FILMYRECENZJA

Po seansie: Anihilacja

Są takie filmy, które cierpią na skrajny przerost formy nad treścią – wiecie, to te wszystkie tytuły, w których po dwóch godzinach trzymającej w napięciu fabuły wypełnionej efektami specjalnymi okazuje się, że w zasadzie bawiliśmy się całkiem dobrze,, ale generalnie film był o niczym. Coś tam wybuchło, coś kogoś zeżarło, mignął jakiś cycek – ot, mozaika przyjemna w odbiorze, której się za dwa dni już nie pamięta.

Są też takie filmy, których obraz pozostaje nam w pamięci na długo – to te wspaniałe dzieła natchnione przez dziesiątą muzę, w których wszystko ze sobą znakomicie koresponduje, a po seansie coś w człowieku umiera i coś się nowego rodzi – wiecie o co chodzi, bo przecież każdy ma kilka takich tytułów w pamięci.

No więc ustalmy na początku jedno – Anihilacja to film, który nie należy ani do tej pierwszej, ani do tej drugiej kategorii. Anihilacja bowiem to taki potworek, w którym treść niewiarygodnie wręcz przerasta formę, a to musi dać karykaturalny efekt. No i dało.

Zacznijmy od tego, że pierwsze dwa kwadranse seansu spędzicie prawdopodobnie tak jak ja – sprawdzając co tam ćwierkają na twitterze, czytając etykietę z piwa, rozważając wyższość łyżki nad widelcem. Naprawdę było słabo, a to bardzo źle, bo jak się później okazuje, żeby z tym filmem wejść na jakieś meta rozważania i zacząć bawić się w rozkminianie ukrytych znaczeń, to jednak dobrze jest przez te duperele przebrnąć. Czy warto? Nie jestem przekonany, ale jeżeli ktoś chce się pobawić w szukanie głębszych znaczeń, no to musi znaleźć w sobie taką siłę – mnie się za pierwszym razem nie udało i dopiero gdy pojawiły się napisy końcowe i gdzieś tam zakiełkowały różne pytania, ciekawość zmusiła mnie do ponownego obejrzenia tych pierwszych trzydziestu minut, które bez tej dodatkowej motywacji są po prostu dramatycznie nudne.

No dobra, przebrnęliśmy przez coś, przez co nawet Orzeszkowa z trudem by przebrnęła, więc dalej powinno być lepiej prawda? No w sumie prawda, ale najpierw kilka słów wyjaśnienia – o czym w ogóle jest ten film? Otóż tajemnicze „cuś” przypierniczyło w Ziemię, a konkretnie w jakąś latarnię morską. Od tego czasu dookoła latarni zaczęła się tworzyć specyficzna zona, w filmie nazwana iskrzeniem. Do środka były wysyłane ekspedycje, które nie wracały – z jednym wyjątkiem. Z takiej wyprawy wrócił mąż głównej bohaterki – ale jakby odmieniony. Poza tym sama strefa się nieustannie poszerza i jeżeli coś jej nie powstrzyma, obejmie cały glob. Na tym etapie można sobie pomyśleć, że brzmi to jak straszliwa klisza i nie ma w tym za grosz powiewu świeżości – no nie do końca, bo przyznać trzeba, że to, co dzieje się w środku, faktycznie może obudzić w człowieku różne refleksje, a kilka scen – naprawdę dobrych – na pewno skłoni do zastanowienia się nad… sensem i przyczyną życia. To nie jest kolejne kino z atakującymi ziemię obcymi, chociaż niewątpliwie jest to film o zagrożeniu, trochę o strachu przed nieznanym, o unicestwieniu, metamorfozie, odrodzeniu – naprawdę, worek znaczeń jest tutaj całkiem głęboki, a fabuła może mieć drugie, albo nawet trzecie dno. I w zasadzie wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że te pytania, które rodzą się podczas oglądania Anihilacji, nie musiały pływać w tak wątpliwej jakościowo papce jaką jest cała reszta tego filmu.

W Anihilacji jest cała masa sytuacji głupich, przy których człowiek nie wie, czy ma się śmiać, czy płakać. Zacznijmy od tego, że z niewiadomych przyczyn do tej strefy śmierci wchodzi grupa kilku kobiet, uzbrojonych po zęby, a przy tym zachowujących się tak, jakby pierwszy raz w życiu broń w rękach trzymały. Ktoś je tam wpuścił, bo miały jakieś tam swoje motywacje – widać to wystarczyło. Żadnej operacji wojskowej zakrojonej na szeroką skalę, zaangażowania całego możliwego świata naukowego, generalnej dramy – nie, po prostu wysyła się tam kilka znerwicowanych – za przeproszeniem – bab. Każda z nich ma swoje małe, psychiczne piekiełko do udźwignięcia, więc zmaga się nie tylko z przeciwnościami losu, z życiem, ze swoimi problemami, chorobami, rozterkami – no to teraz jeszcze na klatę bierze los świata. Bo może. I nie pytajcie, dlaczego akurat nie ma w tym gronie żadnego faceta, to już nawet pal licho, ale dlaczego wysłano tam grupę tak nieogarniętych życiowo (co jest tam wyrażone expressis verbis) osób – nie wiadomo. Jak mi ktoś zaraz powie, że to jest jakaś metafora, to wstanę i wyjdę z siebie, bo takie metafory to są – jak to się u nos godo – o kant dupy rozczaś. A skoro już przy metaforach jesteśmy – scena, w której jedną z pań wciąga coś do wody, a cała reszta rzuca broń i do tej wody wskakuje pomóc koleżance – jest absolutnie bezcenna, a jednocześnie znakomicie obrazuje kompetencje Alexa Garlanda, scenarzysty i reżysera Anihilacji, do stawiania ambitnych pytań o sens życia i śmierci – bo w gruncie rzeczy (chyba) o tym jest ten film. Alex! Tak się tego – (tutaj dowolne wulgaryzmy) – nie robi!

Czy zatem omijać Anihilację szerokim łukiem? Niekoniecznie, bo – jak wcześniej wspominałem – kilka scen jest naprawdę dobrych, a dla amatorów poszukiwania głębszych sensów na pewno szykuje kilka ukrytych znaczeń. Opowiedziana historia może i jest sztucznie rozciągnięta, ale nie można jej odmówić kilku naprawdę dobrych smaczków. Sam finał może się podobać, chociaż raczej nie na poziomie dosłownym, a raczej tym właśnie metaforycznym – jest specyficzny, w jakiś sposób uderzający i… przytłaczający, ale nadal nie uwalnia nas od rozbabranego całokształtu jaki przybrał ten film, tak bardzo nieprzystający do pytań, które próbuje zadać.

Jeżeli oglądaliście już Anihilację posłuchajcie również krótkiego podcastu, w którym opowiadam jak rozumiem film z mojej perspektywy – albo raczej jak można go rozumieć, bo trudno tu o jakieś wyraźne interpretacje – uwaga, nagranie jest pełne spojlerów!

Zaloguj się żeby posłuchać nagrania

 

No i koniecznie dajcie znać w komentarzach co myślicie – zgadzacie się ze mną? A może zupełnie inaczej rozumiecie Anihilację?

Tagi

14 Comments

  1. Żodyn nie mo tyle samozaparcia i siły co znerwicowano baba. ŻODYN Poza tym gdzie Diabeł nie może tam babę pośle. 😀
    Jak dla mnie słabizna straszna, były dwa momenty które mnie porwały. Pierwszy to był „ogród z ludzi” który rzeczywiście nasuwał pewną refleksję, a drugi to końcowa walka głównej bohaterki ze swoją nadprzyrodzoną/kosmiczną kopią. Jak dla mnie Natalie Portman jest uosobieniem braku emocji (jak Nicolas Cage 🙂 ), a cały film nie wniósł do mojego życia absolutnie nic.

    Dobre! 1+

    Polubili to:

    • avatar
    1. och, Nicolas Cage to zupełnie odwrotne zjawisko – on kiedyś gdzieś czytał o ludzkich emocjach, nie wie co to środek spektrum i albo nie odgrywa ich w ogóle, albo daje 300% osiągając tym samym komiczny poziom 😉 jako przykład scena transformacji w drugim Ghost Riderze, która przypomina bardziej Looney Tunes 😉

      Dobre!

  2. Zazwyczaj nie oglądam takich syfów, ale jako, że rozpętaliście niezłego shitstorma o to to aż chyba sobie przykołuję to coś i obejrzę tak dla świętego spokoju żeby może też kawałek gówna dorzucić do kociołka 😛

    Dobre! 1+

    Polubili to:

    • avatar

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close