FELIETONFILMYSERIALE

Nerdonomicon #2: czasem warto sięgnąć do klasyki… horrorów

Czasem dobrze jest zobaczyć coś głupiego, takiego dla zresetowania neuronów – w moim przypadku padło ostatnio na serial, który w zasadzie nie wiedzieć czemu z góry skazałem na bycie kaszanką – teraz jest mi głupio, więc piszę ten tekst, żeby publicznie serdecznie przeprosić Ash’a, bo kurde – od prawie czterech dekad robi chłop dobrą robotę…

Ashley J. Williams, dla przyjaciół i demonów „Ash”, wpadł mi jakoś w oko na głównej stronie Netflixa – twarz niby jakaś taka znajoma… A chociaż Martwe zło oglądałem jakieś tysiąc lat temu, a Armię ciemności z kuzynem dobre kilkanaście razy wypożyczaliśmy jeszcze na kasetach VHS (tak, było coś takiego!), to wspomnienia tego legendarnego w sumie horroru / komedii (niepotrzebne skreślić) były jednak zbyt odległe, żeby pokojarzyć aktora, który wszak postarzał się również o prawie czterdzieści lat! Prawdę powiedziawszy pamiętałem tylko gościa, który rozwalał demony i szkielety przy pomocy shotguna i piły łańcuchowej – to tyle. Kiedy więc odpaliłem serial, zobaczyłem pierwsze dwa odcinki – powiedziałem sobie HALT! Trzeba najpier odświeżyć klasykę! No i co tu dużo pisać – Wam polecam to samo. Dlaczego?

Ano na pewno nie dlatego, że nagle stałem się jakimś amatorem klasycznych horrorów – wolę raczej te współczesne. Ale akurat przy Evil Dead bawiłem się znakomicie – i to przy każdej kolejnej części.

Evil Dead, czyli Martwe zło z 1981 roku – scenariusz, który widzieliśmy tysiąc razy

Oto grupa młodych osób wybiera się do opuszczonego domu w lesie. Wow, serio? Ależ oryginalnie. Może jeszcze jeden po drugim giną z rak potwora / demona / upiora / diabła / psychopaty? No tak, dokładnie tak, ale przecież w 1981 taki scenariusz wcale nie był jeszcze oklepany. I kto tam umarł, ten tam umarł, nie ma co drążyć tematu, sęk w tym, że na pewno nie zginał tam „Ash”. On tam po prostu pierwszy raz dostał od sił ciemności w przysłowiowego ryja. Trzeba ten film potraktować jako narodziny antybohatera, no i w zasadzie pomimo scen z perspektywy dzisiejszego widza często raczej zabawnych, trzeba pamiętać, że to jest horror, bez ambicji bawienia publiki kliszami czy one-linerami rodem z lat 80. Jest straszno, choć przyznam bez bicia, nie da się nie parsknąć kilkanaście razy śmiechem przy oglądaniu.

Bruce Campbell, który jest chyba stworzony do roli Asha, zebrał po filmie wiele komplementów – uznano go wówczas za znakomitego aktora – chociaż przyznam, że dzisiaj nie do końca rozumiem dlaczego. Niemniej, to był dopiero wstęp do dłuższej przygody, w której Campbell odgrywa do dziś pierwsze skrzypce.

Kilka lat później powstał pierwszy remake, który w zasadzie fabularnie niewiele różni się od pierwowzoru. Czy warto obejrzeć… czy ja wiem? W sumie niewiele się straci, jeżeli po obejrzeniu „jedynki” odpalicie od razu Armię ciemności.

No więc jeżeli chodzi o Armię ciemności to wątpliwości już nie ma – to komedia w pełnej krasie, z co najwyżej elementami horroru

Taaaaak, to właśnie w Armii ciemności narodził się ten Ash, którego nie da się nie polubić – arogancki, prostolinijny, bezpośredni, czasami chamski, czasami tchórzliwy, ale częściej odważny. Ash, który ze strzelbą i piłą mechaniczną kroi i rozwala paskudztwa najrozmaitsze. Film jest bezpośrednią kontynuacją serii, ale w zupełnie inny sposób podchodzi do tematu – oto bowiem nasz bohater wyrwany przez jakiś dziwny wir czasoprzestrzeni ląduje w średniowieczu, gdzie również musi zmierzyć się z siłami zła, przy czym intryga jest tu już zupełnie inna. Fabuła jest nastawiona na przygodę, która bardziej przypomina fantasy niż horror, nie brakuje tutaj też humoru.

To tutaj narodził się ten Ash, którego zobaczymy później w serialu.

Jeśli truposzczaki zdobędą Necronomicon, zło pochłonie całą ludzkość! Stary Mędrzec do Asha

Evil dead 2013 – remake taki sobie, ale dla fanów serii pozycja całkiem przyjemna

No dobra, pamiętacie jak mówiłem, że Ash odgrywa pierwsze skrzypce? W zasadzie to prawda, ale wyjątkiem jest remake Evil Dead z 2013 roku. Tutaj znowu wracamy do konwencji czystego horroru – twórcy poza jednym momentem w zasadzie w ogóle nie mrugają do widza, nie starają się być zabawni – jest raczej mroczno, duszno, makabrycznie i demonicznie, a młodzież jakże klasycznie spędzająca wolny czas w chacie na odludziu jest w cudowny sposób zarzynana na pińcet sposobów. Tutaj podobnie jak we wspomnianych filmach z lat 80. krew i flaki latają pod sam sufit.

Ten obraz nie był może arcydziełem z gatunku grozy, ale stanowił całkiem fajne uzupełnienie serii. No i nie zobaczymy w nim w ogóle postaci Asha. Wróć! Nie zobaczymy go w trakcie filmu, ale pojawi się na kilka sekund po napisach końcowych, żeby… a zresztą i tak sobie to sprawdzicie na YouTube, prawda?

Ash kontra martwe zło – czyli serial w stylu, który kocham

Serial na Netflixie odpalałem jako tło do jakiejś tam mrówczej, nudnej roboty, ale dosłownie po dwóch pierwszych scenach już widziałem, że tego nie da się oglądać „z boku”. Po pierwsze na ekranie pojawia się ten sam Campbell, a Ash jest oczywiście sporo starszy, jeszcze bardziej cyniczny, jeszcze bardziej bezpośredni, upierdliwy i zarozumiały. Niewiele Wam zdradzę, jeżeli powiem, że zło znów wróciło na ziemię, bo Ash postanowił po przyćpaniu (i chyba mocnej wódzie) poczytać Nercronomicon prostytutce, którą sprowadził do swojej przyczepy campingowej – powiedział jej, że to jest lepsze niż jakaś tam śmieszna francuska poezja. Serio.

Jestem dopiero na trzecim odcinku, a przede mną całe trzy sezony! Już teraz widzę, że to, co dzieje się na ekranie będzie cudownym miksem okultyzmu, demonów, shotguna, piły mechanicznej, krwi, flaków i jajec nielichych, więc kończę czym prędzej i zabieram się za kolejny odcinek.

Dodaj komentarz

Close
Close