ARTYKUŁPC & KONSOLERÓŻNOŚCI

Muzyka, a gry

czyli o moich wyborach OST słów kilka

Nie muszę nikogo przekonywać o tym, jak ważne znaczenie ma muzyka w grach – owszem, pierwsze skrzypce musi grać po prostu grywalność, zastosowane systemy i mechaniki współgrające ze sobą, aby stworzyć wciągającą całość. Wielkie znaczenie ma też grafika, nawet jeśli twórcy danej gry nie silą się na stworzenie nowego benchmarka – często strona artystyczna produkcji ma większe znaczenie dla odbioru gry niż zastosowanie nowych technologii, zaawansowanych shaderów i tekstur w rozdzielczości 4K. Dobrym przykładem jest chociażby Dark Souls, które tak naprawdę nigdy nawet nie było w pobliżu przełomowych technologicznie produkcji, ale swoją wizją i stroną – nomen omen – wizualną nie raz potrafiło zachwycić. Muzyka zaś podkreślała epickość starć z bossami lub wyjątkowość poszczególnych lokacji.

Z grubsza gry mogę podzielić na dwie kategorie: te, w których zostawiam oryginalny OST i nawet nie myślę o zmianie oraz te, przy których zatrudniam Foobar2000 do stworzenia odpowiedniego klimatu. O i tym właśnie jest ten tekst i jednocześnie pytanie moje brzmi: też tak macie? 😉

Zapomniana seria, przy której spędziłem mnóstwo godzin

Wbrew pozorom, nie ma aż tak wielu gier, przy których muzyka by mnie drażniła lub była wyjątkowo nudna do tego stopnia, że ją wyłączam w opcjach. Z reguły jeśli decyduję się na zapuszczenie „własnej ścieżki dźwiękowej”, wynika to z innych czynników takich jak chociażby nadmiernie obycie się z danym OST-em. Przykład pierwszy z brzegu, seria strategii Kohan. Do dziś pozostaje to stosunkowo oryginalna marka, wyróżniająca się możliwością dowolnego komponowania własnych oddziałów i walki za pomocą kompanii zamiast każdą jednostką osobno. Swego czasu wciągnąłem się w ten świat 2D i po kilkudziesięciu godzinach uznałem, że czas na zmianę muzyki. Co mogło się nadać do wypełnienia fantastycznego świata, w którym trwa krwawa batalia? Co napędzi „epickość” podczas ataku na smocze leże? Summoning, oczywiście. Atmospheric black metal z Austrii od lat będący wręcz ikoną gatunku, wykorzystujący tematycznie dzieła J. R. R. Tolkiena i Moorcocka. Posłuchajcie chociażby tego przepełnionego podniosłą atmosferą kawałka z płyty Let Mortal Heroes Sing Your Fame.

Szczerze mówiąc, szczególnie ten album Summoning kojarzy mi się z Kohan – jak zamknę oczy to niemal od razu widzę rozległe zielone pola upstrzone placówkami, kopalniami i oddziały wędrujące na front w Kohan. Magia wręcz. Podobnie do tej serii pasuje muzyka Caladan Brood inspirowana znakomitą serią fantasy „Malazańska Księga Poległych„. Ach, gdyby tak jakaś gra wykorzystała w końcu ten świetny setting… 😉 Podobnie podniosłe kawałki sprawdzają się również przy takich grach jak Civilization i rozmaite „simy” typu Cities: Skylines lub ekonomicznych strategii. A przy Majesty całkiem sprawnie grało się przy dosyć „cheesowym” heavy metalu pokroju Manowar lub – pun not intended – niemieckiego Majesty.

Niemalże po drugiej stronie spectrum stoją gry sieciowe, w tym co-op. Grając w StarCraft II najlepiej jest zapodać coś z zębem, agresywnego i z mocą – narzekacie, że macie niski APM (Actions Per Minute)? Włączcie sobie jakiś power metal lub death metal i spróbujcie utrzymać tempo. Efekt gwarantowany. Przynajmniej pod względem szybkości i ilości kliknięć, zwycięstw nie gwarantuję. 😉 Albo z czasów kiedy grałem w Dota 2 to jedynie brutal technical death metal był w stanie ukoić moje nerwy i być może tylko dzięki niemu moja myszka i klawiatura nadal są w jednym kawałku. Kto miał kilka przegranych pod rząd gier ten wie, jak łatwo wpaść z „rage” widząc kolejnego zdolnego „ruska” w zespole lub trolla rzucającego przeciwnikowi kuriera na start.

Podobnie własną muzykę odtwarzam podczas grania w Killing Floor 2 (acz przyznam, że „domyślna” muzyka nie jest najgorsza i pasuje do mordowania zedów w ilościach hurtowych) i tym podobnych co-opowych produkcjach. Wyjątkiem jest póki co Vermintide 2, ale to bardziej ze względu na to, że wręcz chcę słyszeć te uderzenia stali o skaveńskie karki i wrzaski wojowników chaosu. Osobna kategoria to gry pokroju Football Managera, które w zasadzie nie posiadają własnej ścieżki dźwiękowej i po prostu proszą się o puszczenie w tle czegokolwiek. Ja używam swoich sesji z FM-em do nadrobienia YouTube, acz podcasty pewnie również się sprawdzą.

Czyli idealna gra do alt-tabowania 😉

Świętości, czyli gry, w których wyłączenie muzyki to grzech

 

A teraz ta druga kategoria, czyli produkcje w których muzyka jest tak dobra, że myśl o jej wyłączeniu lub zmianie nikomu nawet nie powinna zawitać w głowie. Z pewnością każdy ma swoich faworytów i ulubione OST-y, które zna się na pamięć, a mimo to zawsze przesłuchuje się je z niegasnącą przyjemnością. Motyw główny z Morrowinda / serii TES jest chyba uniwersalnym przykładem „głośniej to!”.

W moim przypadku jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych jest ta z Icewind Dale autorstwa Jeremy’ego Soule’a. Pomimo tego, że jedynkę ukończyłem wiele razy i średnio co 2-3 lata powracam do Doliny Lodowego Wichru, to nadal potrafię czasami nie robić nic, tylko napawać się płynącymi ze słuchawek dźwiękami. Tam jest wszystko, od rozległych pejzaży malujących Kuldahar, po bojowe bębny towarzyszące walce z orkami w jaskiniach lub smętne i tajemnicze odgłosy dochodzące z krypt w Doliny Cieni. Za młodu byłem oczarowany i nadal jestem, nawet jeśli krwawą i smutną historię Dłoni Seldarine znam na pamięć, a grę przeszedłem nawet grając solo na 1 poziomie doświadczenia z włączonym trybem Serce Furii.

Wspomniane Dark Souls, pomimo że nie posiada wszechobecnej muzyki jest również jedną z tych gier, w których wstyd włączyć cokolwiek innego. Każdy kto mierzył się z przeciwnościami serii stworzonej przez Miyazakiego z miejsca rozpozna motyw muzyczny towarzyszący walce ze Smoughiem i Ornsteinem lub Gaping Dragonem. Albo jeszcze inny rodzaj OST-a, ten z prawdziwych Falloutów – czy ktokolwiek ośmieliłby się zamienić te niepokojące, wręcz przesycone rdzą odgłosy i echa dawnych dni, które tchnęły tyle niesamowitej atmosfery do świata gry? Wydany w 2016 DOOM to także przykład genialnego OST-a, który nakręca do walki zarówno w samej grze, jak i poza nią.

Przykłady można by zapewne mnożyć, dlatego resztę pozostawiam Wam! W komentarzach podzielcie się swoimi „OST-ami” oraz ulubionymi soundtrackami z gier. Bo przecież nie jestem sam w tym, że czasami zapuszczam własną muzykę podczas grania? 😉

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

11 Comments

  1. Malazańska Księga Poległych… no kiedyś przeczytam 😀
    Ja jak tłukę w jakieś strategie albo inne doty, w których muzyka mi się przejadła a dźwięk nie ma istotnego znaczenia, to zazwyczaj odpalam muzę z… innych gier 😀 Chyba moim ukochanym soundtrackiem jest Deus Ex: Human Revolution, chociaż takich perełek jest więcej. Uwielbiam też ścieżkę dźwiękową z umierającego Age of Conan. Chyba sam kiedyś zrobię taką listę 🙂

    Dobre!

  2. Ja tam muzyki w grach nie zmieniam na swój OST, chyba, że to jakaś sieciówka typu World of Tanks, czy Quake 3 Arena to wtedy wrzucam czasami Foobara, i skrótem klawiszowym przełączam sobie kawałki.
    Dla mnie dobra muzyka w grach to taka, której nie chce się wyłączać oraz taka, której chce się potem słuchać nie grając, np. w samochodzie. Patrzę poleciałeś po RPGach, ale imho dobrym źródłem muzyki są wszelkiej maści mordobicia, np. Tekken, Guilty Gear (szczególnie wersje wokalne), Dead or Alive, czy Soul Calibur. Kultowa dla mnie jest muzyka z HOMM3 i nie tylko z trójki, której się słucha dla relaksu, tak jak i muzyki z Dune 2000, czy późniejszego Emperora w tym samym uniwersum. Ogólnie sporą kopalnią dobrej muzyki są gry japońskie, seria DMC, Dyn(i)asty Warriors, Samurai Warriors no i Final Fantasy.

    Dobre!

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close