ARTYKUŁPC & KONSOLE

Nie grałeś? Zagraj! Warhammer 40k: Dawn of War

Dawno, dawno temu, kiedy licencja na Warhammera nie była jeszcze sprzedawana za suchą piętkę chleba, a skrót RTS dziatwa szkolna kojarzyła nie tylko ze StarCraftem, powstała sobie gra, w którą chętnie pograłby nawet sam Imperator, gdyby rzecz jasna nie był warzywem owiniętym w pampersa gdzieś na zadupiu galaktyki.

No ale o zmarłych podobno nie wypada mówić źle, pogadajmy więc o Dawn of War z roku 2004, cudownym dziecku THQ oraz Relic Entertainment, w którym stal, ogień, krew, mięśnie, technologie i magia komponują się idealnie i odwzorowują mroczny, młotkowy świat.

No dobra, ale tak konkretnie – dlaczego warto zagrać w grę sprzed czternastu lat? No to zacznijmy od tego, że ona naprawdę niewiele się zestarzała. Specyfika uniwersum i talent grafików zrobiły swoje, więc na DoW wciąż patrzy się przyjemnie. Serio, dla mnie to absolutny ewenement, bo tutaj bez tych wszystkich wynalazków graficznych kolejnych lat gra wygląda i zachowuje się wciąż świetnie. Warstwa dźwiękowa – cud, miód i orzeszki! Relic w 2004 roku po prostu wiedział co robi, dobrze czuł zarówno uniwersum jak i oczekiwania graczy, zatrudnił zdolnych ludzi – i voilà – hit gotowy.

Gameplayowo DoW nie był żadnym wielkim wynalazkiem, chociaż miał kilka świetnych pomysłów, które później znalazły też zastosowanie w innej produkcji ekipy Relic, mianowicie w Company of Heroes (które swoją drogą powinno doczekać się u nas swojego miejsca w cyklu Nie grałeś? Zagraj!) W grze standardowo, jak to w normalnych, hipstersko sceptycznych RTS-ach, buduje się bazę, w bazie produkuje się jednostki (albo raczej przyzywa), kombinuje się na nad ulepszeniami – każdy wie jak to działa, nie ma co się rozpisywać, starczy podpowiedzieć, że gra robi to tak, jak należy. Różnica polega na podejściu do zasobów – nikt tam nie zapiernicza z kilofem i nie niesie na swoich barkach ciężaru utrzymania tego całego bajzlu – do rozwoju potrzebne są tylko dwie rzeczy. Pierwsza: to energia – ot, wystarczy zbudować generator, ewentualnie siedem Druga: punkty rekwizycji, a te otrzymuje się po przejęciu odpowiednich punktów strategicznych na mapie. Takie rozwiązanie pozwalało bardzo fajnie konstruować mapy, a przy tym przy zachowaniu istoty rozgrywki ekonomicznej umożliwiało graczowi skupienie się przede wszystkim na tym, co najważniejsze, czyli na walce. Po prostu – chcesz zasobów – wywalcz je sobie. Masz zasoby? Fajnie, to teraz czas się dla nich wykrwawić, bo przeciwnik jest zdeterminowany, żeby Ci je odebrać. W grze dość istotny był tez system osłon (np. w leju po bombie jednostki miały bonusy do obrony), a ukształtowanie terenu też nie było bez znaczenia.

Gra jest bardzo zrównoważona jeżeli idzie o dynamikę. Czasami jest spokojnie, czasami nie, ale trzeba przyznać, że każde starcie potrafiło wzburzyć krew. No i bitwa to bitwa, a nie tańcowanie zorby z przeciwnikiem. Jednostki, które się ze sobą starły, nie odskoczą w ułamku sekundy, bo się gracz rozmyślił – tak się nie da! Jak już się wszyscy tłuką, to się tłuką, trzeba tę chwilę odczekać, zanim się miecz łańcuchowy wyszarpie z tych czy innych bebechów. Do tego wszędzie latające pociski, boltery lżejsze i cięższe, czołgi, armaty i inne narzędzia zniszczenia, że o über-jednostkach nie wspomnę. Naprawdę, jest na co popatrzeć!

W samej podstawce mieliśmy do dyspozycji 4 frakcje – Kosmicznych Marines,  Eldarów, Orków oraz Kosmicznych Marines Chaosu. Każda z frakcji miała nieco inną mechanikę, rzecz jasna inne jednostki, każda miała swoje mocne i słabe strony. Ale jeżeli cztery rasy to dla kogoś mało (pozdrawiam fanów SC), to trzy kolejne dodatki, czyli Winter Assault, Dark Crusade oraz Soulstorm wprowadziły jeszcze Imperialną Gwardię, Tau, Nekronów, Mrocznych Eldarów oraz Siostry Bitwy (jeszcze raz pozdrawiam fanów SC).

Większość podstawowych jednostek wzorem ikonicznego już bitewniaka jest pogrupowana w oddziały, co nie tylko wygląda fajnie, ale również daje pewne poczucie więzi ze swoim figurkowym pierwowzorem. Kolejna sprawa, która na pewno może się podobać, to malarz armii – nic nie stoi na przeszkodzie, aby swoje jednostki pokolorować w taki sposób, jaki uznamy za słuszny. Niby nic takiego, ale wygląda znakomicie no i nadaje dodatkowego smaczku w rozgrywkach multiplayerowych.

No właśnie, multiplayer… nie pomnę ile godzin spędziliśmy z kumplami przy okazji LAN party, na których królowały dwie gry – Age of Empires II oraz opisywany właśnie Dawn of War. A przecież ludzie w sieci nie próżnowali i przez długie lata był to dla wielu jedyny prawilny RTS.

Skoro była mowa o multiplayerze, to i o kampanii wypada chociaż wspomnieć, a ta była niebanalna, pełna intryg, tajemnic, plugastwa i chaosu – do tego misje dość urozmaicone, fajnie korespondowały z tym, co działo się fabularnie.  Oparte na silniku gry scenki pomiędzy kolejnymi starciami były znakomitym pomysłem, którego bardzo brakowało w DoW III. Wszystkie cut-scenki z podstawki tworzą godzinny film, który można sobie obejrzeć na YouTube, ale oczywiście nie polecam, po co sobie psuć zabawę, lepiej już kupcie sobie grę, bo pewnie więcej niż kilka złotych nie kosztuje, no i sami dajcie się ponieść opowiedzianej historii.

Na koniec rzucam obrazek bez komentarza. shame on you, Relic… shame on you…

2+

Polubili to:

  • avatar
  • avatar
Tagi

3 Comments

Dodaj komentarz

Close
Close