PC & KONSOLERECENZJA

Apotheon

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Długośmy się na ten tytuł naczekali, oj długo. Na szczęście było warto, bo najnowsze dzieło ekipy Alientrap ma w zanadrzu coś więcej niż tylko oryginalną stylistykę. Apotheon okazał się czymś na wzór dwuwymiarowego God of War z mocnym erpegowym zacięciem. Mieszanka wybuchowa?

Porównanie do najlepszego slashera stworzonego na wyłączność Sony padło we wstępie nieprzypadkowo, i to nie tylko ze względu na osadzenie akcji w starożytnej Grecji czy też jawne nawiązania do tamtejszej mitologii. Oczywiście fabuła różni się od perypetii Kratosa, sam bohater również w niczym nie przypomina zapalczywego Spartiaty, tym niemniej w obydwu historiach łatwo doszukać się kilku kluczowych punktów wspólnych. Po pierwsze – ludzie po raz kolejny mają przerąbane, stając się marionetkami w rękach bogów. Potrzebny jest więc śmiałek, który olimpijczykom rzuci rękawicę i najzwyczajniej w świecie spuści im łomot. To właśnie my, korzystając z szerokiego wachlarza broni białej i miotanej, ruszamy w krwawą krucjatę przeciw świcie Zeusa. Brzmi znajomo, prawda?

Apotheon z pozoru wydaje się prostą platformówką, w której częściej machamy żelastwem niż skaczemy po kładkach, a jedynym oryginalnym elementem jest charakterystyczna oprawa graficzna przywodząca na myśl sceny żywcem wyrwane z greckich malowideł, tyle że puszczone w ruch i fantastycznie animowane. To pierwsza niezaprzeczalna zaleta omawianej produkcji. Na ten tytuł po prostu przyjemnie się patrzy, nawet jeśli nasza rola ogranicza się do oglądania zapisów rozgrywki na YT lub zaglądania przez ramię kumplowi, który właśnie ten tytuł ogrywa. Z przyjętej konwencji wynika pewna monotematyczność i schematyzm w konstrukcji poszczególnych etapów, na to nie ma rady, ale moim zdaniem i tak należą się duże brawa, gdyż graficy stanęli na uszach, by na ekranie ciągle działo się coś nowego i zaskakującego, a nasze zmysły były nieustannie karmione drobnymi smaczkami i detalami (wspomnianymi już animacjami, kapitalną pracą światła czy szczegółowym wykonaniem najdrobniejszych elementów dekoracyjnych na danej planszy).

Jak się jednak rzekło, nie tylko oprawą i stylistyką Apotheon stoi. Nie mniej istotne są przecież bebechy gry, decydujące o rzeczy najważniejszej w przypadku każdej produkcji – grywalności. Na szczęście Apotheon opiera się na solidnych fundamentach i poszczególne tryby tej maszynerii dobrze ze sobą współpracują. Stosunkowo prostą mechanikę zabawy (ostatecznie chodzi o to, żeby przeć do przodu i sprowadzać do parteru kolejnych przeciwników, więc darmo szukać w tym jakiejś większej głębi) wzbogacono o solidnie wplecione elementy RPG, dzięki czemu nawet proste machanie mieczem nabiera ciekawego posmaku. Bo kto powiedział, że musimy właśnie mieczem machać? Może wolimy zadać cios sztyletem? Albo włócznią? Nie mniejszy wybór mamy w zbiorze broni dystansowej. Oszczepy, łuki, proce – czego tylko dusza zapragnie. Pamiętać przy tym należy, że nic nie jest trwałe, więc każda broń ma przypisaną do niej wytrzymałość (jak i zadaje określoną ilość punktów obrażeń, co akurat jest oczywiste).

Podobnie zresztą jak z tarczą i resztą rynsztunku, ponieważ twórcy zadbali także o szeroką paletę zbroi cechujących się zróżnicowanymi parametrami. Wszystkie te dobra znajdujemy zarówno na placu boju, jak i przeczesując zakamarki mapy, plądrując napotkane chałupy, rozbijając niezliczoną ilość skrzyń, beczek, stołów i innego tałatajstwa. Warto w tym miejscu nadmienić, że Apotheon może się pochwalić nadspodziewanie zaawansowaną interakcją – naprawdę wiele przedmiotów, które pozornie wyglądają na element tła, można roznieść na drobne kawałeczki lub choć minimalnie przesunąć.

Ale ale… To nie koniec zapożyczeń z gier fabularnych. Znalazło się miejsce również na crafting. Mocno uproszczony co prawda, ale obecny, który na bazie zebranych po drodze fantów w mig pozwala stworzyć miksturę leczniczą bądź inny przydatny gadżet. Zadbano nawet o takie smaczki jak wytrychy pozwalające włamywać się do zamkniętych komnat (które najczęściej kryją jakieś ciekawe przedmioty, więc naprawdę warto zaglądać w każdy kąt), choć nie towarzyszy temu żadna dodatkowa mini-gierka.

Jeśli czegoś typowo erpegowego tu zabrakło, to chyba tylko systemu rozwoju bazującego na zdobywaniu doświadczenia i odblokowywaniu kolejnych umiejętności. Owszem, w trakcie kampanii zdobywamy nowe talenty czy też przedmioty, które mają na nie wpływ, ale wynikają one bezpośrednio z postępów samej fabuły. Nie znajdziemy tu również bardziej rozbudowanych linii dialogowych. Nasza rola ogranicza się tylko do wysłuchiwania tego, co mają do powiedzenia napotkani NPC.

O historii, oprawie i mechanizmach już było, na koniec pora w dwóch słowach nakreślić świat wykreowany przez ekipę Alientrap. Silnie osadzone w greckiej mitologii uniwersum przywodzi na myśl klasyczne odsłony Castlevanii, oczywiście tylko pod względem konstrukcyjnym. Oznacza to, że każda z map przypomina sporych rozmiarów dwuwymiarowy labirynt, my zaś jesteśmy skazani na częsty backtracking z uwagi na rozrzucenie celów misji po całej mapie bądź zablokowane przejście, do którego zdobywamy dostęp dopiero po wykonaniu innego zadania lub zdobyciu jakiegoś przedmiotu. Sam nie przepadam za wracaniem po własnych śladach, ale takie rozwiązanie znajdzie zarówno swoich przeciwników, jak i zwolenników, trudno więc rozpatrywać ten element w kategorii oczywistej wady bądź zalety. To po prostu klasyczna metroidvania – jedni będą zachwyceni, inni mogą kręcić nosem. Jeśli jednak taka formuła zabawy ci nie przeszkadza, bierz w ciemno, bo to jeden z najlepszych indyków ostatnich miesięcy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button