RECENZJASERIALE

Po seansie: Zagubieni w Kosmosie

Tego potrzebowałem! Wiem, wiem, przy tworzeniu seriali Netflix nie jest taki zły, ale po ostatnich filmowych średniakach w postaci Cloverfield oraz Anihilacji, a tym bardziej po całkowitej kaszance jaką okazał się The Titan, Zagubieni w Kosmosie to naprawdę miła odmiana. Ten serial ma w sobie wszystko to, czego potrzeba, żeby wpaść w ten nieszczęsny nawyk odkładania innych rzeczy na później, no bo przecież kolejny odcineczek jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko nic nie robić, najlepiej w ogóle się nie ruszać!

Pamiętacie taki serial Lost in Space z lat sześćdziesiątych? No ja też nie, a podobno był taki. A pamiętacie może taki serial Lost z poprzedniej dekady? W swoim czasie był on czymś świeżym i robił wrażenie, ale z każdym kolejnym odcinkiem pompował w siebie kolejne dawki absurdu, aż w końcu od pewnego momentu oglądali go tylko najwytrwalsi i najodporniejsi na ten galimatias fani. Lost in Space, przynajmniej w pierwszym sezonie, trochę ten stary serial przypomina – są rozbitkowie, jest sytuacja kryzysowa, są różne grupy i całe mnóstwo problemów do rozwiązania, przy czym fabuła jest tutaj zdecydowanie bardziej poukładana, a scenarzysta nie próbuje nas co rusz dezorientować wprowadzając nowe wątki z przysłowiowych czterech liter. Na szczęście różnic jest o wiele więcej, na wyraźną korzyść ostatniej, netflixowej premiery.

Zagubieni w Kosmosie to serial, który spokojnie można obejrzeć z całą rodziną.

No dobra, to dlaczego Zagubionych w Kosmosie ogląda się tak dobrze? Chyba dlatego, że jest to opowieść, w której wszystko jest dobrze poukładane – są tutaj dobrzy, tajemniczy i źli – i wierzcie mi, nie raz krzyczałem do monitora „no co za *&$())#)@!, trzymajcie mnie bo nie wytrzymam!” Jest sporo emocji i sporo akcji, a chociaż momentami ilość szczęścia jakie dopisuje bohaterom zakrawa już na kosmiczną anomalię, to jednak nadal kibicuje im się z prawdziwą przyjemnością. No i jest jeszcze tajemnicze coś, co wzbudza w nas zarówno strach jak i nadzieję – coś niejednoznacznego, niebezpiecznego. To coś, czego motywacje są dla nas zupełnie zakryte, a przez to tak bardzo niepokojące.

Aktorzy również zagrali świetnie, a Toby Stephens (Arghhhhh! – przepraszam, nie mogłem się powstrzymać… wiem, że piraci tak nie robią…) czy Molly Parker na liście płac to dla mnie osobiście całkiem dobre argumenty, żeby ten serial obejrzeć. Nie można też narzekać na widoki, bo niejeden kadr mógłby u mnie robić za tło pulpitu.

Czasami w różnych produkcjach zdarzają się takie sceny, które lubię obejrzeć kilka razy – nacieszyć się ich symboliką, poszukać w nich nieoczywistości. Zagubieni w Kosmosie też mają kilka takich momentów, w których molestowałem pasek przewijania. Zwłaszcza jedna, tak wymowna, w szóstym odcinku przy grze w karty – niby nic wielkiego, a ile w niej treści. I to chyba kolejny powód, dla którego obcowanie z tym serialem jest tak przyjemne – nie ma w nim nachalności i walenia po oczach wydumanymi na siłę rebusami, jest za to opowieść stara jak świat: o ludziach.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której warto wspomnieć, otóż Zagubieni w Kosmosie to serial, który spokojnie można obejrzeć z całą rodziną. Nie ma w nim wykraczającej poza granice dobrego smaku przemocy ani szczucia cycem, a jeżeli są elementy straszne, to raczej umiejętnie okiełznane i nawet dla nieco młodszej widowni do przełknięcia.

Sezon pierwszy to 10 godzinnych odcinków, ale coś mi mówi, że na tym nie skończy się kosmiczna przygoda rodziny Robinsonów. Oczywiście o tym, czy kolejne odcinki w ogóle powstaną, zadecyduje miara sukcesu tych pierwszych, zróbcie mi zatem przysługę, obejrzyjcie ten serial i nabijcie Netflixowi statystyki – myślę, że Zagubieni w Kosmosie są tego warci.

2+

Polubili to:

  • avatar
  • avatar
Tagi

4 Comments

Dodaj komentarz

Close
Close