recenzjaseriale

Legendy Przedwczoraj….

Co się stanie, jeśli grupa amerykańskich średniej klasy sterowanych przez studio scenarzystów, reżyserów i producentów, którzy sekretnie łakną własnej śmierci, weźmie się za próbę przeniesienie kolosa jakim jest Doktor Who w uniwersum drętwe i jałowe jakim jest DC?

Legends of Tomorrow. Oto co się stanie.

Już widzę jak zgraja fanbojów rzuca się do komentarzy w obronie swojego królestwa z determinacją tak wielką, że zaczyna w ich jaskiniach śnieżyć przyprawami z Cheetosów, unoszącymi się znad klawiatur, ale niech przez chwilę powdychają swoje inhalatory astmowe i poczytają.

Z mojej obserwacji, jak i wielu zmarnowanych godzin, w towarzystwie taniego piwa i perspektyw rytualnego samobójstwa, DC i Marvel mają wzajemnie lustrzaną relację – Batman i spółka lepiej odnajdują się w grach komputerowych, natomiast towarzystwo ze stajni Stana Lee spełnia się w mniej interaktywnym medium – może poza Origins – Wolverine, ale to film który nawet samo studio trzyma w piwnicy w beczce, więc raczej się o nim nie mówi, żeby nie psuć nastroju przy obiedzie. MCU jest dużym zjawiskiem, o którym słyszał każdy troglodyta (również królewski), nie da się odmówić rozmachu i realizacji, Człowiek ze Stali czy Dawn of Justice to filmy, które nużą przez każdą możliwą minutę istnienia. Od strony gier – seria Arkham miażdży, natomiast współczesne rendycje konkurencji (Iron Man, Amazing Spiderman) są typowymi tytułami prosto z koszyka 5 w cenie 1 z przeciętnego dyskontu o nazwie kojarzonej z niepoprawnie uważanym za pożytecznego insekta, porównywalne do Maluch Racer i Detektyw Rutkowski Is Back. W obu stajniach pojawiały się oczywiście wyjątki w obie strony (Superman 64 czy niesamowicie funkcjonalny Origins: Wolverine), ale trend jest zauważalny.

Ale ja nie o tym.

Zacznijmy od początku, gdyż reguły nakazują, aby kolejność rzeczy zachować. To, plus, haha, profesjonalizm.

DCCU (?) zapewnia nam kilka serii na chwilę bieżącą, z Arrow i Flash na czele (drugiego, żeby nie było, jestem dość zażyłym oglądaczem). Od trzech sezonów serwuje nam dodatkowo Legends of Tomorrow – serię zawierającą postaci z powyższych, zebranych do kupy z subtelnością chłopa zaganiającego do stajni krowy z użyciem miotacza ognia. Mamy White Canary, duo Firestorm, Atoma, Colda i Heat Wave, powracających jako Prison Breakowe duo (Wentworth Miller i Dominic Purcell) oraz Hawkgirl i Hawkman, przewodzonych przez Ripa Huntera, granego przez Arthura Darvilla – wielki props dla aktora, który grał w dużo lepszej serii o podróży w czasie, a jest z tym związany easter egg, gdzie do Heat Wave’a konsekwentnie zwraca się per Rory, imieniem swojej postaci w DW.

Fabuła zawiązuje się gdy Spoczywający w Pokoju Łowca zbiera towarzystwo do kupy jako osoby na tyle nie znaczące w swoich życiach, że ich nagłe zniknięcie nie spowoduje żadnych zmian w czasoprzestrzeni. To tak jak ja się czuję każdego wieczoru. Przedstawia im swój plan wyeliminowania Vandala Savage’a, nieśmiertelnego, który przez wieki przyjmował rolę większych dyktatorów i łupieżców, w tym Gengis Khana na przykład. Dodatkowo, Rip ukrywa się przed swoją własną agencją (Time Masters, nie Time Lords, to nie to samo, to jest coś ZUPEŁNIE innego), gdyż chce pomścić śmierć swojej żony i syna. Jeśli chodzi o okołokomiksowe motywacje – ujdzie. Ale tu zaczynają się schody, które mnie osobiście wybiły z rytmu, niczym atak sarinem podczas zajęć z salsy. Ta seria nie trzyma się kupy. I nie – argumentacja ‚oj, bo to komiksowy serial’ nie zadziała. Nie nawiązując nawet do Marvela, w chociażby Flashu nie ma takich dziur logicznych ( a tam też podróże w czasie się na wczesnym etapie zdarzały). Tutaj buble pojawiają się w czysto trywialnych starciach. Wielka walka z antagonistą. Pokonanie wszystkich jego podwładnych. Znokautowanie głównego złego. Cięcie. Och, czemu on dalej żyje, nie zmieniliśmy historii, apokalipsa jednak nastąpi. I to wszystko w 15 minut po obwieszczeniu, że na statku mają celę, z której nie da się uciec. Dużo mogę łyknąć jeśli chodzi o seriale komiksowe, ale po jednej ze scen z pierwszego sezonu, gdzie mimo braku pośpiechu zostawili kluczowy element fabuły, a do tego samopas antagonistę, bez ochrony, bez przytomności, z wiedzą o przyszłych wydarzeniach, nie byłem już w stanie oglądać tego z i tak dużą dozą alkoholu i mechanizmu dowolnego zawieszenia niedowiary.

Przebrnąłem dalej; uczciwie przyznaję, że jeszcze nie skończyłem, jestem w połowie trzeciego sezonu, ale nie jest to absolutnie nic specjalnego. Owszem, zapewnia w miarę konsekwentne żarty wynikające z chemii między postaciami, ale chyba tylko przez syndrom sztokholmski, ale ta płytkość nawet jak na komiksową adaptację zostawia sporo do życzenia. Przywołam Flasha, który do tej pory jedzie na w miarę solidnym poziomie, wciąga fabularnie i nie zostawia aż tak wiszących wątków jak LoT. Prezentacja okresów czasowych jest ewidentnym przykładem ‚bądźmy jak Doktor Who, pomnożonym przez Jossa Whedona posypanego gruuuubą warstwą Michaela Baya. Co też jest mocno nieudanym wysiłkiem, gdyż efekty specjalne są na poziomie serialu Reboot w rozdzielczości EGA. O ile sam statek Waverider jest ślicznie wyrenderowany, co cynicznie przypuszczam wynika z faktu iż składa się z geometrycznych kształtów i błyszczenia się, o tyle dalsze elementy typu stworki bywały bardziej wiarygodne w Xenie Wojowniczej Księżniczce i Herkulesie. Czy w tym Upside-Down Landzie kiedyś dojdą do wniosku, że efekty praktyczne, nie ważne jak bardzo przypałowe, są bardziej wiarygodne niż CGI robione przez ludzi w wieku zawartości mojej dolnej szuflady w lodówce i z grubsza o podobnym doświadczeniu? Chciałbym tu zwrócić uwagę w jakich czasach żyjemy. Park Jurajski, pełnometrażowy film będący ikoną CGI, zawierał w sobie łącznie 8 minut animacji komputerowej. Aktualnie, parafrazując chłopaków z RLM, większosć filmów zawiera maksymalnie 8 minut gry aktorskiej. What went wrong?

Nawet nie zamierzam za bardzo próbować kopulować z ulem, jakim jest element poprawności politycznej i równości płciowej w tym serialu. Dosyć powiedzieć, że porusza wszystkie możliwe aktualne (a przynajmniej najbardziej rozkrzyczane) trendy z godną kwestii subtelnością, czyli równie delikatnie jak pewien gwiazdor internetu próbujący dogodzić sobie słoikiem.

Podsumowując, i dodając mniej znaczące rzeczy: Legends of Tomorrow to Doctor Who dla entuzjastów zestawów do trepanacji czaszki ‚zrób to sam’. Lub jeśli usiłujesz naprawdę zdławić w sobie elementarne zmysły dotyczące wartościowości kina. Innymi słowy, oczko wyżej niż The Room, oczko niżej niż TVP Wiadomości. Budżet porównywalny.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

2 Comments

  1. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu zwiastunów i kadrów z tego serialu, jakoś boję się to w ogóle odpalać 😀 a jak przeczytałem o poprawności politycznej, to w ogóle mnie to już zniechęca. W ogóle czekam na film o białym Zulus Chaka 😀

    Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close