PC & KONSOLERECENZJA

Contrast

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Debiutancka produkcja Compulsion Games raczej nie wyrwie was z butów, nie zagwarantuje wielu godzin emocjonującej rozgrywki ani nie zapadnie w pamięć na lata. Ma jednak coś, co sprawia, że warto choć rzucić nań okiem.

Pierwszym elementem jest nietuzinkowy gameplay, tak inny od wszystkiego, co widzieliśmy u konkurencji, a jednocześnie prosty w zamyśle, sprowadzający się raptem do jednej, na szczęście dość ciekawej sztuczki. Drugim powodem jest styl graficzny jednoznacznie kojarzący się z wodewilem i burleską doprawionymi nurtem noir. Namiastkę podobnych klimatów mogliśmy doświadczyć w wielce niedocenionym The Saboteur, tu jednak nie mamy do czynienia z typową grą akcji, więc nacisk na artystyczny wydźwięk programu siłą rzeczy jest znacznie większy.

W wizualiach tkwi zresztą ogromna siła tego tytułu. Bazująca na popularnym Unreal Engine 3 produkcja raczej nie zachwyca ilością detali czy rozmachem, jak choćby Batmany z serii Arkham. Oprawa jest stonowana i skromna, a w pewnym zakresie nawet karykaturalna, jawnie uciekając w kierunku surrealizmu. Nienaturalne proporcje ciała bohaterki czy powykręcane pod najróżniejszymi kątami, zawieszone w próżni ulice to tylko najbardziej wyraziste przykłady. W tym szaleństwie tkwi jednak jakaś metoda, bo całość tworzy zwartą i – co równie ważne – niezwykle klimatyczną kompozycję, podkreślaną dodatkowo idealnie dopasowaną ścieżką dźwiękową.

W grze przejmujemy kontrolę nad dziewczyną o imieniu Dawn, bohaterką niezwykle osobliwą i dość niezwykłą, bowiem będącą jedynie wymysłem fantazji, wykreowaną w wyobraźni kilkuletniej Didi. Ta niemal przez całą grę nam towarzyszy, będąc jednocześnie motorem napędowym przedstawionej historii. Opowieść jest prosta, by nie powiedzieć banalna, ale podana ze smakiem. Otóż Didi wymyka się nocą ze swego domu, gnana tęsknotą za swym ojcem. Podążając tropem rodzica małej dziewczynki, odwiedzamy miejsca, w których ostatnio przebywał i poznajemy szczegóły problemów, w które się wplątał. Co ciekawe, wszystkie scenki fabularne odgrywane są poprzez cienie – świat gry jest całkowicie wyludniony i nie spotykamy w nim ludzi z krwi i kości, nie licząc pary głównych bohaterek.

Cień jest tu zresztą kluczem do wszystkiego i filarem, wokół którego zbudowano rozgrywkę. Jak zostało wspomniane, znakomita większość zabawy bazuje na jednym, za to wielce ciekawym pomyśle – na grze świateł i cieni. Tam, gdzie jest źródło światła i rzecz jasna płaszczyzna, na które owo światło pada, tam pojawiają się cienie. Cienie przedmiotów codziennego użytku w postaci kartonowych makiet czy barowych krzeseł i stolików, a także cienie elementów wystroju bądź fragmentów trwałych konstrukcji w postaci choćby balustrady czy rozwieszonego sznura na bieliznę.

Zabawa zaczyna się, gdy odkrywamy niezwykły talent naszej długonogiej bohaterki – umiejętność transformacji w cień. Wystarczy podejść do płaskiej powierzchni, wdusić lewy przycisk myszy i już trójwymiarowy model zamienia się w kolejny z cieni na ścianie (o ile rzecz jasna jest w pobliżu jakieś źródło światła). Co więcej, w swej dwuwymiarowej postaci nasza protagonistka może korzystać z cieni wszelkiej maści przedmiotów niczym z platform, by dostać się w dalsze, z pozoru niedostępne rejony mapy. Wtedy też tak prozaiczne przedmioty jak rowerowy pedał, który wciąż się kręci, przy odpowiednim kącie zamienia się w ogromną ruchomą platformę. Szybko sprawa się komplikuje i samemu musimy zadbać o to, by odpowiednie platformy stworzyć, czy to manipulując źródłem światła, czy przesuwając przedmioty, które cień rzucają. Bywa również, że w cień należy zamienić odpowiedni przedmiot (najczęściej drewniane pudło), by tym sposobem przetransportować go w inne miejsce.

Brzmi świetnie, w praktyce też okazuje się bardzo ciekawe. Problem w tym, że to jedyny as w rękawie ekipy Compulsion Games. Inwencja twórcza pozwoliła na stworzenie kilkunastu zmyślnych i fajnie zaprojektowanych zagwozdek środowiskowych (niektóre wymagają dość intensywnego główkowania), w których musimy z wyżej opisanej umiejętności skorzystać, na tym jednak pomysłowość się kończy. Co prawda pod prawym przyciskiem myszy czai się inny talent polegający na taranowaniu przejść zabitych deskami, ale o tym nawet nie warto wspominać.

Z uwagi na dość ubogą różnorodność w zakresie rozgrywki jest to jedna z tych produkcji, na które dobrze się patrzy, choćby z boku, śledząc poczynania innego gracza, a niekoniecznie trzeba samemu zasiąść przed komputerem, by odkryć wszystkie mocne strony tego tytułu. Potencjał widzę w tym spory, szkoda jednak, że nie został w pełni wykorzystany. Zabrakło przede wszystkim jakiegokolwiek zróżnicowania, elementów, które sprawiałyby, że rozgrywka ewoluuje, zmuszając do wyuczenia się nowych sztuczek i przetestowania ich w praktyce. Tu w zasadzie ciągle robimy to samo, przez co zabawa szybko zaczyna robić się monotonna, i to pomimo faktu, że całość da się zaliczyć za jednym zamachem, bowiem scenariusz pęka w niespełna trzy godziny.


E. Siekiera

Dziennikarz i filozof z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, zapalony gracz z wyboru. A gra praktycznie na wszystkim, z pominięciem smartfonów i konsol Nintendo, bo nie lubi się rozdrabniać, a jak wiadomo Mario i Zelda skończyły się na Kill 'Em All. Miłośnik wirtualnej grozy w każdej możliwej odmianie; wciąż naiwnie liczy, że wróci jeszcze kiedyś na zamglone ulice Silent Hill. W branży od piętnastu lat z okładem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button