ANIMERECENZJA

Drifters

Rok 1600, bitwa pod Sekigaharą – decydująca batalia, która otworzy drogę shogunatowi rodu Tokugawa do objęcia kontroli nad całą Japonią. W bitwie tej bierze udział Toyohisa Shimazu, który osłania z grupką podległych żołnierzy odwrót sił swojego klanu – szybko orientujemy się, że jest on doświadczonym i nie znającym strachu wojownikiem, dysponującym również czystą charyzmą. Siłą niemalże samego charakteru zmusza on przeciwników do ucieczki, sam jednak otrzymuje śmiertelne rany. Zamiast jednak trafić w zaświaty i móc opowiadać o swoich wyczynach przodkom, Shimazu nieoczekiwanie odnajduje się pośrodku długiego, białego korytarza pełnego drzwi po obu stronach. Naprzeciw niego znajduje się tajemniczy jegomość, który niedbałym ruchem posyła bohatera przez jedne z wrót.

Shimazu budzi się po pewnym czasie odkrywając ku swojemu zaskoczeniu, że znajduje się w zupełnie innym świecie. I nie jest sam, albowiem pieczę nad ciężko rannym wojownikiem sprawowali Yoichi oraz… Oda Nobunaga. Czyli ludzie, którzy wedle jego wiedzy powinni od dawna gryźć piach. Jak się szybko okazuje, do tego świata trafiło znacznie więcej osób z Ziemi i to z różnych okresów historycznych i miejsc.

Wrzućmy wszystkich do jednego gara!

Drifters jest dość prostym anime w swoim założeniu – ot mamy dwie strony nieokreślonego konfliktu, które wrzucają do typowego, słabo rozwiniętego świata fantasy bandę znanych osobistości z naszej historii. Banda ta podzielona jest na dwa obozy: Driftersów oraz Endów, mających przeciwstawne zadanie (ocalić świat vs koniec istnienia). Pozostaje więc tylko poczekać aż obie strony się zorientują w sytuacji i oglądać fajerwerki. Poza wspomnianą trójką anime szybko wprowadza kolejne postaci, takie jak Joanna D’arc, Butch Cassidy, Hannibal, czy też nieustannie wkurzony pilot kamikaze. A to tylko czubek góry lodowej bohaterów, z których niektórzy w nowym świecie zyskali specyficzne dla nich zdolności specjalne. Przykładowo, za historią jednego z lokalnych mocarstw i jego budowę do militarystycznej potęgi odpowiada nikt inny jak pewien Adolf.

Jak można się spodziewać, konflikt rozbudza się szybko i jatka goni jatkę. Po sposobie prezentacji tejże oraz jej intensywności można wręcz odgadnąć głównego winowajcę całości: Kouta Hirano, czyli ojciec Hellsinga ora Yasuyuki Ueda, reżyser mający na koncie właśnie pierwszą serię anime o wampirach. Fani tego pierwszego szybko rozpoznają jego specyficzny styl, zamiłowanie do efektownych bitew i uwielbienie do wrzucania średnio zabawnych żartów wszędzie, gdzie się tylko da. Prostota Drifters nie jest jednak zarzutem, wręcz przeciwnie: to miła odmiana, oglądać serie, która od początku wie czym chce być i po prostu to robi. A Drifters to po prostu radosne kino akcji. Żadnej filozofii, ukrytych przekazów czy wielowarstwowych historii.

Tym co napędza anime to kolejne walki oraz postacie głównego trio bohaterów, których charaktery widz całkiem dobrze poznaje nie poprzez długie wywody lub wciskaną na siłę ekspozycję, a poprzez ich czyny. Nie trzeba wszechwiedzącego narratora, aby zorientować się, że Oda nie przejmuje się zasadami i jest skłonny wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do zyskania przewagi w bitwie. Shimazu nie musi spędzić połowy odcinka wyjaśniając swój kodeks honorowy – wystarczy zobaczyć go w akcji i obserwować podejmowane decyzje, aby wiedzieć z jakim typem człowieka ma się do czynienia.

Szkoda, że poprzez krótkość serii (12 odcinków) i mnogość bohaterów, większość z nich nie otrzymuje ekspozycji poza okazjonalnymi występami tu i tam. Część przeniesionych do nowego świata ludzi pojawia się wręcz na ekranie przez dosłownie kilka sekund, po czym znika na resztę serii. Sam sezon urywa się dość drastycznie, zupełnie jakbyśmy dopiero co obejrzeli zajawkę całości. Drugi sezon został zapowiedziany na 202X rok, ale… sami wiecie. Cliffhangery nie są fajne.

Po błyszczących oczach rozpoznacie ich

Drifters ma z Hellsingiem kilka rzeczy wspólnych poza naciskiem na efektowne walki, podczas których krew leje się hektolitrami, a członki są rozrywane, urywane i walają się po całej scenie. Podobnie jak cykl o wampirze Alucardzie, anime wyróżnia się mocną, grubą kreską i specyficznym stylem. Również tutaj postacie mają tendencję do lubowania się w groteskowej mimice twarzy, a szaleńcze szczerzenie się każdego jest trudne do przeoczenia. Podobnie zresztą jak „błysk oczu w ciemności” mający podkreślić to, jakim to badassem jest dany bohater.

Inną kwestią jest humor, który jest obecny w zasadzie każdym odcinku i jest dość niechlujny. Z rzadka zdarzało mi się uśmiechnąć, znacznie częściej przewalałem oczami w lekkim zażenowaniu albo tępo wpatrywałem się jak Oda po raz kolejny robi przewidywalne aluzje do biustu jednej z pobocznych bohaterek. Humor nie jest wyszukany, a jego prezencja jest drastycznie oddalona od stylu reszty anime, niemniej sugeruje on jedną ważną rzecz: aby nie traktować tego wszystkiego na poważnie, bo nie o to chodzi.

Historia? Jakaś jest. Ot mamy jakiś konflikt dwóch sił, które wrzuciły całe to tałatajstwo do tego świata, mamy podzielone obozy, z których jedni chcą świat unicestwić, a drudzy podbić i odmienić jego los i w sumie tyle. Te dwanaście odcinków jest głównie wypełnionych kolejnymi bitwami, planowaniem podboju okolicy przez Odę i przenoszeniem się daleko na północ, gdzie armia „głównego złego” zaczyna swój marsz. Mamy co prawda lekko zarysowane tematy sugerujące, że główny zły wcale nie jest taki zły i koniec świata bynajmniej nie jest jego celem, mamy jakieś tam sugestie relacji pomiędzy niektórymi postaciami (z historycznych względów, ma się rozumieć), ale to wszystko jest tylko tłem dla efektownej jatki.

I wiecie co? Czekam na drugi sezon. Nie jest to poziom Hellsinga, ale czasu spędzonego na obserwowaniu Drifters nie uważam za stracony. Owszem, luki w fabule są widoczne, ale to nie anime na fabule się opierające. Zdarzają się odcinki, gdzie animacja i kreska miały „problem”, ale ogólnie to taki solidny stan ponad średnią.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close