ARTYKUŁESPORT

Poznaliśmy nowego mistrza świata!

Nowy rozdział w historii esportu

Minionego weekendu byliśmy świadkami zakończenia pewnego rozdziału w esporcie i narodzeniu – myślę, że można to śmiało napisać – „bonjwy”. Osoby nie znające tego terminu mogą się zastanawiać „o co chodzi?”, pozwólcie więc że wyjaśnie: bonjwa to określenie na gracza ponad graczami, który dominuje scenę przez długi okres czasu. Tacy gracze to oczywiście wielka rzadkość i praktycznie termin „bonjwa” w pełni swojego znaczenia używany był jedynie w stosunku do graczy StarCraft: Brood War, takich jak BoxeR, NaDa, Flash. W StarCraft II scena od początku była zbyt dynamiczna, aby ktokolwiek mógł tak naprawdę być w ogóle postrzegany w tych kategoriach. Aż do tej pamiętnej nocy.

Zanim jednak wyjawię, kto wygrał i jak bardzo historyczny był to moment, przejdźmy do szybkiego prześledzenia wydarzeń z otwierającego Blizzcon tygodnia.

Faza Grupowa

Grupa A

Bez zaskoczeń – Maru niszczący rywali bez większego problemu, proxujący na lewo i prawo, pozostawił za sobą bezradnych Lambo i Neeba. Niemiecki Zerg był pierwszym graczem na tegorocznych finałach, który musiał się pogodzić z porażką i pierwszym, który odpadł na dobre, ale nie jest to nic zaskakującego: jak pissałem w zapowiedzi, dla Lambo była to okazja do doświadczenia najważniejszej imprezy w esportowym StarCrafcie. Bój o drugie miejsce, a tym samym awans do playoffów stoczyli TY oraz Neeb. Amerykański Protoss wygrał pierwsze starcie, które pozwoliło mu doznać zaszczytu zostania zmasakrowanym przez Maru, Drugie starcie przebiegło zdecydowanie pod dyktando koreańskiego Terrana, który tym razem nie był skory do okazania jakiejkolwiek słabości, tudzież litości i wygrał decydujący pojedynek 2:0.

Grupa B

Serral nie mógł być gorszy w pojedynku „kto bardziej stłamsi i zadusi konkurentów”, który korespondencyjnie toczył z Maru i bez problemów wygrał zarówno z wyglądającym zupełnie bezradnie sOs-em, jak i Zestem. HeRoMaRinE znalazł się więc w tej wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji, kiedy wzrok obu żądnych krwi Protossów znalazł się na nim. Porażki z oboma zawodnikami ukazały to, co doskonale wiadomo o niemieckim Terranie: zbytnia przewidywalność i nieustanne granie standardu nie wystarczą do wygrywania na największej ze scen. Los drugiego miejsca pozostał więc do rozstrzygnięcia między Zestem i sOs-em, którzy stoczyli krwawy bój zakończony zwycięstwem reprezentanta Jin Air Green Wings. Co ciekawe, w pojedynkach między tą dwójką prawie zawsze lepszy bywał Zest (13:6 w grach) –  dla sOs-a zwycięstwo to było więc wyjątkowo cenne.

Grupa C

Stats uraczył nas kolejnym 4:0 w fazie grupowej, nie pozostawiając wątpliwości, że jest w formie i należy się z nim liczyć. Ani Has, ani ShoWTimE nie byli w stanie pokonać defensywnie usposobionego Protossa z Korei Południowej, więc walkę o być albo nie być musieli stoczyć z czyhającym Darkiem. Ten był w wyjątkowo złym nastroju, bo w swoim pierwszym meczu nieoczekiwanie przegrał z niemieckim Protossem, który wykazał się niebotyczną wręcz obroną na najwyższym możliwym poziomie. Dark po tym niespotykanym dla niego doświadczeniu odkuł się niwelując wyczyniającego cuda i dziwy Hasa, po tym przystąpił do konsumpcji marzeń ShoWTimE‚a o awansie. Rewanż wyglądał bardzo krwawo dla Niemca, który tym razem nijak nie był w stanie nawiązać do swojej obrony z pierwszego starcia i musiał uznać wyższość Koreańczyka.

Grupa D

Jedyny Polak na Blizzconie (jako gracz, ma się rozumieć 😉 ) nie grał źle. Serio, co prawda Nerchio wyszedł z fazy grupowej na ostatnim miejscu nie wygrywając nawet mapy, ale było to bardziej efektem tego, że jego przeciwnicy byli po prostu lepsi, bardziej zdecydowani i lepiej przygotowani. Zarówno Classic, jak i SpeCial pokazali silne – odpowiednio – PvZ oraz TvZ, Nerchio zabrakło jakiegoś zdecydowanego wyjścia lub solidnego all-ina, który pozwoliłby mu dyktować tempo. Rogue po zaciętej serii wygrał 2:1 ze SpeCialem, a następnie bezpardonowo zdemolował Classica, pokazując wyraźną różnicę między dobrym Zergiem, a światowej klasy Zergiem. W walce o drugie miejsce byliśmy świadkami największej sensacji na tym etapie WCS Global Finals: meksykański Terran niespodziewanie pokonał Classica, nadając wyśrubowane tempo i prezentując szalone macro, prezentując pełnię terrańskich możliwości. Imperium byłoby dumne. Szczególnie godna uwagi jest pierwsza mapa, gdzie Classic w zasadzie dokonał samodzielnej dekapitacji, atakując bardzo mocno ufortyfikowaną terrańską bazę i tracąc całą swoją armię w ogniu siege tanków, których najwyraźniej nie spodziewał się w takiej ilości.

Playoffs

Brackety zostały wylosowane, nadzieje fanów na wymarzony finał całkiem realne z Maru i Serralem po przeciwnych stronach drabinki. Po tygodniu oczekiwania, nadszedł czas na rozegranie ćwierćfinałów. Zaczęło się od starcia Maru z sOs-em, które mogło się potoczyć naprawdę różnie. Z jednej strony mieliśmy zwycięzcę wszystkich GSL-i w Korei w tym roku i czołowego pretendenta do miana najlepszego gracza świata. Z drugiej był nieprzewidywalny, enigmatyczny geniusz, który mógł zarówno zaskoczyć wszystkich i wygrać mecz zanim oszołomiona publiczność zdoła zorientować się w sytuacji, jak i wyglądać jak totalny amator. Jak to zwykle jednak bywa, kiedy na horyzoncie pojawia się naprawdę spora kasa, sOs pokazuje swoje najlepsze oblicze. Maru został zniszczony. Dosłownie i w przenośni, zarówno na polu walki w samej grze, jak i w sferze mentalnej. Seria rozpoczęła się od tego, co Maru robił cały rok: proxy. Protoss jednak doskonale wiedział, co nadciąga i spokojnie budował swoją obronę na jednej bazie, jednocześnie będąc upierdliwym po drugiej stronie mapy za sprawą pylona w wallu Maru oraz adeptki. Dwa cyclony z proxy factorki zostały odbite przez kilka stalkerów i shield battery, drop z minami nawet nie zdążył dotrzeć na miejsce, podobnie jak podążający za tym wszystkim liberator. Co prawda drugi drop widow mines zdołał zabić sporo prob sOs-a, ale ten był już w bazie Terrana i bez problemu zniszczył kilka jednostek, które Maru miał pod kontrolą. Drugi mecz to geniusz sOs-a i jego przygotowania do przeciwnika: Cannon Rush. Tak, Maru znowu budował swoje baraki poza bazą, co sprawiło że nie miał on żadnej odpowiedzi na cannony budujące się pod jego bazą. sOs dalej kontrolował sytuację na mapie, wykorzystując że relokowana baza Terrana była podatna na harass i uderzył prostym, acz potężnym 4gate’m. Maru był wstrząśnięty, co było widać doskonale po jego mimice i tym, że już na początku trzeciej gry stracił reapera – sOs tymczasem zajął jedną ze „złotych” baz na Dreamcatcher, wybronił próbę ataku Maru, a następnie zalał Terrana niczym rasowy Zerg. Sensacji stała się faktem, perfekcyjnie przygotowany do serii sOs przeszedł do półfinałów. Kto wie, gdyby Maru nie próbował uparcie grać tego, co przez cały rok, to być może historia potoczyłaby się inaczej.

W drugim meczu ćwierćfinałowym SpeCial mierzył się ze Statsem w TvP, które poszło mniej więcej tak, jak należałoby się spodziewać. Mecz zaczął się od dosyć standardowej rozgrywki, podczas której obie strony standardowo expowały i szykowały się do gry macro. SpeCial zdołał znaleźć kilka dogodnych okazji do zadania szkód ekonomii Protossa, ale ten wytrwale odbudowywał straty, atakując kiedy upgrade’y jego wojska osiągnęły +2 ataku i + 2 pancerza. Pomimo brawurowej defensywy Terrana, gra zaczęła powoli wymykać mu się z rąk, dlatego postanowił zaryzykować basetrade. Ten nie poszedł jednak po jego myśli. W drugim meczu SpeCial uznał, że czas na proxy, na co Stats zareagował własnym proxy Stargate. Armia Terrana w pewnym momencie została złapana w stasis ward, co pozwoliło jeszcze lepiej przygotować się Statsowi do obrony pusha, po którym miał swobodę w egzekucji reszty gry. W trzecim meczu Meksykanin zdołał znaleźć wyrwę w defensywie swego oponenta i decydującym atakiem złożonym z cyclone’ów, kilku min i SCV oraz vikinga w trybie naziemnym zdołał zniszczyć natural Protosa, który poddał grę wkrótce po tym. Ostatnia mapa zaczęła się od kolejnego proxy, które jednak nie zadało odpowiednich obrażeń, co pozwoliło Statsowi na kontrolę mapy oraz powstrzymywanie Terrana przed założeniem nowej bazy. Gra po tych wydarzeniach zwolniła, kiedy obie strony robiły techowały i budowały swoje armie – z tym, że Stats tym razem szybciej dołożył do swojej kompozycji high templary wraz z psi-stormem oraz distruptory. Jednocześnie widzieliśmy taniec armii obu stron podzielonych na kilka części i obu graczy próbujących znaleźć luki w obronie przeciwnika. Po kilku minutach tego spektaklu SpeCial zaatakował zdecydowanie czwartą bazę Protosa, który zareagował natychmiastowym atakiem na dwie bazy Terrana. W konsekwencji SpeCial znalazł się w sytuacji, kiedy jego budynki produkcyjne były pod oblężeniem i musiał podjąć decyzję o walce z armią Statsa. Walka zakończyła się zdecydowanym sukcesem przedstawiciela Aiur, który wygrał całe starcie 3:1.

Rogue vs TY na papierze wyglądał jak pojedynek marzenie dla fanów. Obaj gracze charakteryzują się kreatywnym podejściem do gry, potrafiąc stosować zaskakujące zagrywki wycelowane perfekcyjnie w słabości rywala lub wykorzystujące jakąś specyfikę mapy. Obaj również nie stronią od late game, co w tym roku było widoczne szczególnie w przypadku gier TY – w końcu tylko on przechodził w late game z mass battlecruiserami w TvP i jeszcze takie mecze wygrywał. Mecz rozpoczął się od potężnego ataku roach/ravager z podwójnymi upgrade’ami w wykonaniu Rogue‚a, który jednak nie zdołał zabić Terrana. To z reguły oznacza, że Zerg jest na „zegarku”, który wylicza czas do momentu, w którym żadna ilość roachy pompowanych ze wszystkich hatcherek nie da rady sprostać znacznie lepiej skalującej się z ulepszeniami, biologicznej kompozycji Terrana. Druga mapa rozpoczęła się od proxy 2 raxów, co w teorii zadziałało – zabiło naturala Rogue – ale w praktyce kosztowało TY całą armię. Nie mając nic do obrony przed kontratakiem, musiał on poddać grę. Podobny schemat dotyczył następnej gry, w której TY jednak nie był w stanie uzyskać jakiejkolwiek przewagi – bezpieczny opening Zerga bez problemu rozprawił się z proxy, a przewaga została szybko przekuta w kolejne zwycięstwo. Najciekawsza mapa nastąpiła zaraz po tych dwóch szybkich pojedynkach, bowiem na Lost and Found byliśmy świadkami długiej gry macro, która przeszła w late game po obu stronach z dynamicznymi starciami przez praktycznie cały czas trwania rozgrywki. Rogue zdołał osiągnąć pewną przewagę ekonomiczną, którą jednak stracił w wyniku kolejnych ataków TY, który ponownie optował za kompozycją bio swojej armii. Dzięki temu był w stanie uderzać w wielu miejscach na całej mapie, jednocześnie cementując swoją przewagę w kolejne bazy i ulepszenia oraz technologię. Spektakularne TvZ w najlepszym wydaniu zakończyło się zwycięstwem Terrana, który w decydującym pojedynku popełniał jednak dyskusyjne decyzje. Ponowne otwarcie proxy barakami tym razem dało pożądany efekt w postaci zabicia naturala Rogue, który miał jednak już zbudowaną trzecią bazę, co pozwoliło mu zamortyzować stratę i w konsekwencji wyjść na prowadzenie ekonomiczne. Wówczas, TY postanowił dokonać wręcz samobójczego ataku, biorąc na front wszystkie jednostki w tym SCV (robotników). Decyzja ta okazała się katastrofalna w skutkach, bo pomimo zabicia jednej z baz Zerga, straty TY były znaczne. Rogue był w stanie znacznie szybciej się ustabilizować i zaczął zalewać przeciwnika kolejnymi falami jednostek, które w końcu przedarły się przez ostatnie linie obrony TY. Rogue wygrał 3:2 – acz jest całkiem prawdopodobne, że swoista upartość TY (proxy!) połączona z kilkoma dziwnymi decyzjami była tym, co tak naprawdę przesądziło o wyniku starcia.

Dominator World Championship Series kontra Dark, Zerg który nie ma w zwyczaju przegrywać z graczami spoza Korei Południowej. Pojedynek zapowiadał się nader ciekawie, w szczególności, że Dark był mocno podrażniony porażką w fazie grupowej i z pewnością chciał sobie powetować tę skazę na jego reputacji. Serral z kolei przystępował do meczu, jak to on – skoncentrowany, skromny i z typową dla niego aurą zimnego spokoju. Jeśli ktoś oczekiwał, że będzie to dynamiczne starcie dwóch tytanów, to… się mocno zdziwił. Dark tak naprawdę przez całą grę był zdominowany i niezdolny do zagrożenia Finowi. Szczególnie widoczne to było na mapie Cerulean Fall, na której koreański Zerg próbował zagrać mocny atak roach/queen z nydusem, który… został odparty i dokumentnie zniszczony z taką łatwością, jakby Serral odganiał od niechcenia nieznośną muchę. Nie mogąc sprostać przeciwnikowi pod żadnym względem, zszokowany Dark poddawał mapę za mapą, przegrywając ostatecznie 3:0.

Półfinały

Tak to już bywa z sOs-em – wydaje się, że geniusz się przebudził i nic już go nie powstrzyma przed sprawianiem kolejnych niespodzianek, a tutaj następuje mała wtopa. Nawet pomimo swojej reputacji i znakomitego PvP pokazywanego w całym roku, sOs był stosunkowo bezradny w starciu ze Statsem, który potrafił uzyskać przewagę we wczesnej fazie gry i przekuć ją w zwycięstwo. W zasadzie najciekawszym momentem tego meczu była pierwsza mapa, na ktorej sOs postanowił wykonać ciekawy atak z jednej bazy z distruptorem oraz warp prismem vs wczesna ekspansja Statsa. Micro po obu stronach było naprawdę świetne, ale minimalnie lepiej z sytuacją poradził sobie Stats, znakomicie wykorzystując zasięg własnego warp prisma i unikając kolejnych wystrzałów distruptora. Druga mapa zakończyła się po kolejnym nieudanym ataku sOs-a w midgame, a finałowe starcie od początku nie układało się po myśli dwukrotnego mistrza świata. Otwierając oracle na phoenixy Statsa, sOs był w sporych opałach i próbował zaskoczyć rywala niespodziewanymi dark templarami, jednocześnie pozorując dalszą produkcję phoenixów. Stats wyczuł jednak intencje reprezentanta Jin Air Green Wings i idealnie wymierzony scout halucynacją zobaczył nieaktywny stargate, co było wystarczającą wskazówką, aby zaczął chronoboostować oracle oraz postawił robo. Co prawda DT dotarły do bazy Statsa zanim detekcja była gotowa, ale dzięki dobremu micro i decyzyjności nie zadały niemalże żadnych obraże, sOs był więc w poważnych tarapatach. Ostatni desperacki atak został z łatwością odparty i reprezentant zespołu Splyce wszedł jako pierwszy do wielkiego finału.

Drugi mecz półfinałowy zaczął się od ciekawego zagrania Rogue‚a, który – zgodnie ze swoja reputacją – kreatywnie rozpoczął od szybkich trzech hatcherek. Zaraz, jaka kreatywność w takim zagraniu – zapytacie. Otóż Rogue nie wziął po prostu szybkich trzech baz, jego trzecia hatcherka była bowiem w naturalu i służyła jedynie jako dodatkowe źródło larw do produkcji kolejnych zerglingów. Serral jednak pozostał zupełnie nieczuły na nietypowe zagrywki i spokojnie obronił pierwszą agresję, po czym gra przeszła w standardowe macro. Szybsze upgrade’y, nieziemski multitasking (jeden drop z kilkoma roachami w zasadzie samodzielnie sponiewierał Rogue‚a) i nieustanne wymiany roachami pozwoliły Finowi na łatwe wygranie pierwszego meczu. Jedyna porażka Serrala w tej serii przyszła z niecodziennego kierunku, kiedy to sam czterokrotny mistrz WCS postanowił zagrać all-ina, który z kolei bez większego problemu został powstrzymany przez Koreańczyka. Zrobiło się ciekawie, ale najciekawsze miało dopiero nadejść. Cerulean Fall to raczej dość typowa dla wczesnego ZvZ bitwa na speedlingi i banelingi przechodząca w roach wars, z których zwycięsko (jak zwykle) wyszedł Serral, ale prawdziwy majsztersztyk Fin pokazał na Lost and Found. Gra toczyła się w stosunkowo wolnym (jak na ZvZ na najwyższym poziomie) tempie, kiedy obaj gracze spokojnie kreowali swoje ekonomie i inwestowali w ulepszenia. Rogue jako pierwszy zaczął być agresywny z lurkerami, ale Serral nie pozostawał dłużny i tym samym mecz przeistoczył się w serię bitew na całej szerokości mapy. Wydawało się, że Rogue wygra mając więcej baz oraz więcej dron, ale Serral nadal był w grze – i co najważniejsze – cały czas lepiej wymieniał się z przeciwnikiem. Rogue miał olbrzymi bank minerałów, ale to Serral posiadał znacznie więcej dostępne vespene gazu i to przeważyło. Pomimo mniejszej ekonomii i wysiłków koreańskiego zerga rzucającego w Serrala wszystkim, czym się dało (wliczając burrow roache i nydusa, zabrakło kuchennego zlewu), to Serral dokonywał lepszych wymian i w końcu jego high techowa armia musiała stawiać czoła rozpaczliwym roachom Rogue‚a, a po wyczerpaniu przez niego ostatnich zasobów gazu, desperackich speedlingów. Nie mając już żadnych zasobów pod ręką i z przeciwnikiem blokującym każdą próbę zabezpieczenia nowej bazy, Rogue musiał się poddać i otworzył Serralowi drogę do wielkiego finału. Pierwszego finału Blizzcona dla foreignera!

Finał

W zasadzie powinienem tutaj napisać tylko jedno: obejrzyjcie ten finał. Z kilku powodów: tak, Serral wygrał Blizzcon i tym samym został pierwszym w długiej historii StarCrafta ukoronowanym zawodnikiem spoza Korei Południowej – koniec pewnego rozdziału w esporcie i początek zupełnie nowego. Warto zobaczyć sposób, w jaki młody Fin tego dokonał, dominując na największej ze scen. Warto również podziwiać w akcji najlepszego Protosa na świecie, który był o mały włos od comebacka z niewyobrażalnego deficytu.

Teraz czeka nas (zarówno zwykłych fanów, jak i zawodowców) krótka przerwa pomiędzy sezonami. 20 listopada rozpocznie się nowy sezon z nowymi zmianami w balansie, przez co ponownie rozpoczną się eksperymenty i zmiany mety, co może zaowocować nowymi, ekscytującymi taktykami i grami. Pozostaje tylko czekać i zastanawiać się, czy Serral będzie w stanie osiągnąć ten sam poziom absolutnej dominacji w 2019 roku.

VOD-y możecie obejrzeć między innymi na SC2links.com oraz na oficjalnym kanale StarCraft na Youtube. Brackety oraz mnóstwo innych informacji znajdziecie na niezawodnej Liquipedii.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close