FELIETONPC & KONSOLE

Jakże cudowna i piękna, szara nuda!

czyli o Conan: Exiles słów kilka

Jakiś czas temu na łamach (eh, wiem, że to nie prasa, więc o łamaniu mowy nie ma, ale ja po prostu lubię ten zwrot) Nerdomancera zamieściłem felieton Smutny los bohater pospolitego. Ubolewałem w nim strasznie, że de facto w świecie wypełnionym bohaterami nikt nie ma prawa czuć się wyjątkowy. No i jeszcze przez kilka miesięcy nieutulony w żalu oczekiwałem na taką grę, która zaspokoi moją potrzebę szarej, zwykłej przygody – aż do dnia, w którym przyszedł Conan i pokazał mi, że czasami przygoda bywa nudna, nieskomplikowana, a czasami jest emocjonująca i pełna tajemnic.

Gdyby się tak zastanowić, to w zasadzie opowiadania Roberta E. Howarda o Conanie są podobne – zazwyczaj nieskomplikowane, momentami nawet nudne, ale na dłuższą metę emocjonujące, no i nie brak w nich tajemnic. Jeżeli ktoś jeszcze nie miał w rękach tej absolutnej klasyki low fantasty, to w zasadzie powinien teraz przerwać czytanie i pobiec do księgarni albo biblioteki – bo to jednak dla szanującego się nerda wstyd!

Jako się rzekło, Conan Exiles może być nudny i ciekawy, może być zatrważająco czasochłonny, ale również bardzo satysfakcjonujący – o czym przekonuję się co jakiś czas przemierzając ponure ziemie wygnańców.

A było to tak. Po kilku tygodniach budowania schronienia, organizowania zapasów i łapania niewolników, pewnego ranka obudziłem się głodny i spragniony. Siekane pieczyste i łyk wody z górskiego potoku wystarczyły, żeby ciało poczuło się lepiej – ale dusza nadal wyła tęsknie do przygody. Zapakowałem więc najważniejsze rzeczy, naostrzyłem miecz, zarzuciłem tarczę na plecy i wyruszyłem na zachód – czułem, że tam woła mnie moje przeznaczenie.

Wędrowałem wiele dni i wiele nocy, przeżyłem burzę piaskową, która zrywa z człowieka skórę i pozostawia po nim jedynie zmaltretowane zwłoki. Spotkałem na swej drodze wielu ludzi, zazwyczaj wrogich i witających mnie świstem strzał, Widziałem ołtarze bogów, których imion nie znam, wielkie piramidy, fortece, sięgające nieba posągi i wieże, z których wycie mrozi krew w żyłach każdej żywej istoty.

Przemierzyłem wyschnięte, słone jezioro, wokół którego porozstawiane były drzewa o ludzkiej urodzie, a tak przerażające, że sandały zdarłem, aby tylko tam nie nocować. Przez labirynty pradawnych ruin goniły mnie stwory podobne śmierci, a gdy wybiegłem na piaski pustyni skorpiony wielkie jak konie chciały zatopić w moim sercu jadowite żądła.

A po wielu dniach i wielu nocach dotarłem wreszcie do miasta, gdzie znowu spotkałem Conana. I wiecie co? I nic. Nic się nie stało. Pogadaliśmy chwilę, jak to dwaj wędrowcy, gdy po jakimś czasie spotykają się ponownie na szlaku.

Naprawdę nic wielkiego – żadnego questa, żadnej wielkiej misji, oklasków i czerwonych dywanów. Nic. Nuda. Jakże cudowna i piękna, szara nuda!

I chociaż to zabrzmi dziwnie, naprawdę takiej gry potrzebowałem. Gdy trochę odsapnąłem, uzupełniłem zapasy i wyruszyłem w drogę powrotną. Kiedy na horyzoncie zaczęły się pojawiać znajome kształty gór – zeżarły mnie wilki. Zapędziły mnie pod skałę, a gdy próbowałem wdrapać się w górę, kąsały zapamiętale po nogach. Tak umarłem – w dziczy, w samotności i w strachu. I wcale nie było mi z tym źle.

 

Tagi

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close