PC & KONSOLERECENZJA

Stygian: Reign of the Old Ones jest jak bombonierka

recenzja gry

Gdy dałem się wyrwać z rzeczywistości szarej wprost w rządzoną przez wielkich przedwiecznych rzeczywistość mrocznego szaleństwa, wiedziałem, że zobaczę rzeczy, których ludzki umysł nie jest w stanie unieść bez szwanku. Mimo to, gdy obudziłem się po drugiej stronie elektrycznego ekranu, byłem pełen nadziei, bo wierzyłem, że podołam każdej próbie, której zostanę poddany. Och! Jakże subtelne potrafią być macki szaleństwa, zanim rozerwą ludzką duszę na strzępy! Po kilkunastu godzinach błąkania się po opętanym Arkham już wiedziałem, że zostałem pokonany, że Pan Snów bawi się jeno moją zbłąkaną duszą, zanim ją pożre lub porzuci, wedle swojego kaprysu.

Stygian: Reign of the Old Ones jest jak bombonierka

Gier w mrocznym świecie Lovecrafta jak na lekarstwo, więc komputerowi fani Cthulhu i ferajny nie bardzo mają w czym wybierać. Jasne, od czasu do czasu zamajaczy jakiś ciekawszy tytuł, ale ogólnie to trzeba brać co jest i nie wybrzydzać – taka smutna rzeczywistość. Po przerażająco kiepskim Achtung! Cthulhu Tactics wpadła mi w ręce gra Stygian: Reign of the Old Ones. Pełen nadziei odpaliłem to to i w zasadzie po pierwszych kilku minutach gry wpadłem w absolutny zachwyt – Toż tu prawie się czuje, jak macki głaszczą mnie po brodzie! Krzyczałem, kiedy tylko zobaczyłem intro i system tworzenia postaci.

Wszystko zapowiadało się naprawdę znakomicie, a po mniej więcej godzinie gry byłem pewny, że się szybko od tego tytułu nie oderwę. Niestety, myliłem się, a to, co wydawało się nie lada smakołykiem okazało się co najwyżej przeciętną bombonierką, w której i owszem, nie brakuje prawdziwych majstersztyków cukierniczego rzemiosła, ale poza nimi jest jeszcze cała masa czekoladopodobnego świństwa, które dla wytrawnego gracza / łakomczucha są po prostu nie do zniesienia.

Bo czym w zasadzie jest Stygian: Reign of the Old Ones? To taki osobliwy, surwiwalowy nieco cRPG, z naprawdę przyzwoitą, kreskówkową stylizacja graficzną, całkiem intrygującą fabułą i klimatem, który po prostu wylewa się z ekranu. Już samo tworzenie postaci potrafi człowieka podjarać, bo warianty postaci są całkiem ciekawe i zapowiadają duże urozmaicenie w rozgrywce. Niestety, wykonanie owego zróżnicowania pozostawia sporo do życzenia, bo co prawda warto „odgrywać postać”, dostaje się za to dodatkowe punkty doświadczenia i jakiś loot, ale rozgrywka jakoś diametralnie nie będzie się różniła.

Błędów nie brakuje, ale najbardziej irytujące są walki

Ale to akurat nie byłby duży problem, gdyby nie fakt, że Stygian jest po prostu wypełniony po brzegi różnymi błędami, niedociągnięciami, kiepskimi rozwiązaniami – gra wygląda jakby była wydana co najmniej pół roku za wcześnie, a niektóre jej elementy, w tym jeden z najważniejszych – walka – zostały zrobione bez żadnego sensownego pomysłu, prawdopodobnie przez jakiegoś opłacanego pączkami praktykanta, na kolanie, i to po ostrej popijawie ze szwagrem.

Wszystko w tych walkach irytuje – interfejs jest bez sensu, nawet poruszanie się po heksach może sprawiać problemy, jeżeli jest tłoczno, a do tego na ziemi leży jakiś trup. Podczas wykonywania różnych akcji mamy np. komunikat, że zaatakowaliśmy od tyłu. I co? I nic, zaatakowaliśmy od tyłu, tyle wiemy, bo gra w żaden sposób nie wyjaśnia, czy to dobrze, czy źle, nie wygląda też, żeby to się przekładało na jakieś dodatkowe obrażenia czy efekty. Niektóre umiejętności czy czary wydają się nie mieć żadnego sensu, nawet ich opisy do końca nie wyjaśniają, dlaczego np. warto ten czy inny czar rzucić. Nie mamy podczas walki dostępu do żadnych sensownych statystyk, jeżeli mamy na sobie jakieś efekty, to niestety do końca nie wiadomo na co się tak dokładnie przekładają. Po kilku potyczkach zauważyłem, że za niektórymi obiektami są słabo zarysowane symbole tarczy. Acha! Pewnie można się schronić! Pewnie też daje to coś do obrony, ale jak i czy na pewno – nie wiadomo. Zresztą, same okładanie się i strzelanie do siebie jest po prostu przeraźliwie nudne, a często-gęsto kiedy już wydaje się, ze to koniec, że nareszcie, nagle zza winka albo zza drzwi przybiega kolejna fala, później kolejne, i kolejna, i kolejna… absurd!

Już pomijam, że wiele razy właśnie podczas walki gra miała zwiechę, tzn z jakiejś przyczyny przeciwnik nic nie robił, po prostu walka staje w miejscu i trzeba ją zacząć od nowa.

Mechanika woła o pomstę do nieba

Poza walką również nie brakuje błędów. Np. gra nie zawsze reaguje na to, co się zrobiło. Np. wchodząc pewnego razu do nawiedzonego pomieszczenia jeden z towarzyszy wyraził chęć porozmawiania. Ok, czemu nie, co prawda jest straszno i zaro nos coś wdupi, ale spoko, pogadajmy. Niestety, za każdym razem, kiedy później wracałem do tego pomieszczenia, koleś chciał ze mną pogadać, chociaż nic nowego już z siebie nie wydusił.

Z innych niby-fajnych rzeczy, w grze jest system craftingu, ale jak dokładnie działa – domyśl się, graczu. Są różne opcje podczas odpoczynku, np. postać gracza lub jakiś towarzysz mogą prowadzić badania naukowe, ale na co to komu? Znowu trzeba kombinować.

Jednym z większych absurdów jest też zbieranie drużyny, bo towarzysze mogą się wykazać swoimi umiejętnościami jedynie podczas walki, poza nią już niestety nic nie zrobić. Masz postać, która ma świetnie opanowany lockpicking? Wow, super, będzie otwierała rzeczy, prawda? Nie, nie będzie, bo gra tego nie przewiduje. Ktoś inny jest mistrzem craftingu? Może i jest, ale tylko u siebie w piwnicy, bo nam w żaden sposób to nie pomoże. Nawet nie można pokierować każdym z osobna, wszyscy biegają jak barany za głównym bohaterem – no idiotyzm po prostu!

Innymi słowy mechanika w tej grze jest „o kant dupy rozczaś”, jak to godała moja starka.

Stygian: Reign of the Old Ones to gra niedokończona, ale może się podobać.

Gra jest też mocno liniowa, bardzo łatwo w niej utknąć w miejscu. Co prawda miejsc do zwiedzenia nie jest znowu aż tak dużo, ale jeżeli coś przegapimy, to czeka nas bezsensowna bieganina z miejsca do miejsca, żeby pociągnąć fabułę dalej, powtarzanie tych samych dialogów, zaglądanie w te same miejsca, przeszukiwanie każdego zakamarka, w zasadzie już dobrze znanego.

Niestety, Stygian wygląda jak gra niedokończona, co prawda grywalna, ale zamknięta w połowie. Nie wiadomo, czy to brak funduszy, czy też może brak doświadczenia, ale trudno tę grę z czystym sercem rekomendować. Jasne, fani Lovecrafta na pewno nie powinni przejść obok tego tytułu obojętnie, ale ukończą ją zapewne tylko najwytrwalsi, bo i owszem, niejeden raz moje lubujące się w prozie Lovecrafta serce mocniej zabiło, ale te chwilowe uniesienia nie motywowały mnie wystarczająco mocno, żeby przy tym tytule zostać na dłużej. Kilkanaście godzin w mieście Arkham w zupełności mi wystarczy. Na obronę producenta, czyli tureckiego Cultic Games, mogę powiedzieć tylko tyle, że jak na debiut i niski budżet to i tak poszło całkiem nieźle, pozostaje więc trzymać kciuki za kolejne projekty.


1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

2 Comments

Dodaj komentarz

Back to top button
Close
Close