RECENZJASERIALE

Po seansie: serial Wiedźmin na Netflixie – trochę hit, trochę kit, trochę Coco Jambo [bez spoilerów]

Zgodnie z obietnicami pierwszy sezon Wiedźmina wylądował już na Netflixie i z miejsca podzielił fanów na kilka obozów. Pierwszy obóz jest zrozpaczony, załamany i zdegustowany, drugi zachwycony, wniebowzięty i podniecony, a trzeci.. trzeci obóz sam reprezentuję – to obóz, który stoi na stanowisku, że serial Wiedźmin w wykonaniu Netflixa jest i dobry, i zły, a chwilami bywa nawet brzydki.

Zanim jednak rozpocznę, to podkreślę wyraźnie – tak jak każda recenzja, to jest moja subiektywna opinia. Tak ja postrzegam to, o czym tu piszę i takie mam na ten temat zdanie – jeżeli się z nim nie zgadzasz, to znakomicie, bo to otwiera drogę do dyskusji! Nie wahaj się, podziel się swoim zdaniem w komentarzach.

Henry Cavill świetnie gra Geralta, ale doceniłem to dopiero około czwartego odcinka

Zacznijmy od tego, że Henry Cavill odrobił zadanie domowe. Aktor, który na początku nieco odstraszał (pamiętacie teaser z Legolasem?) okazał się strzałem w dziesiątkę. Zresztą, sam Cavill w wywiadach podkreślał, że jest fanem Geralta z Rivii, więc rolę potraktował nie tylko jako fajną przygodę, ale również jako wielkie wyzwanie – chciał, żeby fani prozy Sapkowskiego byli usatysfakcjonowani. Nie wiem jak inni, ale ja jestem. Geralt z dupą na brodzie być może w pierwszych dwóch odcinkach nie miał wielu okazji, żeby zabłysnąć, ale dalej sytuacja się zmienia i postać zaczyna nabierać barw. Jeżeli dodać do tego postać Jaskra znakomicie zaprezentowaną przez Joeya Bateya, to można być pewnym, że ten duet widzowie prędzej czy później pokochają.

Poza dobrą grą aktorską trzeba też oddać Cavillowi, że sztukę machania mieczem na wiedźmińską modłę opanował do perfekcji. Jest dynamicznie i intensywnie, są piruety, uniki i inne akrobacje, ostrze śmiga po ekranie jak się patrzy, a aktor sprawia wrażenie, jakby robił to od zawsze. Osoby odpowiedzialne za choreografię zrobiły dobrą robotę, a aktor na pewno niejedną godzinę poświęcił i hektolitry potu wylał, żeby wszystko na ekranie wyglądało tak realistycznie.

To nie jest Yennefer z Vengerbergu, to jest Yennefer z Netflixa

Bardzo ambiwalentne uczucia mam względem Yennefer – tutaj na pewno warto docenić to, że odtwórczyni roli czarnowłosej czarodziejki, Anya Chalotra, portretuje swoją postać bardzo umiejętnie, problem tylko polega na tym, że tą postacią chyba nie do końca jest pani z Vengerbergu. Niestety, sama postać Yen jest w netflixowym wydaniu cieniem swojego pierwowzoru. Zamiast dojrzałej, zimnej czarodziejki (która przecież w prozie Sapkowskiego liczy sobie przeszło dziewięćdziesiąt wiosen) zobaczymy nastolatkę z feministycznym zacięciem. Z całym szacunkiem, ale przecież ta prawdziwa, powieściowa Yen sama w sobie jest przykładem silnej kobiety, która wie dokąd zmierza, sama kieruje swoim życiem i doskonale wie jak funkcjonuje świat, więc gdy w pewnym momencie w serialu zaczyna użalać się nad światem i swoim losem, a winę za wszystko zwalać na chłopów… no jest to po prostu słabe.

A jak w netflixowym wydaniu wypadają pozostałe postaci? Cóż w mojej ocenie bardzo różnie. Triss Merigold jest nudna jak flaki z olejem, Myszowór przypomina bardziej jakiegoś królewskiego sekretarza, niż druida, a sprawiedliwa i mądra Calante w serialu przypomina bardziej krnąbrnego herszta zbójnickiej watahy niż Lwicę z Cintry (o popielatych włosach też można zapomnieć, chociaż miały być one dla niej niezwykle charakterystyczne). Pomimo zapewnień, że twórcy serialu czują wiedźmińskiego ducha, to wydaje się, że jednak nie przeszli tej próby traw i pewne rzeczy potraktowali bardziej niż lekko. Ja rozumiem, że to jest jakaś tam adaptacja, ale nawet adaptacja musi trzymać się pewnych kanonów dla przyzwoitości. O czarnoskórych elfach i driadach przypominających – w zasadzie nie wiadomo co, jakiś gang amazonek na wojennej ścieżce, ale na pewno nie driady – nawet nie ma co wspominać. Wiadomo, nie są to rzeczy, które spędzają mi sen z powiek, ale człowiek zastanawia się po prostu – dlaczego?

Jeżeli ktoś nie czytał Wiedźmina, to się w netflixowym serialu łatwo nie połapie

Sporym problemem może też być totalny chaos w prowadzeniu tej opowieści. Widz, który nie czytał Wiedźmina albo zrobił to bardzo dawno, z całą pewnością szybko się w tym wszystkim pogubi. Możemy zapomnieć o książkowej chronologii wydarzeń, serial ma na to swój pomysł, tylko na razie nie do końca jeszcze wiadomo jaki. Dobra, przyznam się bez bicia, jestem dopiero w połowie pierwszego sezonu, ale naprawdę nie przerosłoby chyba budżetowych możliwości Netflixa wrzucenie od czasu do czasu fiszki na ekranie, że ta opowieść była wtedy, tamta kiedy indziej. W opowiadaniach można sobie tym specjalnie nie zaprzątać głowy, ale w serialu… jeżeli najpierw widzi się śmierć Calante, a później ogląda, jak wesoło ucztuje, to coś tu jest mocno nie tak.

Poza tym już na samym wstępie „świeżak” oberwie po uszach dziesiątkami nazwisk, krain i politycznych zależności, co tylko wzmaga poczucie zagubienia. Jasne, można powiedzieć, że w Grze o Tron było przecież podobnie, ale też Gra o Tron zupełnie inaczej zaznajamiała widza (zresztą czytelnika również) z kolejnymi stronami wielkiego konfliktu, dzięki czemu szybko można się połapać kto z kim, co i dlaczego. W Wiedźminie natomiast wszystko jest ze sobą zmieszane – konia z rzędem temu, kto w tych wszystkich niuansach się z miejsca połapie.

No więc jak to jest z tym Wiedźminem? Czy warto oglądać?

Dysonans pomiędzy wiedźminem książkowym i serialowym jest duży i na pewno dla fanów prozy Sapkowskiego jest to raczej argument in minus, natomiast nie zmienia to faktu, że serial ogląda się naprawdę dobrze. Widać, że pierwsze odcinki są wstępem do wielkiej opowieści, która być może będzie już prowadzona bardziej logicznie. To, co momentami gryzie, to brak głębi, ale przecież tej głębi nie da się od razu odwzorować na ekranie – to wymaga czasu. W serialu trudno jest przecież oddać wszystkie niuanse, które kierują poszczególnymi bohaterami, ale też nie ma co się nad tym użalać – jeżeli ktoś chce głębi, niech łapie za książkę. Jeżeli ktoś chce większego rozmachu, chce zbliżyć się do postaci z zupełnie innej perspektywy, chce zakosztować wiedźmińskiego świata na innym poziomie, niech po prostu odpali gry ze stajni CD Project RED. Jeżeli natomiast ktoś chce obejrzeć całkiem przyjemną i mroczną adaptację, która nawet nie próbuje być ugrzeczniona, no i jeżeli nie przeszkadza takiemu komuś może nieco zbyt dużo adaptacyjnych „głupotek”, to produkcja Netflixa na pewno zrobi robotę. Trzeba po prostu przymknąć oko na zastosowaną tutaj momentami filozofię „Coco Jambo i do przodu„, rozsiąść się wygodnie, złapać popcorn czy inne piwerko i rozkoszować się seansem.

Słówko na koniec – czyli o polskim dubbingu

Postanowiliśmy z Nenfri obejrzeć serial z polskim dubbingiem i muszę przyznać, że wypadł on naprawdę świetnie. Żebrowski z początku to głównie mruczał i wzdychał, ale później miał już nieco więcej pola do popisu. Marcin Franc jako Jaskier sprawdza się idealnie, do pozostałych głosów też trudno się przyczepić. Niemniej, pewnie już po świętach, trzeba będzie obejrzeć przygody Gerwanta jeszcze raz, tym razem w oryginalne.

Tagi

3 Comments

  1. Dziwne, że nie wkurzyło cię to że Triss nie jest ognisto ruda. To, że aktorkę ciemną dali to już pominę. Cavil nadal dla mnie jest legolasem silącym się strasznie na Geralta i chyba nieźle spina poślady żeby brzmieć jak voice actor z trzeciej części gry, co jest słabe i sztuczne. Słabe są również kostiumy, chociażby Jaskra, przecież w takich łachach on żadnej dupy nie wyrwie. Yennefer, tragedia aż nie wiem co napisać, ale nie da się tego czegoś oglądać. Też jestem w połowie pierwszego sezonu i chociaż książki czytałem, to też się tutaj ledwo łapię. Zlepek wydarzeń z różnych okresów, połączony w ciąg serialowy, pomijający masę fajnych wątków. Póki co heniek podpisał kontrakt na 3 sezony, więc ciekawe czy będzie ich tyle, czy więcej. No i sorry, ale nie widać po gościu, że jest fanem, że się wczuł w rolę itp. Przy CGI niby Bagiński siedział, ale ta strzyga to też cieniutko wyszła, zwłaszcza patrząc na jego dorobek.

    1+

    Polubili to:

    • avatar
    1. Powiem tak – Geralt, Yennefer i Ciri (o jej poziom gry aktorskiej bałem się najmocniej) wyszli całkiem nieźle jako główne fabularne trio. O Triss wiedziałem, że nie będzie to ta sama którą miałem zawsze w głowie czytając książki, a Jaskier to…. hm, sam nie wiem co o nim myśleć. Jak dla mnie to taki początkujący śpiewak muzyki Country i koleś od wiedźmińskiego PRu w jednym. Calanthe przypadła mi do gustu, ale nadal nie wiem co myśleć o Yarpenie Zigrinie XD Poza tym gry z CD-Project’u mnie zbyt mocno rozpieściły, brakuje mi tej nutki „słowiańskości”, którą posiada zwłaszcza część 3cia. 😉 Czarnoskórzy mi nie przeszkadzają, bo Sapkowski leciał mocno z wątkami LGBT w powieściach, więc pewnie i tą opcję przyklepał. Niestety styl „chronologia wydarzeń do domu” sygnalizowana tylko krótkim pokazaniem starego, a potem młodego Foltesta trochę mnie wytraciła z oglądania, chociaż potem na szczęście można było calkiem szybko dodać dwa do dwóch. Efekty specjalne są natomiast baaaardzo różne – dobre sceny walki pomieszane z miejscami okropnym CGI… to tak jakby ludzie odpowiedzialni za efekty specjalne zlecali robotę stażystom, podczas gdy oni montowali sceny z cyckami przy polskiej wódce. 😉

      1+

      Polubili to:

      • avatar
  2. Ja się zastanawiam, gdzie w tym wszystkim jest CD Projekt? Czy tylko sam Sapkowski ma jakiś wkład w ten serial, bądź też żadnego? Bo widać jakby machnął na to ręką, mówiąc będzie co ma być i róbcie po swojemu. Redzi wykreowali mu wizerunki bohaterów na praktycznie już kultowe i nagle wszyscy mają to w rzyci, bo Netflix ma hajsy i sobie postanowił zrobić po swojemu. Bagiński w napisach widnieje jako executive producer odpowiedzialny za efekty specjalne, więc pewnie sam tam wiele nie robi tylko mówi co jakieś noobki mają robić, przez co strzyga wyszła jak mix aliena z impem z niesławnego Dooma z 2005 roku, a przecież jak dobrze pamiętam on tworzył strzygę do pierwszego Wiedźmina, więc WTF?! Ta słowiańskość powinna być zachowana chociażby z racji tego, że została ona przedstawiona w grach oraz, że seria pochodzi oryginalnie z Polski.
    Pocieszające są newsy, że ma być podobno 10 sezonów, co nie dziwne, gdyż w tych 8 odcinkach jest zaledwie niewielki % z książek ujęty oraz to, że w 2 sezonie Mark Hammil chce zagrać Vesemira. Niemniej jednak aktorki grające czarodziejki powinni wymienić, a ta grająca Ciri jest jak na tą rolę za gładka, mało zadziorna, jak nie Ciri. Mogłaby grać księżniczkę w filmach Disneya, ale nie Ciri.

Dodaj komentarz

Back to top button
Close
Close