ARTYKUŁRÓŻNOŚCI

Historia końca – czyli rzecz o apokalipsie – część I

Nie ma co ukrywać – od dobrych kilku lat postapokalipsa przewija się na pierwszym planie niemal w każdej formie dzieła kulturowego. Książki, komiksy, filmy, czy gry wciąż maglują jakże nośny temat świata odradzającego się (?) po dowolnie wybranej katastrofie. Choć oczywiście mamy do czynienia, zwłaszcza w grach, z pewnymi trendami, jak choćby eksploatowaniem tematu zombie, fani zniszczonych planet mogą się tylko cieszyć (bo nie mogą tego samego powiedzieć na przykład wielbiciele steampunka). A jak się to wszystko zaczęło?

Wielki potop to też opowieść o końcu świata

Aby znaleźć pierwszy tekst, w którym pojawia się apokalipsa, czy choćby przyczynek do postapokalipsy, musimy cofnąć się aż do drugiego tysiąclecia przed Chrystusem. Wtedy to prawdopodobnie powstał Epos o Gilgameszu, sumeryjski tekst, w którym po raz pierwszy pojawia się potop zalewający świat. Brzmi znajomo? Ależ oczywiście – wiele tradycji religijnych, które umieszczały w swojej mitologii elementy niszczenia świata nie robiły tego na drodze konwergencji, a inspiracji tekstem o herosie Gilgameszu.

Sinibaldo Scorza, Przed arką Noego; olej; płótno, I połowa XVII w.

Znamienne dla samego potopu jest to, że nie niszczy on ludzkości całkowicie – tak jak u Gilgamesza przeżywa Utnapisztim wraz z żoną, tak znacznie później, w najbardziej znanym nam tekście mitologicznym, czyli Starym Testamencie – Noe z małżonką, a także pakiet zwierząt. Ale zniszczenie i odrodzenie nie jest charakterystyczne tylko dla religii mających swe korzenie na Bliskim Wschodzie. Wodą podlewał ludzi i Zeus i bogowie nordyjscy.


Może Cię zainteresować: recenzja Metro Exodus – jednej z najlepszych gier w klimatach postapo!


Dlaczego akurat potop? No cóż, warto pamiętać, że w czasach, kiedy określenia „masa krytyczna” i „reakcja łańcuchowa” nie były tak popularne, zawsze istniało coś, co pozostawało poza naszą kontrolą i co miało niszczycielski wpływ na otoczenie. Tym czymś była woda – nie dość, że świat był przez nią otoczony, to jeszcze wrednie padała z góry, czasem w zbyt wielkiej obfitości.

Apokalipsa jako koniec świata lub… element cyklu

Jeśli jednak jesteśmy przy Europie już i przy czasach znacznie późniejszych niż Sumer, nie sposób nie poruszyć tematu już samej postapokalipsy. W wielu mitologiach ściśle europejskich (czyli nie wpada tu chrześcijaństwo z racji swoich judejskich korzeni) nasz świat i czas w jakim istnieje to koło. Właśnie dlatego nie pojawi się tu Biblia – w niej odrodzenie świata „po” po prostu nie istnieje. Sąd Ostateczny jest zakończeniem istnienia rzeczywistości jako takiej i przeniesieniem bytowania ludzkiego w zupełnie inny wymiar.

Friedrich Wilhelm Heine , Bitwa potępionych bogów”, 1882

Inaczej sprawy mają się w przypadku choćby mitologii germańskiej – gdybyśmy chcieli być pedantyczni, tam świat kończył się już kilka razy. Po raz pierwszy, gdy Odyn wraz z braćmi tworzyli świat dla ludzi po zabiciu Ymira. Po raz drugi – kiedy nadejdzie (a według niektórych interpretatorów już jest po tymże) Ragnarok, czyli ostatnia walka Asów z Olbrzymami. Wtedy to Surtr, Olbrzym Ognia podpali Yggdrasila (drzewo świata) i zniszczy świat jako taki. Z Hel (krainy umarłych) wyjdzie syn Odyna, Baldr i stworzy nowy świat, w którym będą żyli ludzie.

Skoro już jesteśmy przy czasach zdecydowanie nam bliższych nie sposób nie wspomnieć o samej Apokalipsie św. Jana. Oczywiście każdy, kto zetknął się z Biblią na dłużej niż kilka sekund wie, że grecki źródłosłów, czyli „ποκάλυψις” nie oznacza wcale końca świata, a po prostu objawienie. Sam tekst Apokalipsy nie jest zresztą tylko smacznym i obfitującym w brutalne sceny finiszem naszej rzeczywistości (wielbicielom mocnego języka warto przy okazji polecić niezrównanego Izajasza), a tekstem mocno politycznym.

Czterej jeźdźcy apokalipsy, Wiktor Wasniecow, 1887 r.

Choć dziś bez odpowiedniego wsparcia naukowego trudno w to uwierzyć, niestety – historia pisania traktatów religijnych, zwłaszcza takich, które operują elementami w stylu niszczenia świata (a zwłaszcza niewiernych) nie wynikała z potrzeby ducha, a prostej kalkulacji. Temat samego objawienia lepiej zostawić na boku. Większość bowiem elementów jakie pojawiają się w Apokalipsie św. Jana to po prostu wrogie chrześcijaństwu ludy, degradacja systemu wartości, oraz swego rodzaju pobożne życzenie – „bodaj byście z głodu i wojen pomarli, a szarańcza straszliwa zatruła swoimi jadowitymi ogonami”.

I w tym momencie już możemy zadać sobie pytanie – w zakresie samego pytania o koniec (i świat który jest po nim), czym różni się stary biblijny tekst od książek w stylu „Jestem Legendą”, filmów pokroju „28 dni później” czy całkiem smacznych wizji opartych na universum Dymitra Głuchowskiego, który przyłożył czynnie rękę do niedawnego „Metro: Last Light”?

Wybrańcy zostaną oszczędzeni!

Podobnie jak w starym tekście świętego Jana nośnym tematem jest globalne zniszczenie, ale nie o nie tu przecież chodzi. Nie chodzi nawet o zapewnienie o wybrańcach, którzy – dzięki odpowiedniemu znakowi – zostaną oszczędzeni. Za trąbami anielskimi, za różnymi wcześniejszymi potopami, spaleniem świata kryją się inne historie. Przedstawiane są one zresztą dość sprytnie w dwóch czasach – opisywane z punktu widzenia „ja to ujrzałem”, ale traktujące o przyszłości. Czy nie to robi literatura, filmy i od pewnego czasu gry komputerowe? Czy grając w kolejne „Fallouty” nie czujemy swego rodzaju ulgi, że nawet w takim ponurym i brutalnym świecie wszystko powoli wraca od początkowego chaosu do kosmosu? Wystarczy porównać pierwszego „Fallouta” i ostatniego, czyli „New Vegas” i zobaczymy jaką drogę przebyła ludzkość, by w postapokaliptycznym znoju wrócić do uporządkowanych społeczności.

Jedna tylko myśl, przykra i upiorna, kryje się w tych konsolacjach. Jeśli przyjmiemy po europejsku (czyli jednak dla nas naturalnie), że koniec jest początkiem, to nad każdą postapokalipsą, która w końcu daje nam pewną formę pocieszenia, że to wszystko się i tak ułoży, wciąż wisi widmo kolejnego „resetu świata”.

Tyle o związkach mitologii ze znanymi nam tematami postapokaliptycznymi. Jeśli czujecie się nieco znużeni czytaniem o tekstach powstałych w czasie, kiedy żelazo było rarytasem, a granaty istniały tylko w Chinach, uprzedzam – następnym razem będzie jeszcze gorzej. Prawdziwy rozkwit – nie zawahajmy się użyć tego określenia – kultury postapokaliptycznej to nie filmy pokroju „Noc Żywych Trupów”, a znienawidzony przez legiony licealistów romantyzm. Podany jest on jednak w zupełnie innej formie i treści niż to, co nam się z romantyzmem kojarzy.


Artykuł z archiwum Save!Project.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close