PC & KONSOLERECENZJA

Just Cause 3

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Z pomocą nieodłącznej linki z hakiem wspiąłem się na pionowy klif, następnie wskoczyłem do wozu i pędząc na złamanie karku staranowałem drogowy posterunek. Rozpoczął się pościg, ale nie miałem czasu, by spojrzeć za siebie. Chwilę później uskuteczniałem chaos, przejmując kontrolę nad czołgiem, a gdy zgliszcza trawił ogień, ja już siedziałem za sterami helikoptera i dwa kilometry dalej przerabiałem na mielone nadjeżdżające samochody ostrzałem z miniguna. Takimi atrakcjami powitał mnie pierwszy kwadrans spędzony w Republice Medici, a przecież to nie wszystko – nim moje nogi w ogóle dotknęły ziemi, spacerowałem po skrzydłach lecącego samolotu, rozkoszując się demolką dzięki wyrzutni rakiet z nielimitowanym zapasem amunicji.

Doprawdy nie spotkałem się jeszcze z grą, która w wąskich klamrach pierwszej wprowadzającej misji próbowałaby upchnąć tak dużą, skomasowaną dawkę czystej bezmyślnej akcji. Ale ostatecznie to trzecia część serii słynącej z nieskrępowanej demolki, widowiskowych eksplozji i oszałamiających krajobrazów. Na Zachodzie bez zmian, chciałoby się powiedzieć. Jeśli twórcom zależało na jakimkolwiek progresie, to wyłącznie tym zdefiniowanym niegdyś przez Cliffa Bleszinskiego – „Bigger, better, more badass”.

Cóż, „bigger” na pewno, ale czy „better”? Już „dwójka” przekraczała wszelkie granice zdrowego rozsądku, a część trzecia podnosi to wszystko do kwadratu. I podlewa soczystą eksplozją. Ta gra wybuchami stoi. Niby nie jest to nic odkrywczego, od początku było wiadomo, jak skończy się najnowsza eskapada Rico Rodrigueza, naczelnego eksperta od siania zamętu w akompaniamencie odpalanych ładunków. Tyle że za tą całą kiczowatą otoczką rodem z wysokobudżetowych produkcji Michaela Baya nie stoi żaden solidny konstrukt, który uczyniłby z najnowszej produkcji studia Avalanche sandboxa mogącego choć podjąć wyzwanie rzucone przez tytuły konkurencji. Ba, pod względem rozgrywki i oferowanej różnorodności Just Cause 3 przegrywa nawet z poprzednim dzieckiem Szwedów – wydanym kilka miesięcy wcześniej Mad Maxem. Czyżby chłopakom skończyły się pomysły?

JC3 jest pod wieloma względami taki sam, jak poprzednie odsłony serii. Bezczelnie wtórny (po raz kolejny wyzwalamy tropikalne wysepki spod dyktatorskiego buciora), sakramencko głupi i naiwny w warstwie fabularnej (dialogi i cut-scentki trącą taką sztampą i banałem, że chciałbym wierzyć, iż to zamierzony efekt scenarzystów, szkoda tylko, że jest ich tak wiele i każdy jeden poprzedza ekran ładowania), a na domiar złego koszmarnie ograny w temacie samej rozgrywki. Dobry sandbox to szalenie złożona kwestia, na którą składa się multum składowych, od fizyki, przez system walki i wymiany ognia, na modelu jazdy kończąc. Ale to wszystko nic nie znaczy, jeśli sama zawartość nie będzie elektryzować i przyciągać do monitora, a obok głównej kampanii nie pojawi się szereg ciekawych aktywności pobocznych, które – choć będą niezobowiązujące – okażą się na tyle ciekawe, że będziemy chcieli je zaliczać.

W Just Cause 3 właśnie tego brakuje. Cóż, moim zdaniem brakowało w tej serii od samego początku. O ile jednak części pierwszej można było wiele wybaczyć (grzechy młodości są bardziej akceptowalne niż te popełniane przez starych wyjadaczy), zwłaszcza że czarowała nas grafiką, tak dziś dożyliśmy czasów, że ładne plenery to ociupinkę za mało, a ekipa zdaje się tego nie zauważać i od lat serwuje nam praktycznie to samo. Jedyne, co się tak naprawdę zmienia, to rozmiar mapy.

Już poprzednie odsłony charakteryzowały się olbrzymimi rozmiarami, ale ostatecznie Rico wyemigrował na nową generację sprzętu. Dodatkowe moce przerobowe dają więcej możliwości, a korzenie marki do czegoś zobowiązują. Plenery są zatem jeszcze większe, powiedziałbym wręcz, że przesadnie rozległe. To sandbox tak wielki, że nie sposób go rozpracować w skali mikro, ciesząc się drobiazgami i detalami. Tu zawsze pędzimy na złamanie karku, zawsze gdzieś mkniemy, a w labiryncie świszczących pocisków i nieustannych wybuchów trudno chociażby na moment zatrzymać się i delektować smaczkami. Po prostu nie ma na to czasu.

Inna sprawa, że nie bardzo byłoby się czym zachwycać. Gra łapie nas za gardło wyłącznie w tych momentach, gdy podziwiamy piękno przyrody, szybujemy nad górskimi szczytami bądź obserwujemy zachód słońca nad zatoką. Świat gry jest zaprojektowany z rozmachem i w szerszej perspektywie prezentuje się niebywale urokliwie. Jednak grafika rozebrana na czynniki pierwsze i oglądana pod lupą już tak nie zachwyca. Modele postaci, nie licząc tych z pierwszego planu, są średnie, to samo z pojazdami, kartonowymi budynkami, etc. Miasta i miasteczka są w zasadzie nijakie, konstrukcje przemysłowe odklepano z jednej sztancy, a każdy ważniejszy obiekt, w którym spotykamy przeciwników, przypomina wszystkie pozostałe.

To wszystko jednak jest mało istotne. Mam inny problem z JC3. To gra z wysokiej półki lansowana na absolutnego killera w swej kategorii wagowej, a jest zwyczajnie nijaka. Większość elementów prezentuje się co najwyżej poprawne, i nic ponadto. Ok, oddajmy cesarzowi co cesarskie – nie da się ukryć, że rozróby i demolka to elementy wykonane modelowo, są piekielnie efektowne i przyjemne, dodatkowo gra jest bardzo otwarta na inwencję gracza, gdyż większość rzeczy da się rozwalić w drobny mak na bardzo wiele sposobów. Ogromne brawa należą się za plastyczny i dający ogromne możliwości silnik fizyczny. Przez kilka pierwszych godzin człowiek nie tyle gra i zalicza kampanię, co bardziej eksperymentuje i cieszy się z efektów tych eksperymentów. Takiej destrukcji otoczenia i możliwości z tym związanych jeszcze w grach nie oglądaliśmy (Red Faction: Armageddon pozwalał na wiele, ale nawet w połowie nie był tak widowiskowy).

Ale i to się kiedyś musi znudzić. Po eksplozji tysięcznego samochodu i wysadzeniu setnej konstrukcji przemysłowej zacząłem lekko ziewać. Sytuacji nie ratują ani wtórne misje główne, ani nudne aktywności i wyzwania poboczne, których może i jest całkiem sporo, ale żadna nie przyciąga na dłużej. Podobnie z odbijaniem kolejnych miast i baz. Przecież to wszystko przerabialiśmy już w każdej możliwej konfiguracji. Brak jakiegokolwiek powiewu świeżości (nie licząc kilku nowych gadżetów) uważam za spore niedociągnięcie. Litościwie nie będę już się pastwił nad problemami z płynnością (często kończącymi się przedwczesnym zgonem) i koszmarnie długimi loadingami (czasem trwającymi kilka minut!), przynajmniej w wersji na PS4 (choć ponoć podobne cyrki nie ominęły również edycji na blaszaki).

Just Cause 3 jest niczym jajko wielkanocne. Przyciąga oko i mieni się kolorami, ale ostatecznie okazuje się niczym więcej jak tylko wypacykowaną wydmuszką. Nie jest to zła gra, ale zwyczajnie nijaka. Jeśli jesteś oddanym fanem serii, wiesz czego się spodziewać i prawdopodobnie będziesz zachwycony (w tej sytuacji spokojnie dodaj dwa punkty do oceny końcowej). Wszystkich pozostałych, które poprzednie odsłony zdołały zmęczyć bądź znudzić, lojalnie ostrzegam – to po prostu więcej tego samego na bardziej rozległej mapie. Jazda do celu, wymiana ognia, wybuch, eksplozja. Zapętlić.


PODSUMOWANIE

Grafika - 8
Dźwięk - 5
Grywalność - 6

6.3

Ocena końcowa

  • dobrze zaprojektowany, ogromny i momentami przepiękny świat
  • bardziej dynamiczna i absurdalna niż filmy Michaela Baya - wybuchy i demolka prezentują się obłędnie
  • plastyczny silnik fizyczny, który nie ogranicza inwencji gracza
  • linka z hakiem to nadal dobry i bardzo użyteczny bajer
  • do tego doszło kilka nowych zmyślnych gadżetów (z wingsuitem na czele)
  • to wszystko już było
  • poza totalną rozwałką nie ma zbyt wiele do zaoferowania
  • powtarzalne misje i nudne aktywności poboczne
  • durna, pretekstowa fabuła, koszmarne dialogi, wyjątkowo słaby voice acting
  • problemy z płynnością i długie loadingi w konsolowej wersji

Tagi

3 Comments

  1. A ja się z oceną nie zgodzę, bo to jedyna taka seria gier, gdzie trójka jest najlepszą odsłoną, gdzie mamy tak wielką dowolność w sianiu zniszczenia. Nie ma nic lepszego na odstresowanie po ciężkim dniu w pracy jak Just Cause! Dodatkowo przy kreatywności potrafi bawić do łez, linka oczywiście. Tak kuźwa linka, jakby ktoś jeszcze pytał 😛 Jaki inny sandbox daje nam tyle frajdy? Otóż żaden! To właśnie wszystkie gieteła, święte rowy, asrasyny, farkraje nas nudzą! Odwalisz fabułę, trochę poboczniaków i rzucasz w kąt, a tutaj? Tutaj cały czas bawisz się pobocznymi aktywnościami, albo sam je sobie tworzysz iiiiiiiiiiiii to nie nudzi!

    Dobre!

  2. „To właśnie wszystkie gieteła, święte rowy, asrasyny, farkraje nas nudzą!” Nas? Dobrze wiedzieć, że masz zdanie wszystkich na piśmie 😛 Nawet najlepszego JC nie zamieniłbym za najsłabsze Saints Row, że o GTA nie wspomnę. Ale co kto lubi. Mnie to właśnie nudzi, bo to trzecia część o tym samym, tylko większa, ładniejsza i lepsza, fakt. I daje lepsze możliwości, też fakt. Co nie zmienia faktu, że znudziło mnie po raz trzeci z rzędu.

    Dobre!

    1. Pisząc „nas” miałem na myśli ogół graczy. Nie rozumiem np. jak można do tej pory tłuc w San Andreas, gdy w tej grze naprawdę nie ma nic do roboty, zaś w każdej części Just Cause, używając trochę wyobraźni, znajdziemy zawsze jakąś rozrywkę, która wcale nie musi być powtarzalna.

      Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close