PC & KONSOLERECENZJA

Castlevania: Lords of Shadow – Ultimate Edition

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Decyzja o przeniesieniu na PC Castlevanii: Lords of Shadow była chyba równie zaskakująca, co samo ogłoszenie prac nad grą kilka lat temu. Nie dość, że z dwuwymiarowego platformera seria przeistoczyła się w slashera z krwi i kości, to jeszcze prace nad tytułem powierzono studiu z zewnątrz, w dodatku ekipie pochodzącej z Hiszpanii, a nie Kraju Kwitnącej Wiśni, skąd właśnie wspomniana seria się wywodzi.

Wątpliwości było więc sporo, a jak wiadomo, gdy oczekiwania są umiarkowane, tym przyjemniejsze zaskoczenie, gdy gra w efekcie końcowym okaże się wyśmienita. Można oczywiście kłócić się, do kogo w ostatnich latach należała palma pierwszeństwa – brutalnego aż do przesady Kratosa z God of War III, obłędnie szybkiej Bayonetty, czy samej Śmierci z Darksiders II. Pewne jest natomiast, że na tle tak zacnych przeciwników Gabriel nie ma się czego wstydzić i z równie wielką wprawą rozstawia tałatajstwo po kątach, zaś skala jego przeprawy jest na tyle ogromna, że w temacie zawartości więcej oferował chyba jedynie wspomniany Darksiders II.

Bohater – należący do znanego rodu Belmontów i członek Bractwa Światła – wyrusza w długą przeprawę przez rozległy świat, w którym zagnieździło się zło. Walka z armią ciemności to jednak tylko jedna strona medalu – na drugiej znajduje się pragnienie przywrócenia życia ukochanej, która została zabita przez sługi cienia. Na tryb fabularny Lords of Shadow składa się kilkanaście rozbudowanych rozdziałów, te zaś pocięto na mniejsze, odrębne poziomy (w wersji PC nie zabrakło również dodatkowych DLC, za które wcześniej trzeba było zapłacić).

Sumarycznie całość funduje nam kampanię na minimum dwadzieścia godzin zabawy, przy czym jednokrotne ukończenie scenariusza nie odkrywa przed nami wszystkich kart. Do wielu miejsc nie można się na początku dostać z racji braku odpowiedniej umiejętności, ale każdy poziom można rozegrać dowolną ilość razy, wybierając go z poziomu mapy w menu i odkrywając dzięki temu to, co jeszcze nieznane (opcja przydaje się również wtedy, gdy chcemy zarobić dodatkowe punkty doświadczenia za wykonanie określonego wyzwania w danym rozdziale).

Choć mamy do czynienia z niezwykle rozbudowanym i dopracowanym produktem, na samym początku należy zaznaczyć, że Castlevania nie rewolucjonizuje gatunku i nawet nie próbuje eksperymentować z formą. To tytuł bardzo staroszkolny i wierny regułom, można by się nawet pokusić o nazwanie go próbą zebrania całej spuścizny gatunkowej i przedstawienia jej w formie jednego, zwartego dzieła. Pod tym względem dzieło Mercury Steam Entertainment jest grą kompletną, zawierającą aż w nadmiarze to, co w produkcji tego typu powinno się znaleźć.

Są sekcje platformowe (tradycyjne już łapanie się gzymsów, skakanie nad przepaściami czy wykorzystywanie broni bohatera w charakterze bicza pozwalającego złapać się wybranego elementu), nieco eksploracji i przeczesywania zakamarków mapy w poszukiwaniu ukrytych fantów, okazjonalnie pojawiają się zagadki środowiskowe (spośród których kilka naprawdę zmusza do główkowania, a ich rozwiązanie daje satysfakcję równie wielką, jak pokonanie trudniejszego przeciwnika), jest przebogata menażeria wszelkiej maści kreatur do ubicia, są również gigantyczni, wymagający bossowie i – last but not least – satysfakcjonujący, dobrze zaprojektowany system walki i rozwoju postaci.

To, co w przypadku slashera jest najważniejsze, wypadło lepiej niż dobrze. Tradycyjnie już nasz heros ma na podorędziu dwa rodzaje ciosów – słabszy, ale szybszy i celniejszy oraz obszarowy, rażący większe grupki wrogów. Może też rzucać sztyletami, odrzucać ładunki wybuchowe podrzucane przez przeciwników, a także łapać ich i masakrować gołymi rękoma. Nie zabrakło też uników, bloków i skoków, a od czasu do czasu chwycimy za jakiś przedmiot w najbliższym otoczeniu, by efektownie rozprawić się z wybraną kreaturą. Całość wzbogacono o combosy i ciosy specjalne, które możemy odblokować, wydając ciężko zarobione punkty doświadczenia oraz uproszczony system magii, dzięki któremu możemy wzmacniać uderzenia lub odzyskiwać utracone punkty życia. Nie ma tu więc nic wymyślnego, właściwie każdy z ważniejszych elementów został podpatrzony u konkurencji, całość jednak sprawia wrażenie solidnej, dobrze naoliwionej maszynerii, która świetnie sprawdza się w praniu i co najważniejsze daje ogromną satysfakcję podczas uskuteczniania krwawej łaźni.

Duża w tym zasługa sensownie zbalansowanych potyczek i wymagających starć z bossami, w przypadku których nie ma mowy o sukcesie, jeśli będziemy naparzać po klawiszach bez ładu i składu. Niektóre starcia są przyjemnie wymagające (zwłaszcza w przypadku kolosów, którzy mogliby stanąć w szranki z tymi znanymi z Shadow of the Colossus autorstwa Team ICO), a opanowanie uderzeń okazuje się nie mniej ważne od sprawnego i szybkiego unikania ataków przeciwnika. Istotne jest również to, że gra nie ucieka się do tanich sztuczek, nie oszukuje – jeśli skrewimy, winić możemy za to wyłącznie siebie. W tej sytuacji znacznie łatwiej zagryźć zęby i spróbować raz jeszcze.

Na pochwałę zasługuje również oprawa programu. Mimo upływu czasu (nie zapominajmy, że gra zadebiutowała na konsolach w 2010 roku), Lords of Shadow broni się dobrze zaprojektowanymi miejscówkami i urzekającymi, bardzo klimatycznymi plenerami, które może i nie kuszą rozmachem znanym z serii God of War, ale w stylistykę ponurego uniwersum Castlevanii wpisują się bardzo dobrze. Świat gry, choć w gruncie rzeczy liniowy, jest ogromny i przede wszystkim bardzo ciekawy pod kątem zróżnicowania tematycznego. Znajdziemy tu zmurszałe katedry, ponure cmentarze oraz ogromne gotyckie zamczyska, skąpane w deszczu wioski i parne bagniska, gęste, niemalże tropikalne lasy, a także przysypane śniegiem wzgórza.

Pora na omówienie rzeczy, która w przypadku konwersji jest równie istotna, jak grafika czy grywalność. Port jest wykonany starannie, szczególnie pod kątem wizualnym. Animacje są płynne, tekstury w większości przypadków nie rażą, a widoki – jak się rzekło – niejednokrotnie zapierają dech w piersiach. Całość jest przy tym dobrze zoptymalizowana i na przyzwoitym sprzęcie nie sposób uświadczyć spadku płynności.

Można natomiast pogrymasić nieco na sterowanie. Myszka jest niepraktyczna, bo i tak nie mamy żadnego wpływu na pracę kamery, gramy więc wyłącznie na klawiaturze albo za pomocą pada. Jeśli ktoś ma gamepada to pół biedy, wszak to idealny kontroler dla tego typu produkcji. Jednak już gra na samej tylko klawiaturze wymaga przyzwyczajenia i odrobiny cierpliwości. Tyczy się to zwłaszcza walk z bossami, którzy potrafią być wymagający (stosowanie chwytów, uników i innych niezbędnych w bitce ruchów nie jest na klawiaturze zbyt wygodne).

Tradycyjnie też pewne zastrzeżenia można mieć do pracy kamery, która sama wybiera, co pokazać, z jakiej odległości i pod jakim kątem, często więc do szczególnie dynamicznych fragmentów wkrada się niepotrzebny chaos, czasem można przeoczyć boczną ścieżkę, której w narzuconym widoku po prostu nie widzimy. Bywa także, że trudno oszacować odległość skoku, gdyż kamera ukazuje plan ze zbyt szerokiej perspektywy, co jest może i efektowne, ale średnio praktyczne. Warto jednak nadmienić, że ewentualne porażki nie drażnią, bo w takowych przypadkach gra na ogół rzuca nas do ostatniej bezpiecznej pozycji, nie ma więc mowy o powtarzaniu dłuższych fragmentów.

Można pomstować, dlaczego gra ukazała się dopiero teraz, marudzić, że PC jest znowu w tyle (i to o niemal 3 lata!) względem konkurencyjnych platform. Można, tylko po co? W sytuacji, gdy większość dobrych slasherów omija komputery osobiste szerokim łukiem, trzeba się cieszyć z każdej jaskółki. Szczególnie, gdy okazuje się ona tak złożona, głęboka, rozbudowana i klimatyczna, jak Castlevania: Lords of Shadow. Tytuł może i nie rewolucjonizuje gatunku, ale jak w soczewce skupia wszystko to, co w slasherach lubimy i cenimy. A skoro wreszcie trafiła się taka sposobność, grzech nie zagrać!


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close