Nie grałeś? Zagraj! – The Lion’s Song – Nerdomancer
ARTYKUŁPC & KONSOLE

Nie grałeś? Zagraj! – The Lion’s Song

The Lion’s Song to jeden z takich niezależnych tytułów, który zasłużenie zebrał sporo ciepłych opinii, plus parę branżowych wyróżnień (np. Best Story Award w ramach ReVersed Festival 2017). Ale tak już z „indykami” bywa, że nie zyskują rozgłosu niczym hity AAA. Nie wspominając o przynależności projektu do rodziny przygodówek, uchodzących obecnie za dość niszowy gatunek. Co ciekawe, korzenie The Lion’s Song sięgają prototypu, jaki to przygotowany został przez jedną osobę – Stefana „LeafThiefa” Srb – podczas imprezy Ludum Dare w 2014 roku. Na lato 2016 przypadł z kolei debiut pierwszego odcinka gry w bardziej rozbudowanym kształcie, którego rzeźbieniem zajął się liczniejszy zespół, pracując pod szyldem wiedeńskiego studia Mi’pu’mi Games.

Austria, początek XX wieku – takie oto miejsce i czas wybrano dla rozpisanej na cztery rozdziały historii. Gwoli ścisłości, mamy tutaj do czynienia ze swoistym zestawem pomniejszych opowieści, które wprawdzie bronią się jako oddzielne twory (zwłaszcza epizody 1-3), lecz równocześnie podporządkowane są nadrzędnej ścieżce narracyjnej. Pierwsze trzy odcinki przybliżają nam kolejno perypetie kompozytorki Wilmy Doerfl, malarza Franza Markerta oraz Emmy Recniczek – na co dzień bibliotekarki, a po godzinach matematyczki. Każda postać specjalizuje się zatem w zupełnie innej działce, przy czym łączy je coś więcej niżli bycie bohaterami jednej gry. To bowiem nieprzeciętnie uzdolnieni ludzie, których poznajemy wtedy, gdy stają przed szansą osiągnięcia wyżyn swojego potencjału. Szkopuł w tym, że ów kluczowy moment zbiega się z pewnymi problemami, głównie na gruncie natchnienia.

Studiującą muzykę Wilmę czeka przełomowy koncert, w trakcie którego dziewczyna zaprezentować ma arcydzieło własnego autorstwa. Jednakże wpierw musi je skomponować, a to wymaga przełamania blokady twórczej. Dlatego panna Doerfl wybywa do samotnej chatki wśród alpejskich gór, by odetchnąć od miejskiego gwaru i w skupieniu przystąpić do notowania nut. Chwytający za pędzel Franz chciałby zaś przebić się dzięki swym obrazom w środowisku wiedeńskich elit. Jak zamierza tego dokonać? Poprzez udoskonalenie warsztatu, a konkretnie talentu do rozróżniania warstw ludzkiej osobowości, który to przydaje się młodzieńcowi przy malowaniu portretów. W tym celu przyjdzie mu powędrować trochę po mieście, nawiązując różne kontakty. Podobne spacery nie ominą Emmy, bohaterki trzeciego i zarazem mojego ulubionego epizodu. Kobieta też bacznie poobserwuje mieszkańców Wiednia, a wyciągnięte wnioski przysłużą się przy badaniach nad teorią procesu zmian. Poza tym, dużą rolę odegra paradowanie w męskim przebraniu, które Emma zakłada po to, by zdominowany przez chłopów świat nauki raczył ją wysłuchać.

Twórcy ujęli mnie lekkością, z jaką opowiedzieli w The Lion’s Song serię kameralnych historii o poszukiwaniu siebie. Co istotne, pokazali, iż potrafią skłonić do refleksji, unikając popadania w przesadę. To bezsprzeczny plus, bo niekiedy łatwo przekroczyć granicę pomiędzy wyważonymi emocjami a nadmiernym patosem. Podkreślić przy tym trzeba, że osobisty charakter owych epizodów nie przeszkodził producentom w zarysowaniu szerszego kontekstu fabularnego. Śledząc perypetie protagonistów, dostaniemy więc również wgląd w ówczesne życie społeczne, kulturalne i naukowe. To samo dotyczy czwartego, finałowego odcinka, acz ten odbiega pod pewnymi względami od pozostałych. Choć znamiona zazębiającej się struktury można było dostrzec już poprzednio, tu mamy ich zdecydowanie najwięcej. Pociąg, który dotąd pojawiał się praktycznie przez chwilę, awansował w ostatnim rozdziale na podstawowe miejsce akcji. Wybrani pasażerowie posłużą natomiast za dobitne przykłady, jaki wpływ na innych ludzi wywarły poczynania Wilmy, Franza i Emmy. Będąc porządnym zwieńczeniem całości, finał nie zapomina ponadto o podsumowaniu losów najważniejszych postaci.

Patrząc na produkcję od strony mechaniki, owoc prac Mi’pu’mi Games nie oferuje pod tym kątem nie wiadomo czego. To łatwiutki point and click, w którym nie uświadczymy zagadek z prawdziwego zdarzenia. Ale, ale… Czy taki stan rzeczy musi być wadą? Otóż nie. Deweloperzy określają wszak swoje dzieło jako narracyjną grę przygodową, co nie pozostawia zbytnich wątpliwości odnośnie do natury Lwiej Pieśni. Powyższa klasyfikacja jasno wskazuje położenie największego nacisku na opowieść, skłaniając się raczej ku formule interaktywnej historii, zamiast klasycznym łamigłówkom. I dokładnie tak jest w omawianym tytule, który stawia na rozmowy i inne proste interakcje, a do tego wykorzystuje system wyborów. Co najważniejsze, nieskomplikowany gameplay z powodzeniem uzupełnia narrację, pozwalając graczom zgrabnie płynąć przez kolejne etapy scenariusza.

Chociaż audiowizualna oprawa The Lion’s Song daleka jest od kroczenia drogą przepychu, ekipa z Austrii skutecznie przekonuje, że skromność nie oznacza estetycznego ubóstwa. Strzałem w dziesiątkę okazała się dominacja barw sepii, która uwypukla atmosferę dawnych czasów, wzbudzając skojarzenia z kolorystyką starych fotografii. A i pixel artowa stylistyka wypada bez zarzutu, tym bardziej że pokuszono się nawet o wyraźne emocje na twarzach bohaterów. Nastrój postaci sygnalizują również dialogi, co wcale nie było banalnym zadaniem w grze pozbawionej voice actingu. Niemniej twórcy zrekompensowali nam brak lektorów pomysłowym akcentowaniem niektórych napisów (najczęściej poprzez efekt drgania), by zwrócić uwagę na ton danych wypowiedzi. Pozytywne wrażenia pozostawiają też po sobie dźwięki typu oklaski lub szum wiatru, wespół z dość oszczędną, acz bardzo klimatyczną muzyką.

Produkcja spod skrzydeł Mi’pu’mi Games ukazała się na komputerach PC i Mac, sprzęcie mobilnym z systemami iOS oraz Android, a w 2018 roku doszła jeszcze wersja dla Nintendo Switch. Zainteresowani gracze mogą wobec tego sprawdzić Lwią Pieśń w najbardziej im odpowiadającym wydaniu, aczkolwiek niezdecydowanych szczególnie ucieszy wieść, iż na Steamie udostępniono pierwszy odcinek za darmo. Bądź co bądź, gorąco polecam ów tytuł bez względu na to, czy zaliczacie się do miłośników przygodówek, czy nie. Potraktujcie The Lion’s Song nie jako typową grę, ale właśnie jako dobrze skrojoną opowieść, którą będziecie chłonąć w niespiesznym tempie. Tak oto spędzicie kilka godzin przy konsekwentnej konstrukcyjnie perełce, doświadczając chwil zadumy i wzruszeń.

 

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close