felietongry

Lootboxy i Ostatni Krach Systemu Korporacji

Ubiegły rok, 2017, został mianowany Rokiem Lootboxa, jako że ten nieugięty i paskudny trend królował i nasilał się przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Najbardziej winnymi byli chociażby Call of Duty WWII czy Destiny II, ale fekalną wisienką na torcie z odchodów było Star Wars Battlefront II. To ta gra, będąca wysokobudżetowym tytułem, opartym na licencji Starych Warsów, wydana przez EA (kiedyś zwanym Electronic Arts, ale ze sztuką mają w tych czasach niewiele wspólnego, chyba że chodzi o sztukę dławienia mniejszych i bardziej płodnych studiów wchłanianych przez ten Kolektyw Borgów), mająca nie dość że czelność implementować nowotwór mikrotransakcji, to jeszcze w ich najgorszej możliwej formie, czyli lootboxów, była Mesjaszem i jednocześnie Żniwiarzem na rynku. Odmian tego czyraka jest kilka – czasem nazywają się Star Cards, czasem Loot Crate, czasem jakiś drop. Pozwolę sobie wypisać listę różnic pomiędzy nimi:

-,
-,
-,
-,
-,
-,
-,
-,

oraz najważniejsze:
-.

Zasada działania jest prosta – kupuje się pakiet, za prawdziwe pieniądze, choć czasem za wirtualną walutę, którą się kupuje za prawdziwie pieniądze, po czym przy dźwięku fanfar (lub jak w przypadku nowego NFS, przy dźwięku jednorękiego bandyty żywcem z Vegas lub ze speluny za Twoim blokiem) otwiera, a z niego wyskakują różne błyskotki. Czasem kosmetyczne, jak skórki czy inne nie wpływające na rozgrywkę detale, ale czasem, jak w niesławnym SW:BF2, postacie, bronie, et caetera. Gwiezdnowojenne lootboxy były olbrzymim nowotworem, nawet jak na element RNG, gdyż wpływały znacząco na rozgrywkę, na progres gracza, o jego stabilności finansowej nie wspominając. Kilku ‚żurnalistów’ gamingowych wyliczyło, że aby odblokować dartha Vadera, należy grindować przez 40 godzin, a aby odblokować całą zawartość gry, wydać na lootboxy ok. 2000USD. Doniesienia o dzieciakach wydających z kart rodziców po kilkaset dolarów na przeklęte lootboxy, oraz zamieszanie fandomu oraz graczy spowodowało zainteresowanie rządowe, przez co pół świata (przede wszystkim USA, Belgia, Holandia, Australia) zwróciło się w kierunku EA, jak i legislacji lootboxów jako elementu hazardowego, zmuszenia producentów do zamieszczania w grze danych dotyczących szans na odblokowanie konkretnej zawartości w procentach, a w skrajnym przypadku nadanie tytułowi zawierającemu RNG klasyfikacji 18+/AO, co skutecznie wyłącza go ze sprzedaży na Marketplace konsolowym, jak i cała masa retailerów nie dotyka gier 18+. Skończyło się tym, że póki co EA najpierw zrobiło żałosne modyfikacje co do zarabiania waluty in-game (podnieśli zarobki dwukrotnie… podobnie jak ceny…), następnie zrzucili całkowicie w okolicy premiery element RNG. Niedawno natomiast wepchali mikrotransakcje z powrotem do SW:BF2, tym razem jako liniowy Marketplace, gdzie kupuje się co chce. Twierdząc, że tak miało być od początku, oni nie chcieli niczego złego, to wszystko nieporozumienie.

Chcieli. Chciwość tego molocha, a raczej obligacje względem inwestorów, zwyciężyły.

Jak należy interpretować aktualny cyrk w mediach i rynku gier AAA?

EA, ale nie tylko EA, stosuje taktykę, która przez wiele lat na rynku gier jest rzeczą codzienną. Pchają jakieś rozwiązanie z takim impetem, że przekraczają wszystkie możliwe granice. Następuje bunt ze strony odbiorców. Firma wycofuje się, powoli, do punktu, który przed aktualnym kryzysem był nie akceptowalny, ale teraz, przez kontrast, staje się nową normą. Pamiętacie inwazję DLC? Jak np Dead Space miał 3 miliardy bzdur do pobrania? Jak, znowu Dead Space, tym razem 2, miał Przepustkę Multiplayer? Pamiętacie jak nas to doprowadzało do gryzienia własnych nadgarstków, że ktoś ma czelność liczyć za multi, albo kazać płacić za mody, cheaty, i inne rzeczy, które kiedyś były za darmo i były częścią gry? Kto pamięta odblokowywanie sekretnych postaci przez granie w grę? Kto pamięta ÓÓbjisoft i jego edycje Watch Dogs, które wymagały cholernego wykresu, żeby zrozumieć co i w której edycji jest dostępne?

Na etapie swoich premier, te kontrowersje były duże. Kto o nich pamięta? Mało kto. Przeginanie pały trwa. Nawet gdy pała jest przegięta do tego stopnia, że przypomina koło, to i tak swój cel osiąga, bo sam proces jest sukcesem – kolejna bariera została przełamana i kolejny standard został ustanowiony. Jeszcze niedawno 456 miliardów mikrostransakcji w grze było nie do przyjęcia, poza grami sportowymi typu FIFA czy NBA, ale tam myślę element kupowania bzdur i zawodników chyba zwiększa immersję, biorąc pod uwagę poziom korupcji w odpowiednich im sportach w rzeczywistości. Teraz? Battlefront 2 jest niechlubnym złotym standardem, syfilitycznym pionierem, któremu uszło wszystko prawie na sucho, w związku z czym będzie tego teraz więcej. Nawet nie chcę zaczynać o Konami, które, podobnie jak EA, ma na swoim koncie całą masę klasyków, ale wkroczyło w podobne stadium, gdzie zamiast stawiać na jakość, dopracowuje technologię kompresji gnojowicy, którą potem może zapakować w DVD case i sprzedać jako grę, w tym przypadku Metal Gear Survive, będące aberracją dla fanów serii, a dla graczy absolutnie absurdalnym zjawiskiem poniżej jakichkolwiek norm, gdzie trzeba płacić dodatkową mikrotransakcję za, na litość boską, save slot. Historia toczy koła, ale nie wiedziałem, że PS wraca do symulowania zjawiska kart pamięci.

A najgorsze jest to, że wina jest też po naszej stronie. Bo my, jako gracze, się na to godzimy. Godzimy się na coraz to durniejsze i bardziej rasowo paranoiczne fabuły w Call of Duty, godzimy się na skracanie się kampanii (jeszcze kilka lat temu szydziliśmy z gier mających mniej niż 10h singla, teraz cieszymy się jak niemowlę, które rozsmarowało zawartość pieluchu po nowym prześcieradle, jeśli tytuł starcza na 3-4h). Godzimy się na kupienie gry, kupienie Season Passa, kupienie Multiplayer Passa, kupienie dodatkowych DLC, kupowanie lootboxów, aż wartość gry przewyższa wartość używanego przez 15 minut Lamborghini Aventador. Godzimy się na naśladowczy rynek, gdzie jak Dark Souls odniosło sukces, to zróbmy własne Dark Souls, z dziwkami i Black Jackiem, i nazwijmy je Lords of The Fallen, bez subtelności, gracji, wyważenia, eksploracji i zbalansowania oryginału, zróbmy kolejne Call of Duty, po raz trzytysięczny, bo przecież jak kupili 2999 razy to znowu kupią, i zmieńmy kapelusz głównego bohatera na inny, żeby się durny motłoch nie poznał. Bieżący rok 2018 został już na samym początku ochrzczony rokiem Battle Royale, gdyż wybuch popularności tego typu rozgrywki jest co najmniej szokujący, a oczywiście zwyczajowi podejrzani już się zasadzają na ten trend, jak na przykład Activision, które zamierza wyeliminować singla z nowego Call of Duty Black Ops IV na rzecz… trybu Battle Royale.

Godzimy się, bo zaczynamy być obojętni. Bo jak ktoś o tym mówi, to go uciszamy, bo ile można o tym trąbić. Bo kupujemy kolejne edycje tego samego, bezmyślnie, z nadzieją, że będzie mieć tą iskrę jak część, która nas rozkochała w grze. Ale to do niczego nie prowadzi. Dajemy się pochwycić tym samym markom aż stajemy się tymi markami. Kiedyś było się fanem shooterów, teraz jest się fanem Codów, kiedyś fan skradanek teraz jest fanem MSG czy Splinter Cell, dajemy się wpisać w korporacyjne myślenie, które nam wmawia, że single player umarł, podczas gdy nowy God of War święci triumfy, mówi, że horror umarł, podczas gdy Amnesia, Slender czy Resident Evil 7 zarobiły masę pieniędzy, ale nie zarobiły wszystkich pieniędzy świata. Korporacje próbują zoptymalizować dojarki pieniędzy tak, żeby nie wkładać zbyt dużo pracy, a przy okazji zmaksymalizować przychody w czasie, żeby projekcje kwartalne się sprawdzały.

Przemysł gamingowy zaczyna niebezpiecznie blisko zbliżać się do zatoczenia koła, tym razem obijając się o lata ’80, z ciekawym zwrotem akcji – wtedy krach nastąpił, gdyż gry były wystrzeliwane z prędkością miniguna na amfetaminie i zerową jakością, teraz natomiast można zauważyć znaczący zanik jakiegokolwiek artyzmu w dużych tytułach. I, podobnie jak wtedy, rozwiązaniem i ratunkiem był rynek niezależny. Kolosy jakimi są EA, Atari, Nintendo, Konami czy 2K nie padną, a przynajmniej nie prędko, ale cała nadzieja w bardziej niezależnych twórcach, którzy mają jeszcze trochę godności i szacunku do siebie, dzięki czemu mogą utrzymać jakość na poziomie w czasie nieuniknionego kryzysu. Niestety, nawet ten rynek nie jest wolny od skaz, jak można zauważyć po przebojach Steam, gdzie kilka lat temu wejście z własnym tytułem było uznawane za zaszczyt, aktualnie jest porównywalne z przywilejem wejścia na wysypisko śmieci. Owszem, jest szansa znaleźć tam skarb, co nie zmienia faktu, że najpierw trzeba przegrzebać całą masę syfu.

Trendy są co najmniej depresyjne, ale pozostaje mieć nadzieję i być świadomym konsumentem, bo wbrew temu co januszowa logika mówi, nasz głos jako graczy ma znaczenie, a głosujemy portfelami. Bojkot SW:BF2 w Czarny Piątek pokazał, że nasz głos jest słyszalny. Teraz pozostaje tylko, aby się nie załamał, a i żebyśmy nie dali sobie odwrócić uwagi błyszczącymi obiektami jak sroki w fabryce confetti i pustymi słowami przedstawicieli medialnych koproracji, które co chwila twierdzą, że reagują na backlash, nie robiąc tak naprawdę nic. Z drugiej strony, może czas dorosnąć, wyjść z piwnicy i zostawić granie w gry dzieciom i nerdom. Co się nie wydarzy.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

3 Comments

  1. Jak mawia stare, ludowe przysłowie – wszystko można, lecz z ostrożna. Lootboxy to choroba wielu dzisiejszych gier, ale bynajmniej nie najpoważniejsza. Większość tytułów świetnie sobie bez nich radzi, a co mnie zaskakuje, to fakt, że gdzieś tam w tych wielkich korporacjach nie ma żadnej osoby, która by tym niedorozwiniętym PR-owo biznesmenom wytłumaczyła, że takie rozwiązania to często miecz obosieczny. A nawet lootboxy można zrobić solidnie i z satysfakcją dla obu stron. A jak ktoś nie wie jak, to tak jak pisał RX – wystarczy mu to wytłumaczyć portfelem. Tylko, kurde, to tak jakby menelowi zasugerować bojkotowanie jego ulubionego napoju winopodobnego – no umówmy się, to jednak ciężka sprawa jest 😀

  2. Niestety, lootboxy to świeża dosyć sprawa, działająca na te same receptory w mózgu co hazard. Ale ale, news z ostatnich dni, Belgia, kraj, którego przejęcie na rzecz Matuszki Rosiji zacząłem od środka, OSWIADCZYŁA, ŻE LOOTBOXY TO HAZARD! Między innymi EA i CS:GO muszą opłacić zarąbiste kary, lub dostać odsiadkę 🙂 🙂 🙂

  3. Doskonałym przykładem dobrze zaimplementowanego elementu lootboxów jest sympatyczny i wciągający Fallout Shelter – mogą przyspieszyć rozgrywkę, ale jest ona na tyle wciągająca, że aż chce się kupić Lunchboxa. I, przede wszystkim jest za darmo. Źle zaimplementowane lootboxy to chociażby Ghost Recon Wildlands – o tym chyba będzie następny mój bełkot. Mikrotransakcje, jakiekolwiek, nie mają miejsca w płatnych grach. Koniec, kropka. Jakiekolwiek. ALBO model Free-To-Play, albo model 200zł na start.

Dodaj komentarz

Close
Close