ANIMERECENZJA

Quanzhi Gaoshou (The King’s Avatar)

Trochę esportu, trochę MMO, mało treści

Anime z Kraju Środka? Takie pytanie pojawiło mi się w głowie na widok Quanzhi Gaoshou, zastanawiając się czy warto wybierać się w podróż do krainy „donghua” (chińskiej animacji) mocno jednak inspirowanej japońskim anime. Wątpliwości zostały w końcu pokonane przez inne pytanie: gdzie indziej obejrzę coś o tematyce gamingu i esportu?

Produkcja, za którą odpowiada chiński internetowy gigant Tencent, bazuje na serii light novelek autorstwa Hu Dielana i opowiada o Chinach w niedalekiej przyszłości, w której esport jest niemalże sportem narodowym, a najlepsi gracze otoczeni są wianuszkiem fanek gdziekolwiek się pojawią i na pojedynczym meczu zarabiają grubą kasę. Są wszędzie w życiu publicznym i nawet osoby nie mające nic wspólnego z grami natykają się na reklamy z udziałem progamerów. W tym świecie właśnie żyje Ye Xiu, główny bohater serii, który jest też jednym z najlepszych zawodników w grze Glory. Tytuł ten od lat jest niekwestionowanym liderem na rynku, zdobywając nowych graczy pomimo upływu czasu i będąc areną dużych turniejów esportowych. Ye Xiu jest członkiem mistrzowskiego zespołu Excellent Era, który doprowadził na szczyt niemalże od samego początku esportowej sceny w Glory, wielokrotnie sam zostawał nagradzany najlepszym zawodnikiem w grze. Z pewnych powodów zostaje on jednak zmuszony do opuszczenia zespołu i porzucenia życia profesjonalnego gracza na minimum rok.

Otwarcie serii daje wgląd w to, jak wygląda świat Glory

Nowy, stary świat

Co więc robi osoba, która od dekady zajmowała się profesjonalnym graniem w Glory i nie zna się na niczym innym, a akurat otworzono nowy serwer gry? Oczywiście wchodzi do pierwszej z brzegu kafejki internetowej (wyposażonej lepiej niż niejeden teamhouse), zakłada nowe konto i zaczyna zabawę od nowa. Quanzhi Gaoshou to głównie podróż od zera do nowego boga serwera, w której Ye Xiu odkrywa uroki rozpoczynania wszystkiego od nowa i wykonywania czynności, których nie wykonywał od wielu, wielu lat. Oczywiście Xiu nie wchodzi na serwer pod swoim starym pseudonimem, ale jego zaawansowane taktyki, ocena sytuacji oraz kontrola i APM (Actions Per Minute) szybko zwracają uwagę topowych klanów, a wkrótce także zawodowych drużyn.

Jak można przypuszczać, tożsamość Ye Xiu nie pozostaje totalną tajemnicą i już w połowie serii spora liczba postaci wie, kim jest tak naprawdę jest Lord Grimm (czyli postać Xiu w grze). Dochodzi do tego, że część dawnych rywali i kamratów również dołącza pod przykrywkami do nowego serwera, aby wspólnie z dawnych królem gry wykonywać questy i bić rekordy, albo próbować pokonać go w pojedynku. Tutaj można od razu napisać jedno: fabuła w Quanzhi Gaoshou jest szczątkowa. Tak naprawdę to poza ponowną, błyskawiczna podróżą Ye Xiu na szczyt nie ma tutaj niczego innego. Owszem w serialu przewijają się pomniejsze wątki rywalizacji z kilkoma graczami, czy też relacje z fanami, gdzieś tam w tle trwają zawody w Glory, ale nie prowadzą one donikąd i są po prostu płytkie.

Power overwhelming!

Tym co ma przyciągnąć widza do seansu jest sama postać bohatera. Kojarzycie serię Overlord? Oba „anime” mają sporo wspólnego – w obu przypadkach arcypotężny bohater odnajduje się w nowym miejscu po czym przystępuje do zdominowania wszystkiego w zasięgu wzroku. Widz nie ma nigdy wątpliwości co do tego, że bohater jest najmocniejszą postacią na serwerze, przez co wszystkie pojedynki są pozbawione faktycznych emocji i zaangażowania widza, ale…nie o to chodzi. To inny typ fantazji, w której Ye odzyskuje swój tytuł boga gry, po drodze biorąc pod swoje skrzydła grupę noobów i rozwijających ich w działający zespół. Kulminacją tego zapewne będzie stworzenie nowego zespołu esportowego, ale na to musimy poczekać do ogłoszonego drugiego sezonu.

Czym jest samo Glory, w którym bohaterowie spędzają znaczną część czasu? W uproszczeniu to azjatyckie MMORPG w dość sztampowym sosie fantasy, w którym znajdziemy wszystko to, co typowe dla tego gatunku. Mamy więc rozmaite klasy i ich zróżnicowane umiejętności, których odpowiednie użycie pozwala przezwyciężyć nawet najgorszych wrogów. Gra składa się z różnych stref, których wyczyszczenie z potworów lub pokonanie bossa w rekordowym czasie daje zespołowi glorię i chwałę na całym serwerze. Glory jest bardzo podobne do MMORPG głównie koreańskich, co widać chociażby po sposobie gry: zawodnicy są nieustannie prezentowani jak ich dłonie przemykają po klawiaturach, palce wciskają sekwencje klawiszy a myszką wykonują szybkie ruchy celem uniknięcia np. nadlatującego pocisku. Patrząc na same ujęcia zawodników można by pomyśleć, że grają tam w StarCrafta. 😉

Quanzhi Gaoshou jest pełne właśnie takich ujęć: następujące po sobie efektowne akcje w grze, przeskok do świata rzeczywistego i Xiu szalejącego nonszalancko po klawiaturze, ponowne przejście do Glory i ukazanie efektownego combo, uśmieszek bohatera w realu i tak dalej. Nie jest to złe, a same przejścia nie są na tyle szybkie, aby stać się dezorientujące, ale w oczy szybko zaczyna rzucać się fakt wykorzystywania tych samych komputerowo generowanych animacji non-stop. Transformacje broni głównego bohatera są powtarzane już od drugiego odcinka i na przestrzeni dwunastu epizodów po prostu można z wyprzedzeniem odgadnąć, w co zaraz zamieni się „parasol” Xiu.

Blisko, ale nie do końca

Same animacje i styl graficzny jest całkiem solidny – jeśli pokazać by screeny z Quanzhi Gaoshou losowym osobom, to zapewne nawet nie podejrzewałyby one, że to nie jest japońska produkcja. Tym co psuje seans są animacje i grafiki 3D, które są często wykorzystywane przez autorów: są one po prostu brzydkie, drewniano wykonane i tak widoczne na rysowanym tle, że po prostu kolą w oczy. Ciężko mi zaś ocenić warstwę audio – o ile muzyka zwyczajnie „jest” i zapomina się o jej istnieniu w sekundę po seansie, o tyle opening i ending przewijałem za każdym razem. Ciekawym doświadczeniem było słuchanie chińskich aktorów, których nijak nie jestem w stanie ocenić. Nigdy się nie interesowałem tym językiem, ale zaangażowanie wykonawców wydawało się być na dobrym poziomie – acz przez pierwszych kilka odcinków naprawdę się nie mogłem przyzwyczaić.

Swój czas poświęcony na oglądanie Quanzhi Gaoshou nie uważam za stracony, acz nie jest to seria tak naprawdę „dobra”. Jest ok i tyle. Z mojej perspektywy był to swoisty eksperyment, sprawdzenie czy Chiny są w stanie „skopiować” również anime. Dodatkowym plusem była obserwacja: odczuwałem dziwną satysfakcję z oglądania jak naciskane są kolejne klawisze na klawiaturze (wykonano to naprawdę solidnie, acz wystukiwane sekwencje czasami są… dziwne), jak zaprojektowano interfejsy, jak gracze posiadają słuchawki i inne peryferia z RGB itd. Szkoda, że seria nigdzie tak naprawdę nie doszła przez te dwanaście odcinków. Nie rozwinięto w zasadzie postaci, temat esportowych rozgrywek tylko muśnięto, podobnie jak w zasadzie każdy wątek. Obejrzeć można jako ciekawostkę, z której potencjalnie większą radochę będą mieli właśnie gracze. Reszta zapewne nie będzie miała pojęcia, o co jest to cale halo.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close