PC & KONSOLERECENZJA

60 Seconds!

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Sześćdziesiąt sekund, zaledwie minuta. Tyle masz czasu, by przetrząsnąć niewielki, parterowy domek i zabrać wszystko, co potrzebne do przeżycia. Czasu jest mało, a klamoty walają się, gdzie popadnie. Co zabrać w pierwszej kolejności? Żonę czy talię kart? Radio czy może podręczną latarkę? Środek owadobójczy czy karabin? Tik tak, tik tak… Decyduj szybciej!

Świat po atomowej zagładzie jest niebezpiecznym miejscem, szczęśliwie się jednak składa, że mieszkasz na amerykańskiej ziemi, a Wujek Sam przewidział atak przebrzydłych komuchów, więc pod podłogą salonu masz niewielki, przytulny schron, który pozwoli ci przetrwać. Masz też rodzinę, którą wypadałoby tam wpakować, a w następnej kolejności należałoby zadbać o odpowiednią ilość butelek wody i puszek z zupą do wykarmienia każdej uratowanej gęby.

No i radio, koniecznie przydałoby się radio – jak inaczej odsłuchasz komunikatu, że wojsko już spieszy z pomocą? Nim to nastąpi, może jednak upłynąć sporo czasu, więc warto również zadbać o jakieś rozrywki – ot, choćby szachy, by w jakiś wyjątkowo nudny wieczór rozegrać partyjkę. Co zaś w sytuacji, gdy dni będą mijały, pomoc nie nadejdzie, a zapasy prowiantu i wody się skończą? Trzeba będzie wysłać kogoś na skażoną powierzchnię. Potrzebna więc będzie choćby najbardziej prozaiczna ochrona w postaci maski przeciwgazowej.

No i leki, na wszelki wypadek, gdyby wysłany wrócił z zapasami żarcia, za to z uszczuplonym zasobem sił witalnych lub krwawiącą raną po ugryzieniu przez jakieś paskudztwo. Może się też okazać, że wróg przypuści atak na twój bezpieczny azyl, więc dobrze by było mieć pod ręką naładowaną flintę. A jeśli do środka dostanie się jakiś napromieniowany robal? Spray na insekty może pomóc. I tak dalej, et cetera. Jednym słowem przydałoby się wiele rzeczy, każda wydaje się istotna, w nowej rzeczywistości niemal wszystkie są na wagę złota. Ale masz tylko sześćdziesiąt sekund na zebranie wszystkiego, co wpadnie w roztrzęsione łapy, a żeby nie było zbyt prosto, zawsze po rozpoczęciu nowej gry fanty w mieszkaniu są rozmieszczone losowo.

Wspomniana losowość to największa zaleta tej skądinąd prostej i bardzo skromnej produkcji. Losowość i humor przy okazji, bo atomowa zagłada jest tu przedstawiona inaczej niż chociażby w seriach Fallout czy Metro. Banalna przygodówka autorstwa poznańskiego studia Robot Gentleman jest napisana ze swadą i dużym dystansem, cieszy ponadto, że nie jest to dowcip wymuszony czy sztuczny.

Cała zabawa składa się niejako z dwóch etapów. Pierwszym jest chaotyczne bieganie po domu i łapanie wszystkiego, co może się nam przydać. Etap ten rozgrywany jest w pełnym 3D, choć grafika jest bardzo umowna, modele uproszczone, a wszystko obserwujemy w rzucie izometrycznym. Nie ma to zresztą znaczenia, bo po upływie minuty lądujemy w schronie, gdzie rozpoczyna się właściwa zabawa, zaś sam schron przedstawiony jest w postaci ręcznie rysowanej planszy, gdzie widzimy wszystkich uratowanych członków rodziny oraz przedmioty, które udało nam się skompletować.

Mijają kolejne dni, zaś akcja właściwa ma miejsce w niewielkim oknie notatnika. 60 Seconds! jest więc w dużej mierze grą tekstową, bo polega na czytaniu kolejnych opisów. Te uwzględniają co się działo danego dnia, jakie nastroje panują wśród ocalałych, kto jest głodny, kto spragniony, a kto wymaga natychmiastowej opieki medycznej. Z poziomu notesu przydzielamy również racje żywnościowe, leczymy rannych i co kilka dni wysyłamy kogoś na powierzchnię, jeśli zachodzi taka potrzeba. Z notatnika dowiadujemy się też o przypadkowych zdarzeniach – a to zostaniemy zaatakowani przez bandytów, a to wojsko poda przez radio ważny komunikat, kiedy indziej pojawi się okazja do wymiany jakiegoś przedmiotu na pożywienie, i tak dalej.

Niewiele, powiecie. I przyznam wam rację. Na szczęście twórcy zadbali o wspomnianą losowość, więc każdorazowe zejście do schronu i rozpoczęcie przygody od nowa będzie wyglądało nieco inaczej. Rozmaitych scenariuszy nie brakuje, choć oczywiście nie ma się co łudzić – po kilku rozegranych partiach zabawa zaczyna powielać własne schematy i wkrada się rutyna prowadząca do znużenia. To ciekawa gra na pięć, góra sześć podejść; na tym etapie jeszcze jesteśmy ciekawi co nowego nas spotka, pojawia się również chęć pobicia własnego rekordu w liczbie dni przeżytych pod ziemią.

Z czasem jednak ta apokalipsa na wesoło coraz bardziej zaczyna nas nudzić, połykając własny ogon i powtarzając znane już motywy. Brawa należą się za ogólny pomysł i lekkie, dość nietypowe podejście do tematu, baty z kolei za bardzo skromną treść. Sami musicie określić, czy bilans wychodzi na plus, ale jako że gra jest stosunkowo tania nawet w wersji pudełkowej, myślę, że można dać jej szansę.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button