozrywki, w których kryje się niejeden straszny potwór.

PS Move – dotknij mojej różdżki

Zacznę delikatnie, bo od PS Move. Magiczna różdżka Sony nie budzi większych kontrowersji. Jest dobrze wykonana, wygrywa z Wii Plus pod względem precyzji i ma nawet kilka niezłych gier w bibliotece. Niestety, nie zmienia to faktu, że wygląd kontrolera może budzić konkretne skojarzenia. Dość powiedzieć, że wśród fanów powszechnie nazywany jest on dildosem. Mam nadzieję, że są to miłośnicy gier a nie, zapewne nie mniej przyjemnych, innych wrażeń cielesnych. Niektórzy mogą mi teraz zarzucić, że nieudolnie silę się na kiepskie żarty z podtekstem. Macie rację, ale porównajcie PS Move z aktualną konkurencją. Wiimote to niegroźny pilot od telewizora a granie w Kinecta przenosi nas na wyższy poziom abstrakcji oraz pajacowania. Tylko wygląd kontrolera Sony sprawia, że zdjęcia upamiętniające namiętne chwile przed konsolą trzeba będzie kiedyś chować przed dziećmi. No chyba, że najpierw pokażemy im Wonderbooka, wtedy będziemy wolni od wszelkich podejrzeń.

Guitar Hero – zabawki dla niedoszłych rockmanów

Guitar Hero oraz Rock Band to serie, które zapisały się złotymi zgłoskami w historii gier wideo. Naprawdę, nie docenił ich tylko ten, kto choć raz nie spróbował takiej zabawy na imprezie. Osoby nieświadome niesamowitej grywalności gier muzycznych mogą jednak na trzeźwo ocenić, jak wyglądają dorośli ludzie bawiący się miniaturowymi, plastikowymi instrumentami. Podpowiem: dość idiotycznie. Chcecie tego lub nie, taka jest bolesna prawda. Żadna kolorowa i tandetna gitara z paroma przyciskami na „gryfie” nie sprawiła, że amator zamienił się w profesjonalistę, choć wielu laików tak wyglądało zagrywając się w Guitar Hero. Potem doszły do tego udawane perkusje, klawisze oraz mikrofony. Wszystko razem prezentowało się niczym zestaw komputerków edukacyjnych dla dzieci w wieku 1-3. Wiecie, takich co uczą literek i śpiewają pokazując tekst na słabym, monochromatycznym ekranie wielkości pudełka zapałek. Teraz, po przeminięciu ery gier muzycznych, horrendalnie drogie zabawki kurzą się gdzieś na strychach lub są atrakcją na imprezach geeków z 1337. poziomem doświadczenia.

Tony Hawk: Ride – jeden upadek za późno

Co może się zdarzyć, gdy w narkotycznej wizji spadniemy z deski i uderzymy głową w krawężnik o jeden raz za dużo? Śmiertelny krwiak lub absurdalnie głupi pomysł. Przenieśmy się 5 lat wstecz do 2009 (zwróćcie uwagę, że to wcale nie działo się tak dawno temu). Renomowana seria Tony Hawk popadła w niełaskę graczy, głównie ze względu na fakt, że jej twórcy ciągle odgrzewali tego samego kotleta. Jakiś bystry człowiek w Activision czuł pismo nosem i wiedząc o rychłym kontrataku Microsoftu oraz Sony na rynek kontrolerów ruchowych, postanowił, że… będą mieli swój własny, najlepszy ze wszystkich.  Tak powstał sławetny Tony Hawk: Ride, który sprzedawany był wraz z naszpikowanym różnymi czujnikami, zagiętym kawałkiem plastiku robiącym za deskorolkę. W materiałach reklamowych wszystko wyglądało świetnie i realistycznie, ale rzeczywistość brutalnie zweryfikowała tę wizję. Z wiadomych względów niemożliwe było przełożenie ruchów w skali 1:1, co sprawiło, że najpierw trzeba było opanować kontroler, a dopiero potem uczyć się kombinacji w grze. Oczywiście jedno i drugie nie miało nic wspólnego z prawdziwą jazdą. Eksperyment skończył się straszną porażką, jednak twórcy nie stracili motywacji. Dopiero zaskakująco niska sprzedaż kontynuacji o podtytule Shred pogrzebała serię na lata.

Maty taneczne – jestem królem tańca

Pierwsza kontroler w spisie, którego młodsi gracze mogą nie pamiętać. Gry taneczne święciły swoje największe triumfy w czasach PSX-a oraz wczesnego PS2. Mechanika rozgrywki została przeniesiona wprost z japońskich automatów i opierała się na rytmicznym wciskaniu strzałek oraz przycisków. Normalnie wystarczył do tego pad, za pomocą którego dało się wstukiwać wyświetlane na ekranie kombinacje, ale zamożniejsi gracze mogli do tego wybrać coś lepszego – kolorową matę. Ustrojstwo przypominało pomniejszonego Twistera z dodatkowymi symbolami. Wyglądało to niegroźnie ale każdy wie, że na wyższych poziomach wymagało iście bokserskiej pracy nóg, a zwycięstwo okupione było wiadrami potu oraz łez. Niemiłą przygodę przeżył ten, kto chciał skorzystać z maty w „śliskich” skarpetkach… Ogólnie rzecz biorąc, nie był to kontroler dziwny ani nieudany, ale będąc pierwowzorem dla wielu dzisiejszych pomysłów, zasłużył na honorowe wspomnienie.

Wędka – pomoczmy kija

Teraz na topie są symulatory koparek, szlifierek, kombajnów, rolników, wodników i wszystkiego tego, co dostarczy nam niemiecka (oraz polska) myśl programistyczna. Jednak nie zawsze tak było. Kiedyś na miano symulatora zasługiwały głównie gry ekonomiczne oraz tytuły dla wirtualnych lotników. Była też niszowa kategoria dedykowana myśliwym, w której roiło się od Deer Hunterów oraz gier wędkarskich. Tak, moczenie kija może być dynamiczne, co pokazuje m.in. Sega Bass Fishing. Tytuł ten z automatów trafił prosto na Dreamcasta, gdzie podobnie jak w oryginale, doczekał się specjalnego kontrolera – wędki! Ten niecodzienny gadżet nie miał co prawda żyłki, ale oferował kołowrotek i rozpoznawanie ruchów gracza. Wiecie jaka była radość, gdy okazało się, że to ustrojstwo działa w genialnym Virtual Tennis? Mówię serio, wędka służyła do odbijania piłeczki. Rewelacyjny kontroler Segi jest symbolem wielu oryginalnych gwiazd jednego utworu. Wśród tego zacnego grona można wymienić jeszcze DK Bongos (bębenki do Donkey Konga na NCG) oraz marakasy dodawane do Samba de Amigo (Dreamcast).

SpaceOrb 360 – kula przyszłość ci pokaże

Gry 3D miały kiedyś mocne wejście, które zawdzięczały m.in. serii Descent. Jakby ktoś nie pamiętał – była to rewelacyjna strzelanka, w której pilotowaliśmy statek eliminujący kolejne roboty.  Rozgrywka wciągała, ale sterowanie doprowadzało jednocześnie do szewskiej pasji. Można było grać na przykład na klawiaturze lub dżojstikiem (tak, dawniej służył także FPS-om), choć w obu przypadkach było to dość trudne. Całe szczęście, ktoś uratował dzień i wpadł na genialny pomysł pada z gigantyczną kulą. Wbrew pierwszemu wrażeniu, nie jest to trackball tylko manipulator, który można delikatnie obracać i „przesuwać” we wszystkich kierunkach. Dzięki temu uzyskano całkowitą dowolność kierowania bohaterem (lub statkiem). Docelowo SpaceOrb miał być zbawieniem gier trójwymiarowych (wliczając w to wieloosobowe rzeźnie w stylu Quake’a), ostatecznie przegrał jednak z duetem WSAD/myszka oraz analogami zaproponowanymi przez Sony. Wielka szkoda! Żal, że Valve nie reanimowało tego pomysłu przy równie alternatywnym Steam Controllerze.

Saturn 3D Controller – zagubiony dysk z TRONa

Kontroler 3D od Segi sprzedawany był w specjalnych zestawach z grą NiGHTS into Dreams. Jak to zwykle u Japończyków bywa, tytuł ten opowiadał psychodeliczną historię dzieci trafiających do cukierkowej krainy snów. Sama rozrywka nie była już tak wykręcona i w uproszeniu polegała na szybowaniu kolorowym błaznem oraz zbieraniu fruwającego „czegoś” w powietrzu. Typowy przykład znanej szkoły „Game Design by LSD (R)”. Wracając jednak do sedna – jaki kontroler jest najlepszy do sterowania niezidentyfikowanym obiektem latającym? Każdy wychowanek ostatnich generacji konsol powie: analogowa gałka. Sęk w tym, że w czasach Segi Saturn nikt jeszcze o tym nie słyszał. Tak właśnie powstał 3D Controller, który jako pierwszy pokazał światu prawdziwego analoga. Chwilę później z tym samym pomysłem wystartowało Nintendo, ale to właśnie Sega była w tej kwestii pionierem. Szkoda, że ten przedwczesny wyskok został dotkliwie skrytykowany – dla mnie kontroler 3D zawsze będzie zagubionym dyskiem z filmu TRON.

Atari Jaguar – call me maybe?

Gdyby w 1993 roku istniało pojęcie „hipster” na pewno szybko przylgnęłoby do debiutującego w tym czasie Jaguara – jednego z ostatnich tchnień Atari. Drapieżny, konsolowy kot prężył swoje (oszukane) 64-bitowe walory i jednocześnie zachwycał tradycyjnym padem wyglądającym jak stara komórka pozbawiona funkcji dzwonienia. W czasach gdy wszyscy ścigali się na jak największą liczbę „ergonomicznie ułożonych przycisków”, Atari dało czadu sprzedając kontroler wyciosany przez ślepego drwala i wykończony przez emerytowaną telefonistkę z centrali.

Na cyferblat dało się nasunąć specjalne, kolorowe nakładki dołączane do gier, dzięki czemu każdy tytuł miał swoje unikalne sterowania w ramach guzików 1-9! Oczywiście tylko na rynku pierwotnym, bo mało kto pamiętał o tym świstku sprzedając „używkę”. Jednak żeby nie było, że się naśmiewam – tego typu pomysły były przecież bardzo popularne w drugiej generacji konsol (Intellivision, Atari 5200). Dziw bierze, że dekadę później przestały być tak dobre.

CDi – Wiimote, I’m your father!

Wiimote, jak sama nazwa wskazuje, jest kontrolerem wyglądającym jak pilot zdalnego sterowania. Może się to komuś podobać lub nie, ale sam pad jest całkiem sprytny i wygodny. Niestety, nie da się tego powiedzieć o jego złym do szpiku kości ojcu. CDi to wynalazek, który na początku lat 90. został wypuszczony przez Philipsa. W założeniu miał to być odtwarzacz interaktywnych płyt CD, ostatecznie pomysł okazał się całkowitym fiaskiem. Dość powiedzieć, że jest to jeden z nielicznych sprzętów 3rd-party, na które wyszły gry na licencji Nintendo. Mało tego, były to absolutnie najgorsze tytuły w jakich wystąpił Mario oraz Link. W obliczu tak wielkiej porażki pad tej konsoli schodzi na drugi plan, choć nawet będąc w cieniu zasługuje na kolejne, równie niechlubne wyróżnienie. Kontroler w kształcie pilota z wielką… główką, stał się pośmiewiskiem krytyków i utrapieniem naiwniaków, którzy zainwestowali 700 dolarów w ten bezużyteczny szmelc. CDi wyszło w kilku odsłonach a sam pad ewoluował ostatecznie do kopii tego znanego z SNES-a, ale wszyscy i tak pamiętają jego mroczny oryginał.

Power Glove – rękawica (nie)mocy

Wiecie co było najlepsze w latach 80. i 90.? To, że nikt się nie przejmował. Ludzie chodzili w idiotycznych ciuchach, żuli rakotwórcze gumy i inne, nie mniej zdrowe frykasy z importu, a na koniec kładli się w cieplutkich domach krytych leczniczym eternitem. Podobnie działali producenci konsol oraz innych gadżetów elektronicznych. Najlepszy przykład – rękawica Power Glove, czyli najlepszy i najgorszy kontroler do NES-a. Ten bajer doczekał się nawet 100 minutowej reklamy w postaci filmu The Wizard (wystąpił w nim Fred Savage znany z Cudownych lat). Wyobraźcie więc sobie, jakie musiało być zdziwienie rozochoconych dzieciaków, gdy w domu okazywało się, że superrękawica nie działa. Docelowo kontroler miał rozpoznawać nasze gesty i wspomagać zabawę przyciskami. W rzeczywistości ruchy nie były odczytywane a zamontowany na nadgarstku pad niesamowicie niewygodny w obsłudze. Nie jest to jednak największa porażka Nintendo. Jeszcze gorsze było U-Force, czyli coś w rodzaju wielkiego laptopa wywołującego magiczne pole do „sterowania bezdotykowego”. Odnosząc się do czasów dzisiejszych, taki Kinect wbudowany w 3DS-a, z tym że niedziałający bardziej niż Power Glove…

The Roll ‚n Rocker – witamy w Jackass

Kolejne cacko do Nintendo Entertainment System nie wymaga chyba zbyt rozbudowanego komentarza. Spójrzcie na zdjęcie i wyobraźcie sobie kontroler w postaci półkuli na którą trzeba wskoczyć, a potem balansować przechylając się odpowiednim kierunku. Równie dobrze mógłbym dowiedzieć się, że aby przejść do kolejnego etapu Fear Factora mam zjeść 10kg karaluchów i innych robali.

Świat elektronicznej rozgrywki przetrwał i jeszcze przetrwa wiele dziwacznych kontrolerów. Pomijając ich coraz większe zaawansowanie, jest jedna, fundamentalna cecha, które łączy je wszystkie – przemijają z sezonową modą. Wyjątkiem może być obowiązkowy Kinect drugiej generacji, ale nie jest to sprzęt uniwersalny, możliwy do podłączenia do każdej konsoli. Najzwyklejszy na świecie pad, choć nie zawsze w zwykłej odsłonie (przecież kiedyś nowością była także gałka analogowa) już chyba na zawsze pozostanie królem. Mimo tego, dziwaczne urządzenia peryferyjne można uznać za kolorowy folklor znamienny dla każdej kolejnej generacji. Oby  jego też nigdy nie zabrakło.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

One Comment

Dodaj komentarz

Close
Close