PC & KONSOLERECENZJA

Elderborn – recenzja

Heavy Metal i do przodu

Conan Barbarzyńca, epicka fantastyka, heavy metal, hordy plugawych wrogów i wyprawa bohatera w nieznane – ot lata 90’te w gamedevie. Wspominam o nich nie bez powodu, albowiem produkcja polskiego studia Hyperstrange nawiązuje garściami do ostatniej dekady XX wieku i pozwala wcielić się w postać heroicznego wojownika stającego naprzeciw całej armii nieumarłych. W tle pobrzmiewa odpowiednio głęboki głos narratora, kiedy bohater wkracza na początek ścieżki wiodącej do starożytnego miasta.

Elderborn jest produkcją, która najłatwiej opisać jako połączenie elementów Dark Souls oraz Dark Messiah of Might & Magic z odrobiną inspiracji rodem z Dooma. Podobnie jak w grach od From Software, mamy tutaj zaserwowany dość wysoki poziom trudności, fontanny pełniące funkcje “punktów odrodzenia” oraz odradzających się wrogów wraz z dosyć “lekkim” progresem postaci – z drugiej gry zaś zapożyczono pierwszoosobową perspektywę oraz dynamiczny system walki, w którym można wykorzystać fizykę np. do wykopania przeciwnika ze skarpy albo nabicia go na najeżoną zardzewiałymi kolcami kolumnę.

Gracz jako bohater wyrusza odnaleźć wejście do miasta Jurmum, którego dni świetności są dawnym wspomnieniem po starciu Złotej Armii z hordami barbarzyńców. Jak można się domyślić, samo odnalezienie drogi do zapieczętowanego miasta jest wyzwaniem samym w sobie i stanowi de facto cały pierwszy akt gry. Jego początek stanowi uproszczony samouczek, który jednak nie trzyma gracza za rączkę i wierzcie mi, nawet podczas tego tutoriala nader łatwo zginąć. Niemniej dzięki temu gracz może posmakować nie tylko poziomu trudności (który będzie rósł i osiągnie apogeum w samym mieście), ale przede wszystkim eksperymentować z modelem walki, który wymaga odrobiny przyzwyczajenia.

Do dyspozycji gracza przez całą około 10 godzinną kampanię oddanych zostanie niemal tuzin broni, które można podzielić na pięć głównych kategorii – miecze jednoręczne, włócznie, młoty, lekka broń oburęczna oraz potężne oburęczniaki wielkości dorosłego mężczyzny. Dobór odpowiedniej broni do danej sytuacji to połowa sukcesu – wielgachny miecz może i zada tonę obrażeń, ale jego powolność sprawi że horda przeciwnik po prostu otoczy gracza i go zakopie na śmierć zanim ten zdoła wykonać następny zamach. Włócznie wymagają precyzji, młot jest diablo przydatny na przeciwników zasłaniających się tarczą, a oburęczne sierpy idealnie przysłużą się miłośnikom kontrowania i osób preferujących szkołę “git gud” z Dark Souls.

Do tego dochodzi możliwość rozdawania kopniaków, wspomniane kontry (acz nie wszystkie bronie to umożliwiają), bloki oraz zdolności specjalne odblokowywane poprzez wbijanie kolejnych poziomów i inwestowanie punktów w jeden z trzech atrybutów. Znajdziemy wśród nich zarówno dość klarowne i spodziewane zdolności jak możliwość kontrowania pocisków we wroga, szarżę czy też mniej typową opcję urwania głowy powalonego przeciwnika i rzucenie nią w następnego nieszczęśnika. METAL AS FUCK, co nie?

Sama menażeria może nie poraża oryginalnością, ale to solidnie zaprojektowani przeciwnicy, którzy mają swoje mocne i słabe strony – a co za tym idzie, wspomniany dobór broni do sytuacji jest bardzo ważny. Inaczej walczy się z nieumarłym szkieletem rzucającym pociski z dystansu i chowającym się za plecami pobratymców, a inaczej z berserkerem albo gościem wyposażonym w masywny pawęż. A gdy do gry wejdzie dowolna mieszanka różnych typów przeciwników, robi się naprawdę gorąco.

Mięsko Elderborn, czyli walka, jest naprawdę dobrze zrealizowana i satysfakcjonująca. Nawet jeśli bywały miejsca, gdzie poziom trudności skakał gwałtownie w górę (nie pozdrawiam ekipy ze szczytu jednej z wież w mieście), to każde starcie jest do wygrania przy odpowiedniej dozie cierpliwości, umiejętności oraz czasami szczęścia. Tak samo jak we wspomnianej serii japońskiego studia, znajomość animacji poszczególnych ataków wrogów jest diablo ważna i pozwala na manewrowanie po polu bitwy unikając zabójczych ciosów. I tutaj jest mały szkopuł gry, który – sądząc po wpisach na forum np. na Steamie – jest dla wielu graczy problemem. Zasięg broni. Sam miałem z tym pewien problem i musiałem się przyzwyczaić, że faktyczny zasięg jest trochę większy niż się wydaje nawet na domyślnym FOV. Dotyczy to zarówno broni dzierżonej przez gracza, jak i przeciwników i początkowo może prowadzić do napadów lekkiej agresji. Osobiście uznaję, że da się do tego przyzwyczaić – niemniej bądźcie ostrzeżeni.

Poza tym problemem, który zresztą w różnym stopniu dotyczy każdej pierwszoosobowej gry tego typu, Elderborn sprawował się zaskakująco pozytywnie. Przez ponad 10 godzin rozgrywki nie miałem żadnego crasha albo problemów technicznych, a sama gra chodzi płynnie na pięcioletnim PeCecie. Pomijam tutaj nieco pechowy patch wypuszczony na premierę, który na kilkanaście godzin wyłączył możliwość gry użytkownikom Windows 7. 😉 Mógłbym czepiać się tylko drobnostek, które być może zostaną wyeliminowane przez aktualizacje, takie jak kopniak nie zawsze posyłający przeciwnika w otchłań (szczególnie jeśli ten jest w pozycji siedzącej) czy też szarża okazjonalnie uznająca, że ogłuszenie wroga tym razem nie zadziała, “bo nie”. Od czasu do czasu też można np. zginąć w jakimś dziwnym miejscu i “esencja” do zebrania znajduje się poza zasięgiem gracza. To jednak naprawdę drobnostki, które można bez problemu wybaczyć przy tym pułapie cenowym (40 zł).

Graficznie Elderborn jest trochę mieszanką dobrego, że złym. Niektóre obiekty i sceny wyglądają całkiem dobrze, widać że artyści włożyli sporo pracy w dopracowanie niektórych elementów otoczenia oraz np. broni. Czasami jednak coś zgrzyta, a to drastycznie zmieniające się oświetlenie po przejściu do nowego pomieszczenia, a to niskiej jakości tekstury czy też mało imponująco zaprojektowany poziom (korozja na ścianach Jurmum serio wygląda słabo). Muzycznie za to jest naprawdę solidnie! Miłośnicy gitarowego łomotu z pewnością docenią przynajmniej część ścieżki dźwiękowej towarzyszącej podczas dokonywania masakry na nieumarłych. Moim faworytem jest zapewne kawałek, towarzyszący walce z bossem pod koniec drugiego aktu – nawet po kilku godzinach ta ściana gitar dodawała energii i nie znudziła się.

Twórcy dotrzymali słowa. Miało być ciężko, metalowo i old schoolowo – i tak jest. Zabawa w Elderborn jest satysfakcjonująca, a jeśli ktoś chce odblokować wszystkie poziomy “masteringu” broni oraz wyzwania z nimi związane, to czas gry wydłuży się o kolejnych kilka godzin. Ciekawie jest również zmieniać podejście do walki i wybierać inne rozwiązania, przez co rozgrywka nie nudzi się nawet kiedy gra przestaje rzucać w gracza nowymi typami przeciwników. Do tego wszystko chodzi i działa po prostu dobrze. W tej cenie, mogę polecić ten tytuł każdemu fanowi krwawej rozwałki pierwszoosobowej i duchowym barbarzyńcom.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close