ANIMERECENZJA

Casshern Sins – świat odległej przyszłości pozbawiony głębi

Ach, temat post-apokalipsy to coś coraz bardziej popularnego w pop-kulturze. Ludzkość ma zwyczaj zachwycać się kolejnymi, mrocznymi wizjami świata zrujnowanego przez nasz gatunek w ten czy inny sposób, jakbyśmy podświadomie chcieli na własne oczy ujrzeć zniszczenie, które jest najwyraźniej naszym przeznaczeniem.

Casshern Sins stara się odsłonić własną wizję spowitej ruiną przyszłości, w której ludzkość pełni marginalną rolę. Świat od dawna należy do robotów, które od mileniów tworzą własne imperia, a o swoich twórcach w zasadzie nie pamiętają. Teoretycznie nieśmiertelne, roboty wiodą spokojne i szczęśliwe „żywoty” – do czasu aż jedna z nich, Luna, ginie w tajemniczych okolicznościach.

Przenieśmy się nieco bardziej w przyszłość. Świat po śmierci Luny popada w ruinę – dosłownie. Roboty, infrastruktura, a nawet podstawowe materiały jak beton, czy stal rdzewieją i niszczeją w jednostajnym tempie apokalipsy. Pośród zalegających wszędzie, przeżartych korozją szczątków budzi się on – nieskażony przez wszechobecną ruinę Casshern. Nie pamiętając niczego, musi on nie tylko spróbować przypomnieć sobie kim jest i jaką pełnił funkcję w świecie zanim wszystko poszło w diabły, ale również odkryć prawdę o samych robotach i innych osobach.

Ruina

Szybko okazuje się, że Casshern jest nietypowym przedstawicielem swojego rodzaju. Już pomijając wygląd jak świeżo z fabryki i dziwny design, bohater okazuje się być maszyną zdolną niszczyć inne roboty w ilościach hurtowych – acz nie zawsze zachowuje przy tym świadomość swoich czynów. W kolejnych kilku odcinkach okazuje się, że Casshern nie tylko jest mistrzem walki, ale również jest w zasadzie nieśmiertelny w umierającym świecie – a do tego to on doprowadził do obecnego stanu rzeczy. Żeby było jeszcze przyjemniej, napotkane wrogie roboty są w stanie tylko wyć o tym, że pożarcie Cassherna pozwoli uzyskać wieczne życie.

Casshern Sins stara się być jednym z tych anime, które używając stosunkowo niewielkich nakładów i środków próbuje przekazać historię świata oraz wybranych, zamieszkujących go osób. Ze względu na sposób prowadzenia narracji, opierający się często na długich momentach ciszy, podczas których widoczny jest tylko nieruchomy fragment świata (czasami z sylwetką jakiejś postaci rysującej się w zapadającym mroku) anime to można porównać m.in. do Texhnolyze – tyle, że jest do porównanie ponad miarę. Tam gdzie bowiem Texhnolyze przejmuje głębią i wymaga od widza uwagi i zwracania uwagi na detale oraz drobne wskazówki obecne w dialogach, tam Casshern Sins uderza prosto z mostu. Przekaz całej 24 odcinkowej serii w zasadzie jest zaprezentowany podczas jednego z dialogów obecnych w pierwszych odcinkach – co więc zawiera cała reszta?

Początkowo mamy do czynienia z typową podróżą bohatera poprzez popadający w ruinę świat. Poza ustawicznym narzekaniem na swój los, Casshern zajmuje się w zasadzie tylko walką i wędrówką w losowo wybranym kierunku i od czasu do czasu napotykaniem nowych postaci. Poza grupką bohaterów towarzyszących, która pozostanie stała aż do ostatniego odcinka (nawet jeśli ich ciągłe spotykanie Cassherna ma średni sens, ale najwyraźniej scenariusz jest skutecznym magnesem), spotykamy więc kogoś nowego niemal co odcinek. Raz będzie to człowiek, który w ostatnich swoich dniach postanawia podzielić się wiedzą o świecie z Casshernem, innym razem będzie to pani robot potrafiąca przekazywać swoje uczucia tylko poprzez walkę, a jeszcze innym razem Casshern o mały włos nie zostanie przetopiony na dzwon przez innego robota. Wszystko to postacie epizodyczne, o których dość szybko się zapomina, a które mają pokazać różne podejście mieszkańców tego świata do nadciągającej zagłady. Brzmi to bardziej głęboko niż faktycznie jest i czasami naprawdę można się zastanawiać, jaki w tym sens – a czasami bywa tak, że człowiek na marne doszukuje się sensu w zaprezentowanych postaciach. Bo jak bowiem spojrzeć na niespełnionego artystę poruszającego się o „wózku”, który uparł się, że przemaluje całe miasto na biało. Robot mający problem z poruszaniem się po schodach jakimś cudem jest w stanie przemalowywać budynki mające po kilka pięter wysokości – nie pytajcie jak.

Roboty jak twórcy

Same roboty są dość… dziwne. W zasadzie cała ich cywilizacja (o ile można tutaj użyć tego słowa) jest podzielona na dwa rodzaje. Roboty „brzydkie i bojowe”, które najwyraźniej pełniły funkcje wojska, strażników albo czegoś w tym stylu. One w zasadzie są tylko kolejnym mięsem armatnim losowo atakującym Cassherna hordami i padającymi masowo w ilościach iście hurtowych. Ich kwestie z rzadka wychodzą poza ramy „pożreć/zabić” i w sumie tyle. Druga grupa to „człowiecze” roboty, które znacznie bardziej przypominają ludzi i najwyraźniej nie posiadają żadnych zdolności bojowych. I w zasadzie, mogłyby one być ludźmi bo dla całego show nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Te roboty tak samo jak ludzie potrafią żywić do siebie ciepłe uczucia, krwawią, odczuwają strach – różnica to w zasadzie tylko wygląd. Trochę to rozczarowujące, bo nie wykorzystano w ogóle potencjału zaprezentowana „obcej” dla nas cywilizacji. Cały świat zapełniony jest zrujnowanymi zamkami (?!), ogrodami (??), betonowymi miastami będącymi chyba pozostałościami ludzkiej historii – żadnych struktur typu megafabryki albo olbrzymie połacie paneli solarnych lub wytwórni baterii czy czegoś w tym rodzaju. Nic. Przez całą serię widzimy jedną fabrykę, poza tym nigdy nie poruszono tematu tego, czym zasilane są te wszystkie roboty i jak wyglądała ich cywilizacja, jak zorganizowane było społeczeństwo itd. Niewykorzystany potencjał.

Tym czym Casshern Sins nadrabia te braki – przynajmniej po części – są tła. Na pierwszy rzut oka widać, że to anime stworzone przed epoką obecnego anime i design postaci czerpie wręcz z jeszcze starszych designów – ma to swój urok. Główni bohaterowie są rozpoznawalni na pierwszy rzut oka ze swoimi krzykliwymi kolorami albo potężnymi fryzurami godnymi kapeli visual kei. Bohaterowie epizodyczni również wyróżniają się na tyle reszty, która w zasadzie jest kopiuj-wklej używaną jak tylko trzeba pokazać kolejną grupę bandytów albo cywilów. Tła za to, są znacznie ciekawsze – to całe krajobrazy namalowane niczym obrazy. Są one rozległe, pełne tajemnicy i przedstawiają niesamowite struktury oraz pejzaże, które robią wrażenie czegoś obcego i niezrozumiałego dla człowieka. Szkoda, że reszta anime nijak do tej tajemnicy pasuje, opierając się na dość prostych i wielokrotnie powtarzanych dialogach. Ba, bohaterowie jakby w ogóle tych widoków nie zauważali i nigdy nie padają pytania lub komentarze podczas przemierzenia kolejnych lokacji.

Pod względem animacji, nie mam większych zastrzeżeń. Zdecydowanie nie jest to najbardziej płynne anime jakie widziałem, ale biorąc pod uwagę rok produkcji (2008) naprawdę nie można narzekać. No może z wyjątkiem czasami powtarzanych ujęć, szczególnie tych ze scen walki, których jest chyba w całej serii trochę za dużo. Jeśli tylko przekonacie się do designu postaci, to oczy krwawić Wam nie będą. Muzycznie mamy do czynienia z zupełnie w mojej opinii nie pasującym do atmosfery anime openingiem i „ok” endingiem, a wypełniający seans OST nie rzuca się w uszy. Z jednym wyjątkiem: za każdym razem kiedy Casshern odkrywał coś ważnego w towarzyszącej mu akurat postaci albo działo się coś innego równie mocno podkreślonego w scenariuszu, ZAWSZE towarzyszy temu ten sam utwór. Nie jest on zły sam w sobie, ale słyszany po raz n-ty zaczyna nieco drażnić – szczególnie kiedy już pierwsze jego nuty zdradzają, że zaraz będzie coś ważnego dziać się na ekranie z punktu widzenia bohatera lub fabuły. A propos tejże…

Casshern Sins niestety zawodzi pod względem opowiadanej historii. Jak już wspomniałem, wnioski i w zasadzie cała puenta poznawana przez bohatera w ostatnim odcinku pojawia się już na samym początku serii, pozostawiając widza z uczuciem długiej podróży kończącej się pośrodku niczego. Żadna z postaci epizodycznych nie pojawia się w późniejszych odcinkach, nie odgrywa żadnej roli – nawet jeśli inne postacie zdają się sugerować, że to ktoś ważny z wielu względów. Druga połowa serii to w zasadzie Casshern po raz milionowy powtarzający to samo co wcześniej, tyle że tym razem odnajduje cel swojej tułaczki i …. w zasadzie nic z tego nie wynika. Nic z niczego nie wynika, nic nie ma tak naprawdę celu, zapomnijcie o konsekwencjach wcześniej podejmowanych decyzji. Nawet nie ma tutaj miejsca na pseudo-filozoficzne rozważania, które chociaż udawałyby że jest w tym wszystkim jakaś głębia. Casshern dochodzi do miejsca, zmienia zdanie raz czy dwa, po czym znika robiąc to samo co wcześniej i świat magicznie się naprawia. Koniec.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

Dodaj komentarz

Back to top button
Close
Close