ANIMERECENZJA

Goblin Slayer – nudna sieczka w haremowym piekle

Podchodząc do Goblin Slayera nastawiałem się na stosunkowo prosty tytuł akcji na tle typowego fantasy. Miało być o siekaniu goblinów na rozmaite sposoby i w sumie tyle – może odrobina dark fantasy i jakiś drobnych motywów komediowych dla rozluźnienia atmosfery. Zamiast tego obejrzałem serię, która nie ma do zaoferowania zupełnie nic poza w 99% zbędną golizną, kiepskimi scenami walk oraz postaciami, przy których kartonowe wycięcia są pełne głębi i charakteru.

Serio ciężko mi znaleźć dobre strony tego anime. Cóż, to nie pierwszy raz kiedy popularna seria okazuje się tworem niegodnym uwagi, czyż nie? Zacznijmy jednak od podstaw.

Rachu ciachu i do piachu

Głównym motywem anime jest tytułowe mordowanie goblinów. Bohater (bezimienny osobnik o “traumatycznej” przeszłości, która w sumie jest jego jedyną “cechą charakteru”) jako lokalny dziwoląg w gildii poszukiwaczy przygód zajmuje się tylko i wyłącznie polowaniem na zielone pokraki – do tego stopnia, że nawet nie spojrzy na jakiekolwiek inne zadania oferowane akurat w gildii, jeżeli nie ma w nich wzmianki o goblinach. To byłoby nawet dobre założenie jako podstawa komedii, ale Goblin Slayer od pierwszego odcinka próbuje szokować i to nie tylko ilością lejącej się posoki i brutalnych walk, a również poprzez…. gwałt. Nie jest to może coś absolutnie nowego w medium, ale tutaj naprawdę niczemu to nie służy, co sprawia że łatwo oskarżyć autorów o próbę złapania taniego marketingu poprzez kontrowersyjną scenę. Albowiem zaiste powiadam Wam, nie wiedzie ona nigdzie w całej serii i w sumie równie dobrze mogłoby jej tam nie być. Podobnie jak scenki mordowania goblińskich dzieci, ale najwyraźniej bez tego seria nie zdobyłaby potrzebnego rozgłosu.

Ach tak, po scenie gwałtu walnijmy goliznę!

Po pierwszym odcinku i doczepieniu się do głównego bohatera kolejnej bezimiennej persony w postaci bezużytecznej w 99.9% przypadków kapłanki, następuje kolejnych dwanaście epizodów pełnych w sumie niczego. Fabuła nigdy nie posuwa się w żadnym kierunku, bo jej zwyczajnie nie ma. Co jakiś czas tytułowy Goblin Slayer rusza wybić jakąś mniejszą lub większą bandę goblinów, po drodze powiększając swoją drużynę tudzież harem o kolejne postaci, aż seria się kończy “epicką” batalią. W której zresztą ponownie jest ratowany przez tzw. plot armor, bo pisanie scenariusza pozostawiono najwyraźniej zbuntowanemu 12-latkowi. Podobnie zresztą jak napisanie wszystkiego innego.

Drużyna kartonu

Może więc skoro główny bohater to wydmuszka bez żadnej faktycznej osobowości, celów, marzeń, słabości czy nawet twarzy (serio, nawet podczas scen bez hełmu jego twarz jest zawsze niewidoczna), to reszta obsady podnosi nieco średnią? Nic z tych rzeczy. Całą pulę postaci pojawiających się w serii można określić mianem albo sztucznego tła, albo elementem haremu należącym do Goblin Slayera. Z niewiadomych przyczyn każdy, ale to absolutnie każdy staje się “fanem” bohatera, a postaci kobiecie skłonne są same wskoczyć mu do łóżka. Postacie męskie pewnie też, jego domniemany magnetyzm najwyraźniej działa na wszystko.

To moja mina podczas seansu

Naprawdę nic pozytywnego nie można powiedzieć o postaciach. Wszystkich można określić jednym, maks dwoma słowami pokroju “typowa elfka” albo “honorowy człowiek-jaszczur” albo “niedorobiony Guts”. Nie raz marudzę, że postacie poboczne w anime są kartonowymi wycinkami, postawionymi i animowanymi wedle potrzeb scenariusza, ale bez żadnej głębi czy charakteru. Tutaj jednak takie określenie byłoby obrazą dla kartonu. Dość powiedzieć, że w całej serii nie pada chyba żadne imie – każdy to “long ears”, “priestess” albo “guild girl”.

Denne fantasy

Sytuacji nie ratuje absolutnie beznadziejny świat, który w zasadzie wcale nie jest zarysowany. Wiemy, że jest w okolicy miasto, kilka wiosek, jakieś inne miasto leżące “na wodzie” i gdzieś tam jest stolica. Oraz las. Znakomicie. Co poza tym? Nic. Zero o kulturze, skąd pochodzą inne rasy albo nawet o tym, czy w ogóle istnieje na świecie inny potwór niż goblin w kilku wersjach. Tak pustego i po prostu beznadziejnego świata fantasy nie widziałem chyba nigdy. Podczas kilku pierwszych odcinków przez openingiem pojawia się niby kilka kwestii o tym, jak to niby bogowie rzucali kośćmi dla zabawy, ale osoba odpowiedzialna za to najwyraźniej szybko dała sobie spokój i ten ledwie zaczęty wątek znika po 3-4 odcinkach. Gdyby chociaż w tym wszystkim była jakaś logika, ale nie dostrzeżemy jej ani w prezentowanym świecie, ani w dialogach ani reakcjach i poczynaniach postaci. Osobną kwestią jest to, jak absurdalnie niekompetentna jest gildia poszukiwaczy przygód, która prędzej przypomina przypadkową karczmę niż miejsce, którym teoretycznie ma być.

“Edgy”

Naprawdę w sumie to brak mi słów na określenie tego, jak wszystko w tej serii jest złe. Mógłbym podawać przykłady i mnożyć je ad infinitum, ale to sprawiłoby, że myślałbym o tej serii o kolejnych kilka minut dłużej – a na to zdecydowanie nie zasługuje.

Ani to ładne, ani fajne

Czy da się chociaż oglądać Goblin Slayera? Pewnie da, ale po co? Kreska i animacje są proste, wręcz stereotypowe. Wszystko jest diablo kolorowe (kolor włosów postaci to często ich jedyna charakterystyka), a wszelka próba sprzedania tego jako dark fantasy zasługuje na karę chłosty. Kreacje postaci są tak samo stereotypowe i po prostu nijakie, że naprawdę człowiek się zastanawia, kto dał zielone światło serii. Może jak ktoś baaaardzo lubi fanservice, to znajdzie go tutaj aż nadto – postacie kobiecie uwielbiają prezentować swoje przerośnięte walory, a kamera robi wszystko, aby odpowiednio to wszystko pokazać. Szkoda, że praca kamery już podczas walk jest często zwyczajnie słaba, jakby zabrakło ekipie energii po “filmowaniu” falujących cycków.

Słowem: omijać. Słaba haremówka z odrobiną czegoś, co zapewne miało być komedią, której jedynym wyróżnikiem jest mierna kontrowersyjność.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close