FILMYRECENZJA

Po seansie: Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)

Ptaki Nocy to film, który po prostu nie trzyma się kupy. Wiem, że takie stwierdzenie bardziej nadawałoby się na ostatnie zdanie recenzji, a Ty, drogi czytelniku, nie masz przecież żadnych podstaw, żeby mi ot tak dawać wiarę. Mimo to stwierdzenie „to się nie trzyma kupy” dźwięczało mi w uszach nie tylko w trakcie seansu, ale jeszcze na długo po opuszczeniu sali kinowej. Szkoda, bo bardzo chciałem, żeby nie był to kolejny film spod znaku DC, na który można machnąć ręką – ale niestety, proszę Państwa, machnięcie w tym przypadku jest nieuniknione.

Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) to film, który próbuje zrobić kilka rzeczy naraz, ale żadnej nie robi naprawdę dobrze. Mimo to jest kilka elementów, które wyszły całkiem przyzwoicie. Po pierwsze – Margot Robbie! Aktorka jest wprost stworzona do tej roli, w mojej ocenie wszystkim wyszłoby zdecydowanie na lepsze, gdyby twórcy podarowali sobie próbę nakręcenia kolejnego filmu o tej czy innej „drużynie”, a skoncentrowali się na opowieści o Harley, bo prawdę powiedziawszy to jedyna osoba, którą w tym filmie w ogóle da się lubić. Była dziewczyna Jokera nie jest dobra, co to to nie, jest nadal tą samą, porąbaną laską, tyle, że działa teraz na własną rękę – a przynajmniej próbuje. Zresztą, Quinn jest też narratorką, nic więc dziwnego, że w całość jest momentami bardzo chaotyczna. Gdyby scenariusz skoncentrował się na niej, jakże barwnej i ekscentrycznej, całość byłaby bardziej spójna.

Niestety, przesuwanie historii w stronę pozostałych bohaterek nic nie wnosi, a dodatkowo nie pozwala rozwinąć różnych wątków z samą, byłą już, dziewczyną Jokera. Co gorsza, sam film spłyca postać Harley do bólu – sama HQ opowiada o swoim życiu w kilku zdaniach: patologiczna rodzina, a później patologiczny ośrodek wychowawczy – to ma nam wystarczyć. Później poszła na studia, była genialna, ma doktorat, ale ostatecznie zakochała się w jednym z pacjentów – no i została dziewczyną Jokera – to wszystko. A później zerwali – i chyba na tym opiera się ta fantastyczna emancypacja w tytule. No bo chyba nie na tym, że Harley i inne ptaszyny okładają facetów po mordach, od czasu do czasu któregoś pozbawiając zdrowia i życia.

Rodzi się pytanie: dla kogo jest ten film? Jaka jest ta druga warstwa opowieści, jaką otrzymujemy? W filmie nie ma żadnego normalnego faceta – wszyscy są źli. Ojciec HQ to pijak i łajdak. Wszystkie chłopy w Gotham, bez żadnego wyjątku, to dranie. Nawet ten jeden, jedyny, który jest dla Harley dobry, ostatecznie zdradza. Policjanci są tam przedstawieni jako szowiniści i w gruncie rzeczy idioci, a oprócz policjantów chyba mieszkają tam już tylko bandyci, więc wiadomo – mordercy i gwałciciele.

Głównymi antagonistami są Roman Sionis, a więc Black Mask, w którego wcielił się Ewan McGregor, oraz Victor Zsasz – w tej roli zobaczymy Chrisa Messinę. Trudno też coś ciekawego powiedzieć o tych postaciach, chociaż McGregor robił co mógł, nie zrekompensowało to czerstwego scenariusza i lichych dialogów. A Zsasz? Nosz kurde, przecież ten człowiek powinien jeżyć włosy na głowie, powinien budzić poczucie niepewności gdy tylko mignie gdzieś na ekranie – tutaj niestety jest tylko nieco bardziej bezwzględnym bandziorem, no i prawą ręką Sionisa.

Niestety, twórcy Ptaków Nocy zdecydowali się zrobić film podbity tak grubą warstwą feminizmu, że aż gryzie, ale zamiast przedstawić silne, faktycznie wyemancypowane kobiety, pokazali widzom drużynę złożoną z uroczej psychopatki, policjantki bez polotu (a do tego alkoholiczki), nastoletniej złodziejki, do której trudno pałać jakąkolwiek sympatią, tajemniczej, ale jakby trochę przygłupiej mścicielki i śpiewaczki, która krzykiem potrafi obezwładnić tłum ludzi, no i świetnie się bije, ale poza tym nie ma żadnej ciekawej historii w tle, którą można by zanęcić widza. Wszystkie one żyją w opresyjnym, patriarchalnym, kapitalistycznym świecie, z którym muszą walczyć – każda na swój własny sposób – chociaż głównie przy pomocy pięści i kopniaków.

Harley Quinn nie wiedzieć jak i kiedy, ale stała się ekspertką w sztukach walki, a do tego jest niezniszczalna i prawdopodobnie jak była mała wpadła do jakiegoś źródełka szczęścia – potrafi na przykład wejść sama na posterunek policji i przebić się przez kilkudziesięciu policjantów (ale nie policjantek, co to to nie!) strzelając do nich z konfetti – niestety, policjanci w tej scenie są prawdopodobnie sparaliżowani, no i zapomnieli, że posiadają broń. Serio, scena na komisariacie mogła być fajna, bo pomysł z pociskami wypełnionymi konfetti wypadł naprawdę znakomicie wizualnie, ale równie dobrze Harley mogłaby wpaść z impetem do magazynu manekinów – opór byłby mniej więcej taki sam. Poza tym nasza bohaterka potrafi obić największych zakapiorów, a na uzbrojonych w broń maszynową, przeszkolonych najemników wystarczy jej kij bejsbolowy. Sensu to nie ma, ale przynajmniej na dużym ekranie ogląda się to całkiem przyjemnie.

Momentami podobać się może również scenografia, chociaż klimat nadawany jest przede wszystkim ciekawym filtrom – momentami szarobure, momentami wręcz pastelowe – na tym tle postać Harley i jej osobliwego stylu tylko zyskuje. Twórcy całkiem zręcznie wykorzystali też kilka kultowych kawałków muzycznych jako tło do tego, co dzieje się na ekranie.

Podsumowując, Ptaki Nocy to przejaw dość osobliwego kina, które próbuje być feministyczne, ale robi to nieudolnie, próbuje być zabawne – ale jest raczej czerstwe, próbuje opowiedzieć o bohaterkach, ale robi to po łebkach. Birds of Prey jest dokładnie na tej samej półce, co Legion Samobójców czy Liga Sprawiedliwości – obejrzeć warto, żeby wyrobić sobie opinię, być może niejednej osobie się spodoba, ale na pewno nie jest to jeden z tych filmów, które chciałoby się obejrzeć jeszcze raz.

Cóż, następna szansa dla DC jeszcze w tym roku – premiera Wonder Woman 1984 już na początku czerwca.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close