FILMYRECENZJA

Po seansie: The Titan – Evolve or Die

tym razem krótko i na temat

Gdy na ekranie monitora pojawiły się napisy końcowe filmu The Titan, naszła mnie smutna refleksja, że im bardziej Netfix stara się dostarczać ambitne filmy spod znaku sci-fi, tym bardziej mu to nie wychodzi.

The Titan jest sztampowy do bólu, niczym nie zaskakuje, a widz nie zada sobie po nim żadnych egzystencjalnych pytań, które nie wydawałyby się banalne jak salceson na wielkanocnym stole. Na samym początku dowiadujemy się z niby to przypadkowo włączonego serwisu informacyjnego, że świat stanął na skraju zagłady. Gdyby zamknąć oczy, można by sobie wyobrazić pieseła, który przedstawia nam to, co się normalnie dzieje w tym świecie – wojny tak bardzo, głód tak wielki, promieniowanie takie mocne, wow agresja, przeludnienie mocno. No bo to niby właśnie normalnie dzieje się w tym świecie, ale nie w tym filmie, bo w filmie to akurat cała akcja toczy się w zamkniętej bazie wojskowej – sprytnie, prawda? No w każdym razie jakiś tęgi mózg stwierdził, że jedynym i ostatecznym ratunkiem dla ludzkości jest… skolonizowanie Tytana, największego z księżyców Saturna. Wiecie, to taka kulka w kosmosie, na której morza i oceany są wypełnione nie wodą, ale ciekłym metanem, światło na powierzchnię prawie nie dociera, a atmosfera to głównie azot. Jak widać z oddychaniem tam miałby problemy nawet zahartowany smogiem Krakus, a co dopiero normalny człowiek, więc trzeba temat ugryźć sposobem! Skoro zatem nie można warunków dostosować do potrzeb człowieka, mózg całej operacji wymyślił, że się człowieka genetycznie zmodyfikuje i po sprawie. Film jest opowieścią o próbie realizacji tej genialnej myśli i wierzcie mi, nie ma w nim niczego, czego byście sami sobie po tych kilku zdaniach nie dopowiedzieli. Reżyser Lennart Ruff, a także odpowiedzialni za fabułę panowie Max Hurwitz oraz Arash Amel, może i mieli do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, ale ostateczne jej poprowadzenie pozostawia wiele do życzenia.

Dam sobie spokój z opisywaniem gry aktorskiej, muzyki czy pracy kamery – na jakimkolwiek by one poziomie nie stały, nie zrobię z The Titan ciekawej historii. Owszem, jak zwykle w przypadku podobnych widowisk, zakiełkowała we mnie myśl, że byłby to całkiem fajny odcinek drugiego, albo lepiej trzeciego sezonu jakiegoś serialu, w którym oglądalibyśmy upadek ludzkości i narodziny jakiegoś tam superbohatera, ewentualnie superpotwora – byłby to dajmy na to odcinek, w którym uchylono by nam rąbka tajemnicy, pokazano praźródło faktycznego problemu itd. itp. Niestety, The Titan to tylko nudnawy film, który nie tylko nie ubogaca oferty Netflixa, ale w mojej opinii szkodzi jego marce.

Tagi

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close