PC & KONSOLERECENZJA

Among The Sleep

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Choć w zamierzeniu miał to być horror, Among the Sleep przegrałby w starciu z każdym rasowym dreszczowcem ostatnich lat. Nie dlatego, że jest to gra słaba – jest po prostu inna od wszystkiego, czego mogliśmy doświadczyć do tej pory.

Jak wygląda przepis na typowy horror? Potwory, krew i flaki, nierzadko również sadyzm i skrajna przemoc. Norwegowie ze studia Krillbite nie zdecydowali się wkroczyć na ten znany, dobrze udeptany szlak i poszli w całkowicie przeciwnym kierunku. Nie było zresztą innego wyjścia – nie w sytuacji, gdy bohaterem swej opowieści uczynili dwuletniego, całkowicie bezbronnego brzdąca.

Taki zabieg pozwolił na zmianę perspektywy – nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, ponieważ nasz mały bohater patrzy na świat z poziomu raczkującego berbecia, więc wdrapanie się na stołek jest dla niego nie lada wyczynem, a zwykłe szafki kuchenne czy lodówka przywodzą na myśl sięgające niebios górskie szczyty.

Na szczęście środowisko nie jest zbudowane z betonu i na wzór Penumbry czy kultowej Amnesii możemy manipulować drobnymi przedmiotami, otwierać drzwi, a nawet szuflady, by stworzyć prowizoryczne schody i móc wdrapać się wyżej. Podnoszenie i przesuwanie przedmiotów to jedno z głównych zadań w grze, bo klasycznych zagadek czy jakichkolwiek trudniejszych wyzwań tu nie znajdziemy. Zdaje się, że poziom trudności dopasowano do wieku głównego bohatera.

Do tego wszystkiego dochodzi dziecięca wyobraźnia, która w przypadku małego człowieka wydaje się nieograniczona, bo niezmącona przez doświadczenia codzienności i wiedzę, która często zabija kreatywność. Ekipa Krillbite Studio starała się to twórczo wykorzystać, kreując zakręcone, mocno oniryczne światy zbudowane z dobrze znanych elementów, które tak połączono, że wszystko wydaje się koszmarnym snem.

Dlatego odwiedzany późną nocą las opatulony jest bladą mgiełką, zaś wśród drzew walają się zniszczone komody, krzesła i zabawki, z kolei szafa z ubraniami zamienia się w labirynt zbudowany z upiornych, sięgających nieba płaszczy. Najlepsze jednak, że pod spodem ukryte jest drugie dno, wyjaśniające stany lękowe naszego bohatera i rzutujące na jego relacje z matką. Tym samym scenarzystom udało się poruszyć pewien ważki problem, my zaś mimowolnie zastanawiamy się, czy nawet bardzo małe dzieci nie rozumieją czasem więcej, niż nam się wydaje.

Poszczególne etapy przypominały mi trochę miejscówki z Alice i jej równie genialnej kontynuacji, choć twórcy Among the Sleep nie mogą pochwalić się równie rozbuchaną wyobraźnią. Podczas gdy poziomy w produkcjach Americana McGee szokowały rozmachem i konstrukcją, tutaj jest wszystko stonowane i dość klaustrofobiczne. Oczywiście po części jest to podyktowane koniecznością dopasowania wszystkiego do młodego bohatera, który przewraca się po krótkim sprincie, stojąc na nogach cały czas lekko się chwieje, czuje się pewnie jedynie na czworaka, a na byle krzesło czy pudło wdrapuje się z dużym trudem. O takich ewolucjach jak skok można w ogóle zapomnieć, dlatego ścieżki, po których się porusza, są stosunkowo proste i całkowicie liniowe.

W podróż po pogrążonym w ciemnościach domu oraz w najodleglejsze zakamarki wyobraźni wyruszamy wespół z misiem Teddym, który pełni rolę opiekuna i narratora dla naszego małego bohatera. Pluszowa zabawka okazuje się niezwykle pomocna, nie tylko dlatego, że podpowiada co zrobić i w kluczowych momentach opowieści próbuje dodać nam otuchy. Pomaga również na krótko rozświetlić gęstniejące ciemności – wystarczy go przytulić. Przemyślany i co równie ważne niezwykle pomocny patent.

Gra bazuje na popularnym silniku Unity i to niestety da się odczuć. Tekstury nie porażają jakością, co na każdym kroku rzuca się w oczy, jako że raczkując notorycznie liżemy podłogę i ściany. Znacznie lepiej wypadł dźwięk – w dużej mierze to właśnie bodźce audio wywołują gęsią skórkę i powodują szybsze bicie serca. Do naszych uszu dochodzą rozmaite postukiwania, jęki, grzmoty szalejącej za oknami burzy, a nawet oddech naszego podopiecznego. Naprawdę można się wczuć.

Szkoda tylko, że nasza podróż kończy się, nim na dobre zdoła się rozkręcić. Bez zaglądania w każdy kąt całość można ukończyć w niespełna dwie godziny. Jak na mój gust zdecydowanie zbyt mało w tym treści jak na tytuł finansowany za pośrednictwem Kickstartera, wparty dotacją Norweskiego Instytutu Filmowego oraz kosztujący aż 20 euro na Steamie. Ktoś tu chyba za bardzo przyzwyczaił się do hojności darczyńców.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button