FILMYRECENZJA

Po seansie: Cloverfield Paradox

Cloverfield Paradox to przedziwne widowisko, bo chociaż opowiedziana historia jest momentami naciągana jak przysłowiowa guma z majtek, a niektóre pomysły reżyserów powodują mimowolne podnoszenie brwi ponad ich naturalną pozycję, to nadal całość ogląda się całkiem przyjemnie.

Trzeba jednak na samym początku wyjaśnić sobie pewną sprawę – nie wiem kto tam jest odpowiedzialny za jakieś spinanie franczyzy Cloverfield do kupy, ale robi to źle. Gdy w 2008 roku pojawił się film przez jakiegoś nadgorliwego poliglotę przetłumaczony jako Projekt Monster, zobaczyliśmy całkiem fajnie zmontowany obraz, z ciekawym pomysłem obserwowania akcji z perspektywy kamery, którą dzierży cały czas jeden z bohaterów. Sztuczka specjalnie nowa nie była, ale miało to swój urok. Cała reszta była w mojej ocenie co najwyżej poprawna, bo koncepcja ogromnych potworów atakujących Ziemię nieustannie kojarzy mi się z kultowym, ale jednak groteskowym do bólu Godzillą. Ja oczywiście nie zaprzeczam oczywistym faktom, że jak jakaś wielka żaba rozdupca pół miasta, to nie może się tego oglądać źle, ale umówmy się – historia tam opowiedziana była czerstwa jak piętka chleba na koniec długiego weekendu.

Minęło osiem lat i nagle w 2016 roku otrzymujemy sequel – 10 Cloverfield Lane. Nie oglądamy już wielkiej ropuchy, oglądamy za to całkiem ciekawy, chociaż średnio ambitny thriller psychologiczny z postapokaliptycznym tłem. W zasadzie gdyby nie nazwa, to nic nie wskazywałoby na fakt, że film ma cokolwiek wspólnego z obrazem z 2008 roku. I chociaż znowu nie był to film wybitny, to na pewno potrafił trzymać w napięciu, a jego końcówka dawała nadzieję na ciekawy rozwój uniwersum. Była to niestety płonna nadzieja.

Ku wielkiej chwale naukowców, radości kosmologów i na nieszczęście dla fanów filmów spod znaku Cloverfield, w 2012 roku potwierdzono istnienie bozonów Higgsa, zwanych romantycznie boskimi cząstkami. Laikowi trudno do końca zrozumieć o co chodzi, a tym bardziej wytłumaczyć, ale w skrócie to niby one nadają innym cząsteczkom masę i to właśnie dzięki nim wszechświat wygląda tak, jak wygląda… chyba… W każdym razie odkrycie na poziomie fizyki teoretycznej nastąpiło już pół wieku temu, ale faktyczne wykrycie było możliwe dopiero dzięki eksperymentom w zderzaczu hadronów. Gdy o tych badaniach zrobiło się głośno, ktoś szybko pomyślał, że to przecież ciekawy motyw, dookoła którego można skonstruować film – i to właśnie wówczas podobno zrodził się pomysł tego obrazu, który zresztą taki też miał nosić pierwotnie tytuł: God Particle – Boska cząstka. Co się wydarzyło między rokiem 2012 a obecnym trudno wnikać, ostatecznie jednak film doczekał się premiery dopiero teraz.

Żeby za dużo fabuły nie zdradzać powiem tylko, że według scenarzystów zniszczenie bozonu Higgsa ma bardzo poważne konsekwencje, a to właśnie przytrafiło się załodze stacji kosmicznej, której misją było uruchomienie… w zasadzie to nie jest specjalnie tutaj istotne, wystarczy powiedzieć, że nie wszystko poszło tak, jak powinno, a teraz kosmiczni inżynierowie muszą wypić piwo, którego niechcący nawarzyli. Nie będzie zatem uciekania przed wielką, kosmiczną żabą, nie będzie też dusznej, postapokaliptycznej atmosfery schronu – będzie kosmiczna stacja. Muszę przyznać, że takie podejście było dla mnie zupełnym zaskoczeniem, może nawet delikatnym rozczarowaniem, ale na pewno z tej okazji szat nie rozdzierałem.

Więc gdzie problem? Z jednej strony wszystkie perypetie z jakimi się borykają bohaterowie są dość… osobliwe i nie można o nich powiedzieć, żeby były wystrugane po najmniejszej linii oporu – co mogłoby być kuszące biorąc pod uwagę to, co dzieje się we wspomnianych trzy akapity wyżej filmach. Z drugiej jednak strony oglądając Cloverfield Paradox ma się wrażenie, że zachowanie bohaterów nie zawsze jest adekwatne do tego, co ich spotyka i zupełnie nie oddaje emocji, jakie zapewne w podobnych sytuacjach szarpałyby człowiekiem. Jasne, jakieś tam łzy, krzyki, obrzydzenia – to wszystko jest, ale w filmie, w którym człowiek ociera się o szaleństwo, to chyba trochę za mało. I nie tyle chodzi tutaj o grę aktorów, ani tym bardziej o ich warsztat, co raczej o scenariusz, który wyraźnie nie zagłębia się w ludzkie dusze, traktując swoich bohaterów mocno powierzchownie.

Niestety Cloverfield Paradox zrobił to samo co poprzedniczki – dał nadzieję na fajną kontynuację, ale w ogóle nie rozwija wątków, które aż prosiłyby się o przybliżenie. To jak wybrać się do restauracji, w której kelner jako przystawkę, drugie danie i deser podaje trzy różne zupy – nawet smaczne – ale na litość boską! – zjadłoby się już tego stejka!

Mimo wszystko Cloverfield Paradox niejeden fan science fiction zapewne z przyjemnością obejrzy, a chociaż nie jest to film z tych, dla których wykupuje się abonament w Netflixie, to gdzieś tam w przerwie między Altered carbon a Przyjaciółmi zapewne znajdzie się i dla niego miejsce.


A przy okazji, jeżeli kogoś zainteresował wątek cząstek Higgsa, to o nich zdecydowanie lepiej opowiada Krzysztof Meissner:

 

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

5 Comments

      1. Prasówka – czyli co piszczy w popkulturze S02E03 (2018)
        Wybór najciekawszych doniesień z popkultury
        2018-02-05 14:56 Autor: Rafał Tomczak (cytat z artykułu na portalu dzikabanda.pl)
        /…/Niebawem zakończą się zdjęcia do czwartej części serii „Clowerfield”. Fabuła ma dotyczyć II wojny światowej i nazistowskich superżołnierzy. Cała franczyza ma pokaźną rzeszę fanów, którzy nie mogą się już doczekać jak najnowsza odsłona serii wpisze się w całość uniwersum żródło https://www.cbr.com/cloverfield-4-world-war-2-overlord/ /…/

        Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close