PC & KONSOLERECENZJA

Hitman: Sezon Pierwszy

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Wbrew niektórym wieszczom i czarnowidzom, Hitman wcale nie skończył się na Kill ’Em All. Wręcz przeciwnie – ta zasłużona seria skradanek nigdy nie spadła poniżej pewnego poziomu. Mieliśmy do czynienia z odsłonami bardzo solidnymi (część pierwsza, Kontrakty, Rozgrzeszenie) lub wręcz wybitnymi (przełomowa “dwójka”, czy dla wielu wciąż niedościgniona Krwawa Forsa), które wywindowały markę na zupełnie nowy poziom. Nie inaczej jest z najnowszą odsłoną tej wyjątkowej serii, mimo, iż od samego początku wywoływała masę kontrowersji.

Pierwszy i najpoważniejszy zarzut internetowych krzykaczy dotyczył modelu wydawniczego, który zakładał wypuszczanie kolejnych epizodów w kilkutygodniowych odstępach. I powiem szczerze, że była to chyba najpoważniejsza wada tej gry. Była, bo teraz możemy cieszyć się edycją kompletną, która sprezentowała nam cały sezon w jednym zbiorczym wydaniu.

Co oczywiście nie znaczy, że nie doszukamy się innych niedociągnięć. Nie ma tak dobrze. Poszatkowanie gry na odcinki sprawiło, że klamra fabularna spinająca naszą historię jest bardzo słabo zarysowana, momentami ma się wręcz wrażenie, że wymyślono ją tylko po to, by mieć pretekst do wysyłania naszego bohatera w rozmaite zakątki globu, a koniec końców otworzyć sobie furtkę i pociągnąć opowieść w kolejnych sezonach, które – jak już wiemy – z pewnością powstaną. To niewątpliwie spory minus, jeśli chcemy oceniać ten tytuł w kategoriach odrębnej, zamkniętej całości. Poszczególne misje są jednak zbyt dobre, by zniechęcać się z powodu wyjątkowo cienkiej nici, która je ze sobą spaja.

Osobiście wolę patrzeć na nowego Hitmana jak na listę kilku wybranych kontraktów, które nasz łysy zabójca otrzymał w trakcie swej burzliwej kariery. Ku takiemu podejściu skłania między innymi niewiarygodna różnorodność odwiedzanych miejscówek. Niesamowicie żywa sceneria i nieustanna zmienność rzutują w oczywisty sposób na odbiór poszczególnych epizodów. Mamy tu kilka tygli kulturowych – od Paryża, włoską Sapienzę przez Marrakesz i Bangkok, na Stanach i Japonii kończąc – z charakterystyczną architekturą, innymi ludźmi i rzecz jasna całkowicie odmiennymi, unikatowymi wyzwaniami (tylko dlaczego wszyscy, u diaska, nawijają płynną angielszczyzną?).

Choć głównych misji (nie licząc zadań szkoleniowych z prologu) jest ledwie sześć, każda mapa to tak naprawdę sporych rozmiarów piaskownica (przynajmniej jak na standardy gatunku, bo wiadomo, że samochodami po ulicach rozbijać się nie będziemy), a wytyczne z odprawy w żadnej sposób nie narzucają nam ani stylu gry, ani sposobu, w jaki rozwiążemy dany problem, dostaniemy się w określone miejsce czy wyeliminujemy wroga. Swoboda i wolność w dobieraniu drogi do celu, multum możliwości czekających na nas na każdym kroku i przestronne, otwarte i fenomenalnie zaprojektowane poziomy to definitywnie najjaśniejsze strony tej odsłony. Oczywiście z grubsza to samo można było powiedzieć o każdym poprzednim Hitmanie, ale w temacie nieskrępowanej wolności i wielkości terenu, po którym przyjdzie nam się poruszać, nowa część bije wszystkie poprzednie o kilka długości.

W trzewiach rozgrywki znajdziemy dobrze znane patenty i rozwiązania. Zmieniamy ciuchy, przebierając się w stroje ogłuszonych przeciwników (bądź znajdując gotowe wdzianka w świecie gry), skradamy się, przylepiamy do ścian, odciągając uwagę patrolujących teren strażników, a także wykonujemy dziesiątki czynności kontekstowych powiązanych z konkretnymi miejscami i sytuacjami, by przykładowo zatruć komuś drinka, innego wypchnąć za balustradę, a kolejnemu zrzucić na głowę duży ciężar. Pogłębiono nieco warstwę dialogową i rysy charakterologiczne najważniejszych postaci, dlatego wiele cennych informacji o naszym celu możemy pozyskać, podsłuchując rozmaite rozmowy, śledząc bądź podglądając nawyki i przyzwyczajenia niektórych person z bezpiecznej odległości. Oczywiście można również olać subtelności, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by złapać za broń i wyrżnąć wszystkich w pień, ale raz, że jest to wbrew pozorom rozwiązanie dość wymagające, a dwa – zwyczajnie głupie. Wszak od strzelania do wszystkiego co popadnie mamy inne tytuły.

Oprócz głównych wytycznych każdego zlecenia możemy zająć się zadaniami opcjonalnymi, do tego powracają charakterystyczne wyzwania przypisane do każdej z lokacji. Są ich dziesiątki i by wykonać wszystkie, należałoby grę rozłożyć na czynniki pierwsze i spróbować dosłownie wszystkiego, co możliwe w obrębie scenariusza. To mozolne, ale i piekielnie satysfakcjonujące zadanie, choć tylko dla najwytrwalszych graczy, którzy dysponują nadmiarem wolnego czasu. Z przepisowych dziesięciu godzin potrzebnych na jednorazowe zaliczenie scenariusza możemy spokojnie wcisnąć dziesięć razy więcej, bo to jedna z gier wręcz stworzonych do powtarzania, eksperymentów i szukania alternatywnych ścieżek.

Powraca funkcja Instynktu, ułatwiająca nieco przeżycie na obcym i wrogim terenie. W obecnej formie przypomina ona sonar pozwalający widzieć przez ściany i przykładowo dostrzec strażnika czającego się za drzwiami czy cel spacerujący swobodnie kilka kondygnacji wyżej. Oczywiście nikt nie zmusza nas do korzystania z takowych ułatwień. Ponadto w grze funkcjonuje dość rozbudowany system podpowiedzi, idealny dla żółtodziobów stawiających w uniwersum Hitmana pierwsze niepewne kroki. Naturalnie można i z tego zrezygnować, od razu rzucając się na głęboką wodę. Poziom trudności drastycznie wtedy wzrasta, podobnie jak satysfakcja z pomyślnie zaliczonego zadania.

Czy czegoś mi w grze zabrakło? Z całą pewnością klimatycznej muzyki autorstwa Jespera Kyda, która była jednym z filarów kilku poprzednich części. Nowy soundtrack w teorii nie jest zły, ale z pewnością nie zapada w pamięć. Można by też psioczyć na szwankującą momentami SI (często i gęsto znajdujemy się w sytuacji, w której przeciwnik powinien wydedukować, że jesteśmy głównym podejrzanym, tymczasem wróg na ogół trybi bardzo wolno, zazwyczaj ma też bardzo krótką pamięć), oraz na nierówną i średnio angażującą historię, która próbuje spajać poszczególne epizody. Powtórzę raz jeszcze – to wszystko jednak blednie, gdy rozbierzemy każdą z misji na czynniki pierwsze i odkryjemy, jak wiele rzeczy można tu zrobić, jak ogromną pracę włożyli twórcy w to, byśmy poczuli iluzję nieskrępowanej wolności.

Nowy Hitman jest niby restartem serii, ale pełnymi garściami czerpie ze starej mechaniki, w pewnym stopniu nawet ją zubaża, wywalając z poprzednich odsłon to, co było wątpliwe bądź niepotrzebne, a rozwijając te elementy, które dla marki zawsze były kluczowe. Dlatego liczący na rewolucję muszą się dwa razy zastanowić, nim wysupłają niemałą kwotę na zakup zbiorczego wydania. To stary Hitman w lekko odświeżonych szatach, z gamą starych wad i niedociągnięć, ale i olbrzymią wolnością, z którą – przynajmniej w omawianym gatunku – mógłby obecnie rywalizować chyba tylko MGS V (ale to w sumie nieco inna pozycja, więc ciężko je porównywać). Tak czy inaczej ja utonąłem na długie godziny i mimo drobnych zgrzytów, jestem zachwycony. Dla miłośników łysola w nienagannie skrojonym garniturze pozycja obowiązkowa.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button