PC & KONSOLERECENZJA

Dinocide

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Dwoje ludzi siedzi przy ognisku, nie szczędząc sobie powłóczystych spojrzeń ani czułych uścisków. Niestety, romantyczna schadzka zostaje brutalnie przerwana przez pewne bóstwo w postaci ogromnego dinozaura. Potwór najwyraźniej ma w głębokim poważaniu zasadę, że cudzych kobiet się nie rusza. Bezczelnie porywa pannę, lecz jej ukochany nie zamierza puścić tego wybryku płazem, więc niczym Liam Neeson w „Uprowadzonej”, rusza tropem wrednej bestii. Szkoda tylko, iż nie uświadczymy w tym pościgu wielu pozytywnych emocji.

O to, że Dinocide praktycznie nie posiada fabuły, nie będę się zbytnio czepiać. Owszem, nie zaszkodziłoby dodać w tej materii coś więcej niż drobniutki ogryzek, jaki podrzuca nam ekipa z niezależnego AtomicTorch Studio. Niemniej mamy tu do czynienia z produkcją, gdzie uwaga odbiorcy skupia się przede wszystkim na gameplayu. Scenariusz pełni natomiast marginalną rolę, usprawiedliwiając po prostu czynności, które wykonujemy podczas zabawy. Ot, wskakujemy w skórę człowieka prehistorycznego, a ten pędzi na ratunek swojej lubej, co wiąże się z zaliczaniem przygotowanych przez twórców etapów.

Warto przy tym podkreślić, iż niezależna produkcja funduje nam swoisty powrót do przeszłości zarówno od strony realiów przedstawionego świata, jak i mechanizmów rozgrywki. Otóż Dinocide jest side-scrollową platformówką, która obficie czerpie z ery gier na NES-a, szczególnie zapatrując się w serię Adventure Island. Inspirowana 8-bitowymi klasykami pozycja zalicza się zatem do pokaźnego grona indyków próbujących popłynąć na fali nostalgii. W przypadku perypetii jaskiniowca owe starania nie zaowocowały jednak sukcesem.

Podstawowe zasady nie są skomplikowane, gdyż polegają na parciu przed siebie i pokonywaniu napotkanych przeszkód. W związku z powyższym, trzeba regularnie skakać, a także omijać lub unieszkodliwiać pałętających się po okolicy wrogów, zanim to oni ukatrupią naszego podopiecznego. Oczywiście kto pamięta platformery z dawnych lat, ten wie, że prosta mechanika nie przekładała się w nich na casualową rozrywkę. Wręcz przeciwnie, gry z tamtego okresu nierzadko balansowały na granicy frajdy i frustracji, oferując wysoki poziom trudności. Podobną ścieżką podąża też Dinocide, aczkolwiek nie zdołano zachować tzw. złotego środka pomiędzy złością a odczuwaniem przyjemności z zabawy.

Wzorem wcześniej wspomnianego Adventure Island, dodatkową komplikację stanowi system łączący zdrowie bohatera z koniecznością napełniania żołądka. Pasek życia nie obniża się wyłącznie pod wpływem otrzymywanych obrażeń, lecz przez cały czas. Ubytki wskaźnika uzupełniamy zaś poprzez karmienie protagonisty, zbierając porozrzucane na planszach jedzenie. Tego typu struktura wymaga wzmożonej czujności i żwawego tempa, acz w ogólnym rozrachunku nie nazwałabym jej zbyt dobrym pomysłem. Początkowo bardzo denerwowałam się perspektywą śmierci głodowej, potem jakoś do tego przywykłam, ale jedynie do pewnego momentu. O ile pierwsze levele są względnie przystępne, tak w dalszej części gry stopień skomplikowania nagle wzrasta, dając człowiekowi ostry wycisk. Nie miałabym pretensji, gdyby poziom trudności rósł stopniowo, zamiast ni z gruszki, ni z pietruszki sprawiać, że chciałabym rozwalić pięścią monitor. Przy tak rażącym przeskoku nieustannie malejące zdrowie jeszcze bardziej dolewa oliwy do ognia.

Oprócz tego, nie najlepiej przemyślano kwestię zbieractwa, mimo że na pierwszy rzut oka ów aspekt wywołuje dosyć przyzwoite wrażenie. Pomijając żarcie, w trakcie wędrówki znajdziemy czasem lepszą broń, jaja z sojuszniczymi dinozaurami oraz klejnoty, które umożliwiają zakupy w nielicznych sklepach. Pomocnicze gady służą za wierzchowce, a ponadto różnią się wyglądem oraz umiejętnościami – dla przykładu, tyranozaur umie zionąć ogniem i chodzić po lawie. Przed rozpoczęciem nowego poziomu można wybrać z ekwipunku zdobyte na uprzednich etapach bonusy (oręż wraz z dinusiem), ale istnieje niestety druga strona medalu. Nielimitowane są jedynie kamienie, czyli najsłabsza broń, podczas gdy potężniejsze dodatki występują w ograniczonej liczbie. Jeżeli na dany level zabierzemy coś mocniejszego i zginiemy tam, tracimy to bezpowrotnie. Na początkowych etapach lepiej wobec tego oszczędzać zgromadzone zasoby, lecz nawet wtedy najprawdopodobniej nie unikniemy nerwicy. Skoro później nadzwyczaj łatwo o zgon, to i zapasy szybko się wyczerpują.

Co się tyczy oprawy audiowizualnej, do naszych oczu i uszu docierają dźwięki oraz obrazy rodem ze stareńkich gier, na jakich Dinocide się wzoruje. Ze świecą szukać tutaj upiększonych pikseli, które pomimo bycia passé kuszą szczegółowym wykonaniem i szeroką paletą barw. Chociaż scenerie są kolorowe, grafikę cechuje skromność i prostota. Uboga warstwa estetyczna zachęci więc jedynie retromaniaków, podobnie jak pozostałe części składowe tej pozycji. Ale czy osoby z docelowej grupy odbiorców powinny rzucać się już teraz na tytuł autorstwa AtomicTorch Studio? Aktualna cena gry na Steamie wynosi prawie 10 euro, co jest wygórowaną kwotą jak na archaiczny i w dużej mierze odtwórczy produkt. Na dodatek taki, który można było lepiej dopracować. Dlatego też radziłabym ewentualnym zainteresowanym poczekać na obniżkę, ponieważ całokształt jawi się jako podręcznikowe żerowanie na tęsknocie za dawnymi czasami. Rozsądniejszym wyjściem wydaje się obecnie wspominkowa sesyjka przy jakimś hicie sprzed lat, zwłaszcza jeśli posiadamy coś takiego w swoich zbiorach.


  • Prehistoryczne wierzchowce są nawet fajne
  • Wielbicieli starych platformówek może zainteresować taka sentymentalna wycieczka…
  • … ale i tak raczej stwierdzą, że drzewiej było lepiej
  • Generalnie łatwiej tu o frustrację niż przyjemność
  • Poziom trudności nie rośnie stopniowo, tylko nagle skacze w górę
  • Wspólny pasek dla zdrowia i głodu nie zdaje egzaminu
  • Pomysł ze zbieraniem bitewnych zasobów nie został dobrze zrealizowany
  • Za dużo odtwórczości i jechania na nostalgii, a za mało własnej osobowości
Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close