PC & KONSOLERECENZJA

Electronic Super Joy

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Niezależni twórcy wciąż nie przestają mnie zaskakiwać. W dobie wyświechtanego frazesu “wszystko już było” poletko gier indie raz za razem udowadnia, że niekoniecznie wszystko, a jeśli nawet, to zawsze można stare pomysły wyszlifować, dodać szczyptę oryginalności i własnego stylu.

Taki jest właśnie Electronic Super Joy. Średnio nowatorski, jeśli patrzeć na poszczególne składowe, ale z niezwykłą wprawą łączący elementy charakterystyczne dla innych produkcji i dodający sporo od siebie. Na pierwszy rzut oka skromny projekt autorstwa Michaela Todda to brzydszy krewniak Super Meat Boy’a (tak, są jeszcze brzydsze, bardziej rozpikselowane i oszczędne w wyrazie produkcje!), ale gdy zaliczymy kilka poziomów, okazuje się, że to również pochodna muzycznych plarformerów spod szyldu Bit.Trip Runner.

Z pierwszego zapożyczono morderczy poziom trudności i minimalistyczną oprawę graficzną. Choć zasady są do bólu proste, stopień skomplikowania kolejnych etapów rośnie lawinowo i już po pierwszym kwadransie liczba zgonów i powtórek ma wartość dwucyfrową. Dalej jest oczywiście jeszcze trudniej, bo dochodzą kolejne utrudnienia, jak np. przekrzywianie świata na bok, co utrudnia poruszanie się, samonaprowadzające się na cel rakiety oraz szereg innych przeszkadzajek.

Akcja gry ma miejsce w abstrakcyjnym, zbudowanym z wielkich pikseli dwuwymiarowym świecie. Rolą naszego podopiecznego jest parcie do przodu (czasem w innych kierunkach), skakanie po platformach, odbijanie się od rozmaitych elementów, korzystanie z portali przenoszących nas w inne miejsca oraz oczywiście omijanie bądź eliminacja przeciwników.

Banał? Banał. Tyle że nie do końca. Szkopuł w tym, że na ogół ekran automatycznie przesuwa się w prawo, więc musimy utrzymywać iście sprinterskie tempo, a ilość przeszkadzajek i sposób ustawienia platform sprawiają, że nie jest łatwo i praktycznie nie sposób przejść danego fragmentu inaczej, jak tylko na pamięć, po kilku lub nawet kilkunastu bolesnych porażkach. Na szczęście etapy są dość obficie obsiane checkpointami, więc z reguły cofamy się o kilka, maksymalnie kilkanaście sekund.

To z kolei sprawia, że zgony nie wkurzają jak w innych plarformerach, a proste zasady rozgrywki i ten niedefiniowalny pierwiastek decydujący o grywalności szybko aktywują syndrom “jeszcze jednej planszy”. Od tego rozpikselowanego cholerstwa naprawdę ciężko się oderwać, z drugiej zaś dłuższe sesje skutkują potężnym bólem głowy, bo krzykliwa kolorystyka i migający raz za razem ekran czynią z Electronic Super Joya pozycję numer jeden na listach gier niebezpiecznych dla osób cierpiących na epilepsję.

Tym co najbardziej wyróżnia omawianą produkcję nie jest jednak minimalistyczna oprawa czy poziom trudności – wszak to wszystko też już przecież gdzieś było. Najciekawszy jest bohater tła, który w tym przypadku wychodzi na pierwszy plan – genialna oprawa muzyczna (właśnie tu widać pewne subtelne inspiracje serią Bit.Trip Runner). Z jednej strony mamy tu wyraźny ukłon w stronę czasów, gdy dominowały ośmiobitowe platformy, z drugiej zaś oldschoolowe aranżacje fenomenalnie sprzęgnięto ze współczesną muzyką elektroniczną. Bit wbija się w czaszkę z siłą rozpędzonego ekspresu na trasie Paryż-Rzym, my zaś niemal instynktownie pokonujemy kolejne przeszkody w rytm muzyki. Częściowo to właśnie ona napędza tempo rozgrywki; częściowo, bo oczywiście największa tu zasługa dość wyśrubowanego poziomu trudności.

Electronic Super Joy to ciekawy projekt idealnie wpisujący się w rolę tytułu, przy którym chcemy się przez kwadrans rozerwać, bo nie mamy czasu na bardziej rozbudowane produkcje. Rzecz warta polecenia nie tylko miłośnikom Super Meat Boya oraz elektronicznych brzmień, choć ci gracze będą się przy niej bawić najlepiej.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button