ARTYKUŁPC & KONSOLE

Nie grałeś? Zagraj! – Red Dead Revolver

Red Dead Revolver to list miłosny dla miłośników klasycznych spaghetti westernów, tyle że skreślony niepewną jeszcze ręką nieopierzonego młodzika, który stawia pierwsze kroki w kaligrafii. Pełno tu pokracznych błędów wieku dziecięcego, ale czuć też między wierszami zapowiedź rosnącego powoli geniuszu, który kilka lat później wyda na świat najdoskonalsze westernowe dzieło w postaci Red Dead Redemption.

Nim mogłem odetchnąć pełną piersią, rozkoszując się widokiem bezkresnej prerii i pójść gdzie oczy poniosą, trzeba mi było zadowolić się Dzikim Zachodem w wersji mikro. Pierwszy wirtualny western Rockstara to strzelanina silnie zakorzeniona w szóstej generacji konsol, co niestety czuć na każdym kroku. Dziś wydaje się dość toporna, zbyt liniowa i hermetyczna, a z uwagi na nieprzemyślany system zapisu i absurdalną odporność przeciwników momentami frustrująco trudna. Z drugiej strony kto powiedział, że życie łowcy głów będzie łatwe?

Zwłaszcza życie wypełnione takimi atrakcjami. Rockstar San Diego z właściwą sobie wprawą przefiltrował materiał źródłowy i w dość krótkiej, bo raptem kilkugodzinnej przygodzie, niczym w soczewce skupił wszystkie klasyczne motywy kojarzone ze starych filmów o Dzikim Zachodzie. Dzięki temu każdy rozdział częstuje mnie czymś innym, mimo iż jestem zamknięty w okowach niewidzialnych ścian i płotków nie do sforsowania, a przez niemal całą kampanię lufy rewolwerów nie stygną ani na moment, bo główną aktywnością jest strzelanie do przekoloryzowanych bandziorów.

Panie i panowie, czego tu nie ma. Pojedynki w samo południe, napad na pociąg, polowania na najgorszych zbirów na wschód od Missisipi, bójki w saloonie wśród rozwrzeszczanych dam do towarzystwa… Nie można również zapomnieć o fabule bazującej na ogranym motywie palącej zemsty, która spokojnego dzieciaka zamienia w bezlitosnego łowcę głów. Gra serwuje przy okazji kolaż najbardziej charakterystycznych miejscówek; od surowych kanionów, gdzie za każdym kamulcem czai się czerwonoskóry, aż po farmy hodowców bydła walczące o przestrzeń z mieścinami położonymi pośrodku niczego.

Jedną z takich mieścin jest Brimbstone – marne trzy ulice na krzyż, ale i nieśmiały zalążek pomysłu na rasowego sandboxa osadzonego w wiadomych realiach. Bo choć właściwa rozgrywka może wywołać klaustrofobię są przesadną „tunelowością”, wspomniane Brimbstone pełni rolę swoistego huba, po którym dość swobodnie poruszamy się między kolejnymi misjami. To tu mogę uzupełnić braki w ekwipunku (oprócz sklepu z bronią jest również krawiec i klasyczny „spożywczak”), skoczyć na kilka głębszych do saloonu (z obowiązkowymi pokojami na piętrze, pianinem wygrywającym skoczne melodie i barmanem wycierającym kufle brudną szmatą), a gdy już pozałatwiam co trzeba, szeryf przesiadujący w areszcie wskaże mi kolejnego zakapiora do upolowania. Wiarygodność mieściny pogłębiają mieszkańcy leniwie snujący się po ulicach; każdego mogę zagadnąć i zamienić z nim kilka słów.

Namiastkę rodzącego się geniuszu scenarzystów widać między innymi w kreacjach postaci, zwłaszcza wszelkich typków spod ciemnej gwiazdy (lilipucie klauny-kowboje rządzą). Nie są może tak barwnie odmalowani jak antagoniści z dowolnej części GTA, ale niewątpliwie zapadają w pamięć. Świat filmowego westernu zawsze był bardzo kontrastowy, szkicowany częstokroć w odcieniach czerni i bieli. Tu jest podobnie.

Grywalność okazuje się dziś kwestią dyskusyjną, bo zależy głównie od nastawienia grającego i tego, czy jest w stanie przełknąć surowość i siermiężność wylewającą się z ekranu na każdym kroku. Natomiast nie mam problemu z jednoznaczną oceną oprawy graficznej, bowiem gra była szpetna już w dniu premiery. Otoczenie wygląda biednie, tekstury są rozmyte, modele postaci to ponury żart, podobnie jak dość nieudolne animacje, gdy przeciwnicy próbują robić coś innego niż standardowy krok do przodu. Zgoła inaczej prezentuje się dźwiękowa strona produkcji. Rockstar miał zawsze wyjątkowy talent to konstruowania soundtracków na bazie licencjonowanych utworów. Tym razem sprezentował miks melodii autorstwa m.in. Ennio Morricone, wyrwanych z trzewi klasycznych westernów. Buduje to klimat, oj buduje.

Jest w tym jakaś nieplanowana spójność, niezamierzona prawidłowość. Wszak Red Dead Revolver jest surowy jak realia, których dotyczy. Mowa zarówno o nadkruszonej zębem czasu oprawie, jak i samej rozgrywce. Męczącej, topornej, żądającej okupu w postaci wylanego potu (że o łzach nie wspomnę), nie oferując w zanadrzu zbyt wiele. Mimo wszystko rzecz warta zainteresowania, i to nie tylko jako ciekawostka. Wszak to ważny punkt w historii gier. Jeśli faktycznie arcydzieła rodzą się w bólach, to ten nieformalny prolog do wybitnego Red Dead Redemption jest tego najlepszym przykładem.

Tagi

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close