PC & KONSOLERECENZJA

Sniper Elite 4

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Rebellion – studio, które kiedyś kojarzyło się głównie z kiepścizną albo przeciętniakami, w które nikt nie gra – kilka lat temu wykuło sobie dochodową niszę i twardo jej broni przed zakusami konkurencji. I jak na razie wychodzi z tych starć zwycięsko, bo jedyny realny rywal snajperskiej serii Brytyjczyków, czyli rodzimy Sniper: Ghost Warrior, mógłby Karlowi Fairburne’owi oficerki glancować.

Najnowsza odsłona, choć łapie delikatną zadyszkę, nie zmienia układu sił na polu bitwy. Jak wcześniej “trójka”, tak teraz Sniper Elite 4 pozostaje najlepszą alternatywą dla graczy, którzy miast bezpośrednich konfliktów i łusek sypiących się gęsto na buty, preferują akcje przeprowadzane z ukrycia i snajperskie pojedynki na ogromne odległości.

As amerykańskiego wywiadu, Karl Fairburne, powraca i po raz kolejny jest w stanie w pojedynkę – jeśli nie wygrać wojny – to znacząco wpłynąć na jej przebieg, mącąc w szeregach wroga i dając nazistom porządnego łupnia, a przy okazji zniszczyć kolejną niebezpieczną wunderwaffe. Który to już raz? Zieeeew… Podobnie jak w poprzednich odsłonach, fabuła jest tu rzeczą marginalną i sprzedaną w nieciekawy sposób. Szybko przestałem zwracać na nią uwagę, skupiając się na zadaniach, a nie historycznych podstawach, które do tychże zadań mnie pchnęły.

Sniper Elite: Afrika, czyli wspomniana wcześniej część trzecia, wprowadziła do serii niemałą rewolucję – obszerne, rozległe mapy, pozwalające na sporą dowolność w dobraniu drogi co celu i przyjęcia odpowiedniej dla nas strategii. “Czwórka” nie jest równie wywrotowa. To praktycznie Afryka na sterydach, znacznie większa i bez porównania piękniejsza, z akcją osadzoną w słonecznej Italii, ale nie zmieniająca w żaden sposób filozofii rozgrywki.

Przeniesienie teatru działań odbiło się na jakości wizualnej programu. Malownicze Włochy prezentują się na tle monotematycznej Aftyki wyjątkowo atrakcyjnie, a każda mapka mami nas widokami godnymi uwiecznienia na wakacyjnej pocztówce. Czego tu nie ma – góry, doliny, wąwozy i lasy, urokliwe miasteczka, nadmorskie wioski, doki i fabryki – twórcy mieli świetną okazję, by serwować nam raz za razem zapierające w piersiach pejzaże, co więcej, dobrze tę okazję wykorzystali.

Nie tylko z uwagi na silnie zarysowany klimat włoskiej prowincji mapy są najjaśniejszym punktem tej odsłony. Chodzi również o to, w jaki sposób zaprojektowano poszczególne miejscówki. Są bowiem przemyślane, skonstruowane tak, by chciało się szukać alternatywnych ścieżek, skrótów, zwiedzać i zaglądać w najodleglejsze zakamarki. Nie warto przebijać się przez misję z klapkami na oczach; zbyt wiele nam wtedy umyka, a jest co odkrywać i co oglądać.

Sniper Elite 4 nie jest może tytułem, który mógłby stanąć w szranki z najnowszym Hitmanem, ale odnoszę wrażenie, że twórcom przyświecała podobna filozofia przy budowaniu świata i projektowaniu rozgrywki. Tu i tam liczy się wolność i możliwości, które tylko czekają, aż spróbujemy je odkryć. Także tu i tam obok nadrzędnych wytycznych misji mamy szereg opcjonalnych aktywności, które możemy – jeśli tylko mamy na to ochotę – zaliczać, oczywiście w dowolnej kolejności i wybraną przez nas metodą. Oczywiście Hitman jest w tej materii niekwestionowanym liderem, bo wprowadza również multum sytuacji kontekstowych. W Sniper Elite 4 możemy liczyć tylko na broń – tak dalekodystansową, jak i zabawki przeznaczone do walki w zwarciu (choć rzecz jasna nie brakuje okazji, by rozprawić się z większą grupką, strzelając w jakiś interaktywny element otoczenia). Na szczęście klamotów do zadawania śmierci jest prawdziwe zatrzęsienie. Obok karabinów snajperskich mamy do dyspozycji między innymi broń maszynową, strzelby, wyrzutnie rakiet oraz ładunki wybuchowe. Dla każdego coś miłego. Do tego całkiem nieźle prezentują się opcje customizacji naszych ulubionych zabawek, więc każdy może stworzyć idealny dla siebie zestaw.

Zyskał więc świat przedstawiony, czego niestety nie można powiedzieć o zamieszkujących tenże świat osobnikach. Innymi słowy szkoda, że równie dużej poprawy nie zaliczyły algorytmy sztucznej inteligencji. Dlatego też nadal walczymy z tymi samymi idiotami, zachodząc w głowę, jakim cudem mogliby oni kiedykolwiek wygrać jakąkolwiek wojnę. Wróg ma irytującą tendencję do szybkiego zapominania o czającym się gdzieś w pobliżu śmiertelnym zagrożeniu.

Zabawa w kotka i myszkę też staje się jakby mniej emocjonująca, gdy przeciwnik jak to cielę pcha się prosto pod nasz celownik, mimo iż jego kompan padł kilka sekund wcześniej w tym samym miejscu. To, co w klasycznym wojennym shooterze przeszłoby może bez echa, w grze bazującej na akcjach z ukrycia nieco razi. Najłatwiejszą metodą okazuje się bowiem zaczajenie się w jednym miejscu i metodyczny odstrzał kolejnych pacanów. W razie, gdy robi się za gorąco, wystarczy zmienić kryjówkę i całą zabawę zacząć od nowa. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Rzecz jasna powraca również swoista wizytówka serii, czyli kamera ukazująca na rentgenowskim zbliżeniu szczególnie mięsiste postrzały. Obserwowanie, jak nasze celnie posłane kule przeszywają organy wewnętrzne bądź kruszą kości, zwyczajowo jest osobliwie satysfakcjonujące. Po jakimś czasie zaczyna jednak to nużyć, zwłaszcza, że zaliczamy tu klasyczną powtórkę z rozrywki, a nawet najlepszy bajer może się znudzić, jeśli dokładnie w tej samej formie serwuje go nam kolejna odsłona cyklu. Choć gwoli sprawiedliwości warto dodać, że kill-cam jest teraz jeszcze bardziej szczegółowy, gdyż uwzględnia rany odniesione w wyniku eksplozji (na przykład odłamki wbijające się w ciało nieszczęśnika) oraz ciosy nożem, gdy decydujemy się pozbyć zagrożenia w bezpośrednim kontakcie.

W temacie rozgrywek sieciowych Sniper Elite 4 również podąża wytyczonym wcześniej szlakiem. Do wyboru mamy kilka wariacji na temat klasycznego i drużynowego deathmatcha. Możemy także zaliczyć kampanię w trybie kooperacji, bądź zabawić się w tryb przetrwania polegający na eliminowaniu kolejnych fal wrogów. Wspólna zabawa z żywym kompanem nieco odświeża formułę rozgrywki i może być źródłem ciekawych wrażeń, choć przewaga nad komputerowym przeciwnikiem jest wtedy jeszcze większa i czujemy się niemal jak bogowie.

Na Zachodzie bez zmian, chciałoby się powiedzieć. Choć to zdecydowanie najlepsza i największa odsłona serii, ewoluuje ona małymi kroczkami, a twórcy ewidentnie boją się eksperymentów. Z jednej strony to i dobrze, bo dostajemy dokładnie to, co już znamy i lubimy. Z drugiej jednak czas nie zna litości i jeśli za dwa lata “piątka” zaserwuje nam tylko większe lokacje, wyżymając do granic te same stare patenty i rozwiązania, może się okazać, że to odrobinę za mało. Obym był złym prorokiem, bo to chyba ostatnia marka, która powstrzymuje studio Rebellion przed upadkiem w przepaść zapomnienia.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close