KOMIKSYRECENZJA

Silent Hill – Królestwo niczyje, gdzie obcy zginie

Silent Hill jest jednym z horrorów mojego dzieciństwa. Straszył mnie, gdy w podstawówce grałem w niego na PSX-ie kolegi, a wspomnienie o nim do dziś robi na mnie wrażenie. Dlatego też chętnie sięgnąłem za komiksy na podstawie tej serii – krwawy straszak miał być miłą odmianą od pozostałych tytułów growych, którym na ogół było bliżej do fantasy lub SF.

Jako że z serią obcowałem bardzo dawno, na wszelki wypadek niektóre fakty sprawdziłem w sieci. Tak jak mi się wydawało, komiksowe Ciche Wzgórze jest raczej wariacją na temat motywu przewodniego z gry, a nie wierną adaptacją. Nie spotkacie tu kluczowych postaci, nie poznacie też istotnych faktów dotyczących historii uniwersum. Przyjrzyjmy się najpierw właśnie kwestii fabularnej, zanim przejdziemy do szczegółowej analizy tego, co twórcy zrobili dobrze, a na czym polegli.

Tom#1 Dying Inside
Na pierwszy rzut poszła historia dla Silent Hill dosyć tradycyjna – innymi słowy, do tego nie najlepszego miejsca na świecie trafili obcy. Obcy, którzy szybko mieli się przekonać, że ich dotychczasowe koszmary to pikuś przy tym, co teraz ich czeka. Pierwotnie była to młoda dziewczyna z filmówki, która szukała ciekawych ujęć. Ledwo udało jej się wyrwać z obłędu, a już musi tu wracać – tym razem z jej terapeutą, który koniecznie chce jej udowodnić, że w Cichym Wzgórzu nie ma nic strasznego. Doskonale wiemy, jak kończyli wszyscy ci, którzy tak uważali.

Po trzech zeszytach “Dying Inside” zmienia trochę kurs – dotychczasowi główni bohaterowie zostają zastąpieni przez grupę osób, która trafiła na materiały filmowe, nagrane pierwotnie przez wspomnianą wyżej młodą damę. Tajemniczy materiał zachęca ich do ruszenia w upiorne tournée.

Jak się zapewne domyśleliście po poprzednim akapicie, “Dying Inside” rozkłada swoje zasoby fabularne na kilka zeszytów, a dokładniej pięć. Każdy z nich jest standardowej, 22-stronicowej długości.

Tom #2 – Among the Damned
Tym razem naszym kolegą będzie Jason, gość, który postanowił ze sobą skończyć. Jak zapewne pamiętacie, Silent Hill wprost kocha takich ludzi! Przyciąga do siebie wszystkich złamanych życiem, a im boleśniejszy powód owego złamania, tym lepiej. Paradoksalnie jednak, ta historia nie jest o tym, jak kończy samobójca, a o tym, jak może zacząć. Najwyraźniej są na świecie gorsze rzeczy niż te, które skłoniły Jasona do myśli o skończeniu z sobą.

Warto zaznaczyć, że tym razem mamy do czynienia z pojedynczym zeszytem liczącym sobie lekko ponad 50 stron. Żeby nie powtarzać tej informacji zbyt często w najbliższym czasie, dodam od razu, że kolejne dwie historie zostały wydane w dokładnie takim samym formacie.

Tom #3 – Paint it Black
To jest moment, w którym sytuacja zaczęła się robić trochę dziwna. Nie żeby poprzednie historie należały do szczególnie normalnych. Poznajcie Ike’a, niespełnionego artystę, który ostatnio zachowuje się niczym pasożyt, pomieszkując u kolejnych znajomych i próbując dokończyć napoczęty obraz. Zgadnijcie, w jakie inspirujące miejsce trafia? Zgadza się, Ciche Wzgórze! Przyznaję, że historia rozkręca się w ciekawy sposób – jak się okazuje, Ike może tak długo żyć w Silent Hill, jak długo… będzie malował kolejne okropności, których jest świadkiem. Przynosi mu to ogólnoświatową sławę.

Więc co jest tak szalonego w tej historii? Otóż, w pewnym momencie do akcji włącza się… cała grupa profesjonalnych cheerleaderek. Pozostawię streszczenie w tym miejscu, żebyście mogli się głowić, co wydarzyło się dalej…

Tom #4 – The Grinning Man
“Szczerzący się typ”, jakby pewnie zostałby ów tytuł przetłumaczony na potrzeby polskiego kina, jest kolejnym one-shotem, rozgrywającym się zarówno w Silent Hill, jak i na jego obrzeżach. Pod lupę wzięty jest lokalny oddział policyjny, który nie potrafi sobie poradzić z tym, co się dzieje w miasteczku. Co gorsze, właśnie trwa ostatnio dzień lokalnego weterana. Ów pan, mimo 25 lat służby, ciągle żył w przekonaniu, że w Silent Hill wszystko jest w najlepszym porządku, a opowieści o duchach i demonach to zwykłe historie ćpunów. Niestety, na jego miejsce ma zostać przyjęty agent FBI, typowy młodzik w gorącej wodzie kąpany. Łatwo się domyślić, że ten stan rzeczy nie podoba się pozostałym osobom na komisariacie.

Tom #5 – Hunger
“Głód” opowiada historię Douglasa, dziennikarza, który szczyt formy ma już za sobą. Aktualnie mieszka w Silent Hill, które wydaje mu się aż nazbyt perfekcyjne i spokojne. A że starych nawyków ciężko się pozbyć, Doug ciągle wypatruje kolejnego wielkiego tematu, który mógłby go przywrócić na szczyt dziennikarskiego układu pokarmowego. Szczęśliwie dla niego – jeśli można tu w ogóle użyć słowa „szczęśliwie” – w Cichym Wzgórzu zaczynają się ostatnio dziać dziwne rzeczy. Pozornie niewielkie zamieszanie z czasem przekształca się w coraz bardziej dramatyczny i krwawy obraz.

Tom #6 – Dead or Alive
W tej historii ponownie spotkamy się z Chirstabellą i kilkoma innymi postaciami, które towarzyszyły nam już w “Dying Inside”. Tym razem w kabałę będzie zaangażowany też hollywoodzki aktor, kolekcjonujący… obrazy Ike’a, którego poznaliśmy w trzecim tomie opowieści. Jak więc widać, wątki zaczynają się zazębiać.

Muszę tu dodać, iż “Dead or Alive” był tym momentem lektury komiksów o Silent Hill, w którym miałem już naprawdę poważny problem z nadążeniem za ciągiem przyczynowo skutkowym. Losy Chirstabelli śledzi się bardzo ciężko – o powodach takiego stanu rzeczy powiem szerzej w finale tekstu, kiedy rozprawimy się z dwoma pozostałymi wątkami fabularnymi.

Tom #7 – Sinner’s Reward
“Sinner’s Reward” jest kolejną historią o ucieczce przed grzechami przeszłości. Bohaterami w tym wypadku są Jack i Jillian. On jest byłym specem od mokrej roboty, ona – jego kochanką. Niestety, równocześnie jest też żoną mafioza, który był szefem Jacka. Takie połączenia nigdy nikomu nie wychodzą na zdrowie, zaś jedynym rozwiązaniem wydaje się ucieczka w jakieś zaciszne miejsce. Takie, jak na przykład Silent Hill. Tam, niestety, może i można schować się przed przeszłością, ale na pewno nie da się uniknąć kary.

Tom #8 – Past Life
I tak dochodzimy do ostatniej historii, której bohaterem jest Jebediah Foster, znany też jako Hellrider. Przydomek zyskał sobie dzięki notorycznemu łamaniu prawa. Jego serce mięknie jednak, gdy zaznaje miłości. Dzięki delikatności niejakiej Esther Munroe, Jebediah postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i przenieść się z ukochaną do jej rodzinnej posesji… w Cichym Wzgórzu. Mimo że czasy Dzikiego Zachodu trwają w najlepsze, Silent Hill i tak nie jest najbezpieczniejszym miejscem na założenie rodziny, o czym nieszczęsna para ma się szybko przekonać.

Czemu jest źle, skoro jest dobrze?
Dałem już w tym tekście kilka podpowiedzi odnośnie mojego ogólnego nastawienia do komiksowego Silent Hill. Mimo ciepłych uczuć względem serii, owe powieści obrazkowe… są niestety mocno niestrawne. Choć fabuła potrafi robić przyjemne wrażenie, zaś relacje między upiornymi postaciami bywają interesujące, wykonanie woła o pomstę do nieba albo jakiejś innej przestrzeni astralnej.

Podczas lektury miałem problem, by stwierdzić, czy problem leży przede wszystkim po stronie źle rozpisanego scenariusza, czy jednak fatalnie skomponowanych i potwornie brzydko narysowanych kadrów. W kontekście pierwszego problemu uwagę przede wszystkim zwraca szarpana narracja. Dosyć często zdarza się autorom – na przemian Scott Clencin i Tom Waltz – skoczyć w przeszłość na jeden panel, by po chwili, bez wyraźniejszego ostrzeżenia, znów być w teraźniejszości. Z kolei rysownicy – łącznie sześć osób – robią wszystko, co w ich mocy, by na kolejne strony nie dało się patrzeć.

Nie chodzi tu nawet o solidnie wykonany gore, który by mnie zmusił do odwrócenia wzroku w celu utrzymania zjedzonego śniadania w ryzach. Mam na myśli rysunki, z którymi całe tłumy grafików poradziłyby sobie lepiej podczas porannej przerwy na kawę. I to po wylaniu owej kawy na kartkę, tablet czy inne ustrojstwo, którego używają do tworzenia. W Silent Hill niejednokrotnie miałem problem rozpoznać, z którym bohaterem mam aktualnie do czynienia. Rysy twarzy i konstrukcja u większości postaci były tak skrajnie generyczne, że miałem problem rozróżnić lekarza od wygolonego punka. Zaś na dobicie dochodzi do tej mieszaniny kolorowanie. Pamiętam, jak w przedszkolu się buntowałem i robiłem wszystko, żeby nie trzymać się linii podczas zabawy kredkami. Cóż, autorzy najwyraźniej postawili przed sobą identyczne zadanie i, jak mi się zdaje, podeszli do tematu z niemal turniejowym zacięciem – każdy jeden próbował rozlać swoje barwy po kartce bardziej niż poprzednik. Efektem tych wszystkich zabiegów są ilustracje o subtelnej delikatności kubła farby rozbitego o ścianę.

Co ciekawe, kilka pierwszych stron z niektórych zeszytów prezentowało się naprawdę solidnie. Jakby komuś się przez chwilę chciało albo jakby miał czas, żeby do tematu choć trochę przysiąść. Niestety, za każdym razem, gdy już miałem nadzieję, że jest lepiej, szybko następowało typowe dla tej serii pogorszenie, sugerujące kończenie pracy na kolanie. I tu pojawia się pytanie – czy Silent Hill nie było robione byle jak, byle szybko? Mimo zaskakującej obszerności serii, może była ona po prostu rozbudowaną broszurką reklamową, której jakość nie odgrywała najmniejszego znaczenia? Na te pytania odpowiedzi nie poznamy. Ze względu jednak na samych twórców, mam nadzieję, że efekt końcowy faktycznie był owocem pośpiechu, a nie szczytem ich możliwości.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close