recenzjaseriale

Monty Python spotyka Zagubionych w Kosmosie!

– Any idea what they did here, Kryte’s?
– Well, it appears they were testing a cure for evil, Sir.

[…]

– Look, cryobooths!
– Vlad the Impaler, cured.
– Joseph Stalin, cured…
– Messalina, cured.
– Adolf Hitler, cured!
– Rupert Murdoch. Not responding to treatment.

Dwunasty sezon Czerwonego Karła. Co tu dużo mówić – sądzę, że brak pośpiechu w wydawaniu sezonów i umiarkowanie w ilości odcinków przypadających na każdy kolejny pomaga w zachowaniu formy. Dobre balansowanie zabawnością dowcipu, gdzie w jednym ciągu pojawia się kilka lekkich uśmiechów na twarzy, po czym jedna kładąca na łopatki bomba (jak powyższy fragment z początkowych minut pierwszego odcinka), wynika w dużej mierze z biegłości scenarzystów, potrafiących utrzymać poziom serialu przez długie lata.

Dla niewtajemniczonych: Czerwony Karzeł to historia Arnolda Rimmera – nieznośnego chciałby-żeby-oficera, który nie dość, że jedyne co robi to uprzykrza wszystkim życie swoim trzymaniem się kurczowo regulaminu i tchórzostwem, to jeszcze jest jedynie hologramem, Lestera – bumelanta, który mimo swojego coraz bardziej dorosłego wieku nadal zachowuje się i ubiera jak zbuntowany nastolatek z lat ’90, Kota – wyewoluowanego przez 5.000.000 lat z przemyconej na pokład Czerwonego Karła wbrew regulacjom ciężarnej kocicy i jej miotu w stylizowanego na Jamesa Browna zapatrzonego w zakochaniu we własne odbicie, oraz wysoce zaawansowanego komputera pokładowego o IQ równym 3, zamienionym w późniejszych sezonach na Krytena – androida służącego, który nie ma poczucia własnej wartości i daje się każdemu manipulować. Ta wesoła gromadka odpowiedzialna jest za niemałe zamieszanie, a śledzenie ich perypetii naprawdę podnosi na duchu. Jest to najdłużej nadawany brytyjski serial SF w historii zaraz po Doktorze Who.

Nadal jest jedną z najlepszych s-f, aktualnie zdetronizowana może tylko przez Orvilla, który jednocześnie niesie dumnie pochodnię najlepszej okraszonej humorem serii fantastycznonaukowej i zarazem ciągnie za sobą zbitą z krzywych desek trumnę ze zwłokami Star Treka, który niegdyś prężył się naukową dokładnością i głębią, w swojej aktualnej iteracji (trafnie zwanej STD…) w kwestii realizmu i dziur w logice traci nawet względem Gwiezdnych Wojen (tak, Epizodu VIII szczególnie).

W dziwnych czasach dla SF żyjemy. Parodia wyprzedza galopujący w tył oryginał, długodystansowiec żuje gigantyczne purpurowe dildo z napisem SJW i pędzi ślepo w kierunku wysypiska używanego sprzętu chirurgicznego, wielka gwiazda niegdyś przełamująca bariery aktualnie próbuje biec w trzech kierunkach naraz, strofowana przez 15 trenerów, każdy wykrzykujący wykluczające się nawzajem komendy, choć jedną zgodną, nakazującą również chwycić zębami to dildo, bez względu na sensowność przedsięwzięcia. Tylko mały, niszowy, lekko posiwiały i przygarbiony karzełek sunie w tym samym kierunku nieustannie  I sukcesów pozostaje mu tylko życzyć 

Tagi

2 Comments

  1. Jasne! Nieczęsto, bo ostatnio tak średnio co dwa lata sezon wychodzi, ale warty każdej chwili oczekiwania 🙂 A i mój wpis nie jest szczególnie świeży, jako że oryginalnie zamieściłem go na facebooku parę miesięcy temu 😉

    Dobre!

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close