PC & KONSOLERECENZJA

WRC Powerslide

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Seria WRC autorstwa Milestone już od jakiegoś czasu próbuje stanąć w szranki z najpopularniejszą marką rajdową ze stajni Codemasters. Oczywiście do mistrzów kodu zawsze sporo im brakowało, nie można jednak było odmówić włoskiej ekipie ambicji, a serii WRC własnej tożsamości. Tym razem obu tych elementów zabrakło.

Nie wiem, dlaczego zdecydowano się na wypuszczenie spin-offa w takiej, a nie innej formie (dla porządku warto dodać, że w wersji konsolowej gra pojawiła się niemal rok temu, a dopiero ostatnio zadebiutowała na PC). Być może twórcy zazdrościli konkurencji, która zaliczyła względnie udany skok w bok przy okazji Showdown, mocno zręcznościowej i uproszczonej odsłonie DiRTa.

Teoretycznie Powerslide zmierzał w tym samym kierunku, ale w tym przypadku twórcy zboczyli z trasy tak bardzo, że trudno tu jeszcze w ogóle mówić o samochodówce. To raczej Mario Kart w rajdowej otoczce, ni mniej ni więcej. Gra, która stoi w paskudnym rozkroku, więc ani nie ma startu do tytułu ze stajni Nintendo, ani tym bardziej do innych, choćby i najbardziej arcade’owych rajdówek. Powerslide został stworzony chyba tylko po to, by nabrać kilku naiwniaków zwabionych licencją WRC i naprawdę sporą liczbą oryginalnych teamów.

Liczba trybów przedstawia się nad wyraz ubogo. Do wyboru jest jedynie czteroosobowy multiplayer bądź prosty tryb kariery, w którym rywalizujemy ze sztuczną inteligencją, a złote medale w kolejnych wyścigach odblokowują nowe trasy i zespoły. Powerslide oferuje trzy klasy samochodów (WRC, Class 2 i 3), sporą ilość odcinków specjalnych rozrzuconych w rozmaitych zakątkach globu (Monte Carlo, Portugalia, Niemcy, Francja, Włochy, Grecja, Meksyk i Wielka Brytania), rozmaite nawierzchnie (od śniegu, przez asfalt, aż po piach czy żwir), a nawet system zniszczeń nagradzający nas widokiem odpadających elementów karoserii po każdej większej stłuczce.

Tyle teorii. Szkoda, że w praktyce żaden, ale to żaden z powyższych elementów nie wpływa wyraźnie na fizykę i model jazdy. Nieważne, czy śmigasz po śniegu Škodą, czy mkniesz po mokrym asfalcie Fordem, nieistotne, jak wiele dzwonów zaliczysz czy jak często popieści cię piorun wysłany przez przeciwnika (tak, nie przesłyszeliście się, ale o tym za chwilę), bo z grubsza każdy wózek w każdych warunkach prowadzi się tak samo.

Ten kompletny brak zróżnicowania można by w ostateczności przełknąć, gdyby z samej jazdy płynęła jakaś frajda, ale darmo jej szukać, skoro samochody są bezwładne jak resoraki rozpędzane ręką dziecka, a karoseria jest najwyraźniej zrobiona z dykty, bo każdy wóz wydaje się zbyt lekki, przez co podczas nierozważnej jazdy często i gęsto wypadamy z trasy bądź wywijamy koziołki jak pijany zając. Czasem wystarczy zahaczyć kołem o pobocze, by naocznie przekonać się o tym, że zawody rozgrywają się na planecie o mniejszej grawitacji niż Ziemia.

No i jeszcze te nieszczęsne power-upy rodem ze wspomnianego Mario Kart. Mamy między innymi błyskawice, którymi razimy samochód jadący na czele stawki, mamy dym, którym zasłaniamy widoczność siedzącej nam na ogonie grupie upierdliwców, mamy nitro, czyli dopalacz działający przez jakieś dwie sekundy (nie żartuję!), nie zabrakło też tarcz ochronnych i kilku innych, równie absurdalnych wynalazków. Serio Milestone? Wy tak na poważnie? Aż dziw, że wśród znajdziek zabrakło klasycznej skórki banana, którą można by podrzucić przeciwnikowi pod koła.

Co prawda w ustawieniach można wyłączyć te dziwactwa, ale wtedy zabawa robi się jeszcze bardziej “bezpłciowa”, bo brakuje elementu rywalizacji w przypadku zmagań ze sztuczną inteligencją, która jeździ bardzo zachowawczo i przewidywalnie, niemal jak po sznurku, przez co zdobywanie kolejnych złotych medali nie daje żadnej satysfakcji i jest zwyczajnie nudne.

Oprawa dziarsko wtóruje reszcie – jest pozbawiona charakteru i równie nijaka, jak pozostałe składowe programu. Zróżnicowanie tematyczne tras cieszy, ale ich stopień uszczegółowienia już nie, biednie prezentują się również modele samochodów, którym i tak nie sposób się dokładniej przyjrzeć, bowiem akcję zawsze obserwujemy z rzutu izometrycznego.

WRC Powerslide próbuje pogodzić skrajnie zręcznościowy charakter rozgrywki z namiastką klimatu wyrwanego wprost z trzewi rasowej rajdówki, czego dowodem chociażby dbałość o takie detale jak zgodne z rzeczywistością okleiny na samochodach poszczególnych teamów. Tyle że takie smaczki wyglądają trochę jak kwiatek przypięty do kożucha – nie zmieniają wrażeń płynących z rozgrywki, co najwyżej dają złudną nadzieję na coś więcej niż marną podróbkę Micro Machines.


E. Siekiera

Dziennikarz i filozof z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, zapalony gracz z wyboru. A gra praktycznie na wszystkim, z pominięciem smartfonów i konsol Nintendo, bo nie lubi się rozdrabniać, a jak wiadomo Mario i Zelda skończyły się na Kill 'Em All. Miłośnik wirtualnej grozy w każdej możliwej odmianie; wciąż naiwnie liczy, że wróci jeszcze kiedyś na zamglone ulice Silent Hill. W branży od piętnastu lat z okładem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button