PC & KONSOLERECENZJA

Oh…Sir!! The Insult Simulator

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Każdemu z nas zdarza się w życiu zezłościć i przeklnąć. Przeklinamy sąsiada, który postanowił w sobotę o szóstej rano wypróbować nową wiertarkę. Rzucamy epitetami pod adresem zepsutego tostera albo w kierunku tego wrednego stolika nocnego, który uwielbia polować na niczego niespodziewające się palce u stóp. Czasami też zdarza się nam wejść z kimś w słowną przepychankę, kiedy to staramy się naszą kwiecistą mową onieśmielić oponenta – albo chociaż dać do zrozumienia, jak bardzo jego czyn wielce nas zirytował. Słowem: lubimy od czasu do czasu zaplątać solidną wiązankę.

Polska ekipa Vile Monarch doskonale zdaje sobie z tego sprawę – w końcu jako Polacy, mają w tym praktykę niebotycznie lepszą od większości innych nacji 😉 – i postanowiła z kreowania obraźliwych wyrazów stworzyć grę. Oh…Sir! The Insult Simulator powstał jako pomysł podczas jednego z game jam’ow, który po pewnym czasie został przekuty w małą produkcję, która niedawno trafiła do sprzedaży. I ma ona swój urok.

Przede wszystkim Oh…Sir! The Insult Simulator jest na swój specyficzny sposób urokliwe za sprawą tego, że nie rzucamy epitetami w języku polskim – dla niektórych może to być minusem, ale ciężko spierać się, że brytyjska odmiana języka angielskiego jest pod tym względem wyjątkowa. Kto choć raz słyszał rodowitego mieszkańca Wysp Brytyjskich w wybitnie złym nastroju ten wie, że nacja ta potrafi w oryginalny i zaskakująco flegmatyczny sposób wyrazić swoją dezaprobatę bądź dosadną opinię na przykład na temat wyjątkowo niemodnego kapelusza. Albo stwierdzić, że czyjaś matka została zrodzona z chomika.

Jak w ogóle wygląda rozgrywka? W jaki sposób możemy powiedzieć to i owo do oponenta i skąd wiemy, że to my wygrywamy tę słowną utarczkę? Gra oferuje dwa główne tryby gry: przeciwko komputerowi (dobre na trening) oraz przeciwko żywemu graczowi. Do wyboru jest kilka postaci posiadających unikalny słaby punkt np. Sir Knight jest wyjątkowo wraźliwym hipsterem na punkcie wszystkiego, co jest związane z nowoczesnością, a ktoś inny jest bliski płaczu kiedy zacznie się wyśmiewać jego nowy garnitur. Po wybraniu jednej z nich jesteśmy rzucani do jednej z kilku sytuacyjnych “aren”, gdzie jesteśmy wplątani w konflikt z inną postacią. A konflikt najlepiej rozwiązać oczywiście za pośrednictwem zgrabnej wiązanki, która na dobre udowodni, że mamy rację, a druga strona to marny przedstawiciel pospólstwa, którego żona po cichu kolekcjonuje znaczki pocztowe z Radomia.

Pod względem mechaniki Oh…Sir! The Insult Simulator jest nieco jak gra planszowa, albo turówka. Pośrodku ekranu pojawia się grupa słów (przymiotniki, rzeczowniki, spójniki, epitety itd.), z których po kolei każdy wybiera po jednym celem ułożenia obelgi. Szykany nie mogą być zupełnie abstrakcyjne i gra uniemożliwia tworzenie zupełnie bezsensownych wiązanek, które nie trzymają się żadnych zasad gramatycznych, dlatego najprostsza inwektywa zazwyczaj jest czymś w stylu “your face have a steaming romp with your cousin’s car”. To absolutna podstawa, do której można dodawać odpowiednie spójniki wydłużające obelgę o kolejne segmenty. Liczba dostępnych opcji jest ograniczona i korzysta z niej również druga strona słownego konfliktu, dlatego nie należy przesadzać w kwiecistości planowanej wypowiedzi, bo niezdolność do zakończenia swojej szykany skutkuje brakiem zadanych obrażeń. Tak, każda wiązanka, którą rzucimy w przeciwnika jest oceniana i na podstawie combosów (odniesienie się np. do kapelusza przeciwnika kilka razy z rzędu), słabego punktu oponenta oraz ogólnej “jakości” zadajemy obrażenia drugiej stronie. I tak na zmianę, aż pasek zdrowia – tudzież odporności na szykany – spadnie do zera.

Mechanika jest dodatkowo wzbogacona możliwością dodania (…) do swojego zdania – oznacza to, że w danej turze jej nie ukończymy, ale będziemy mieli możliwość wzgogacenia jej w następnej turze. Jest to mechanizm zarówno ofensywny (możliwość stworzenia takiej obelgi, żeby ten lizany przez Nazistów dziad się nie pozbiera!), jak i defensywny w przypadku, kiedy nie mamy za bardzo możliwości sensownego ukończenia zdania – aczkolwiek też ryzykowna, bo wyjątkowo efektowny combos przeciwnika może sprawić, że nasza postać zapomni języka w gębie i z planowanej wiązanki nici. Pomocna jest również – a jakże! – herbata, której łyk pozwala “nabrać” dwa nowe wyrażenia, z których można dalej budować swoją przemowę.

Summa summarum, to wszystko działa i ma swój urok, albowiem każda postać została ugłosowiona i algorytm stara się “przeczytać na głos” każdą obelgę. Efekt jest dość komiczny i przypomina syntezatory mowy, aczkolwiek po pewnym czasie zaczyna lekko irytować. Podobnie jak sama gra, która jednak nie ma w sobie na tyle zawartości i opcji, aby zatrzymać przy monitorze na dłużej. Niemniej to fajny i całkiem i tani (~1.99 euro) przerywnik od wielu poważniejszych tytułów, który potrafi umilić kilkadziesiąt minut nawet wybitnie słabego dnia. W końcu w ich grach zdarza się Wam powiedzieć, że czyjeś państwo ssie w Overwatch? Albo że w jego miejscu urodzin nadal używają Visty?

Pod względem oprawy audiowizualnej jest przyjemnie. Grafika jest lekko pixel artowa, ale bez przesadnego zapuszczania się w rejony prehistoryczne. Postaci są przerysowane i mocno brytyjskie, ich animacje stosunkowo oszczędne, ale wpasowujące się w ogólny styl. Muzyka zaś to zbiór znanych kawałków klasycznych, które podejrzanie dobrze komponują się z całą tą brytyjską otoczką. Wystarczy jeszcze na TV zapuścić sobie jedną z legendarnych brytyjskich komedii, zaparzyć herbatę i można poczuć się jak na Wyspach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button