PC & KONSOLERECENZJA

LEGO City: Undercover

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Nie licząc kolejnych flagowych tytułów z Marianem w roli głównej, konsola Wii U dostała swego czasu kilka innych łakomych kąsków na wyłączność. Jednym z nich było LEGO City: Undercover, gra powszechnie uważana za najlepszą produkcję z dużej i licznej rodziny „LEGO-gier”. Jednym głosem mówili o niej tak ci, którzy mieli okazję weń zagrać, a że zadebiutowała na platformie, która poza Japonią w zasadzie #nikogo, to cóż… Na szczęście po kilku latach tytuł wypłynął na szersze wody i reszta cywilizowanego świata może w końcu sprawdzić, czym jest LEGO City i dlaczego w każdym aspekcie praktycznie miażdży wszystkie pozostałe produkcje Traveller’s Tales.

Wcielając się w niejakiego Chase’a McCaina, gliniarza cieszącego się przebrzmiałą sławą, po dłuższej nieobecności wracamy do LEGO City, bo w mieście źle się dzieje. Na ulicach panoszą się przestępcy, a za każdym podejrzanym łotrem i niecnym występkiem stoi Rex Fury, kanalia i niegodziwiec, którego swego czasu Chase miał okazję przyskrzynić. Teraz raz jeszcze musi rzucić się w pościg za arcyłotrem, infiltrując szeregi lokalnego półświatka, robiąc po drodze mnóstwo komicznych i absurdalnych rzeczy, a przy okazji ratując z opresji dawną miłość. Tyle słowem fabularnego wstępu.

Niejednokrotnie wspominałem w swoich recenzjach, że seria LEGO już dawno połknęła własny ogon, mieląc bez opamiętania te same schematy i raz za razem brnąc w identyczne, częstokroć skostniałe mechanizmy rozgrywki (a przy okazji powtarzając ciągle te same wady). Jednak jakimś cudem nadal się to sprzedaje. W moim przeświadczeniu markę ratują nośne licencje i kapitalny humor, będący niejako wizytówką całej serii, bo wszystkie wydarzenia zawsze przedstawia w krzywym zwierciadle, gry nie tyle ślepo naśladują oryginalną historię, co przejaskrawiają ją, niejednokrotnie ośmieszają, serwując ją w skróconym i mocno umownym wydaniu.

Szkopuł w tym, że scenarzyści są w takiej sytuacji uwiązani materiałem źródłowym, do którego nawiązują, a że stosują czasem daleko idące skróty myślowe, całość jest zrozumiała przede wszystkim przez tych, którzy znają dobrze oryginał. Tym razem nie mamy do czynienia z grą na licencji. Nie mielimy tu kolejnej filmowej sagi, więc scenarzystów nie krępowały więzy zapożyczonej historii. Mogli puścić wodze fantazji i podkręcić tempo. Powiedzieć że wyszło im to dobrze to nic nie powiedzieć. Wyszło znakomicie, a historia tym razem naprawdę trzyma się kupy i jest solidnie rozbudowana, nie stając się jedynie zlepkiem przypadkowych scenek.

Czego by o ekipie Traveller’s Tales nie powiedzieć, nigdy nie można było im zarzucić braku poczucia humoru. Jednak to, co udało im się osiągnąć tutaj, bije na głowę wszystkie pozostałe gry studia razem wzięte. Czerpiąc pełnymi garściami z kultowych seriali o gliniarzach, stworzyli istną kopalnią gagów, niekończącą się lawinę żartów pełną klisz i bohaterów typowych dla kina policyjnego i gangsterskiego (choć nie tylko, bo znajdziemy nawet nawiązania do Titanica czy arcygenialny epizod wzorowany na kultowych scenach ze Skazanych na Shawshank; przykłady można wymieniać w nieskończoność). Wyobraźcie sobie Nagą broń i pomnóżcie razy dziesięć. Absurd goni absurd, scenki sytuacyjne potrafią wywołać uśmiech na twarzy nawet największego ponuraka, a kapitalnie napisane dialogi wywołują napady niekontrolowanego śmiechu. Czapki z głów. Jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego co po prostu was rozbawi do łez (a wbrew pozorom nie jest to łatwa sztuka, zwłaszcza w grach), lepszej alternatywy wśród tegorocznych premier raczej nie znajdziecie.

LEGO City wciąga nie tylko z uwagi na naszpikowany gagami scenariusz. To również solidna i uczciwa porcja dobrej rozgrywki, a przy okazji czystej krwi sandbox. Miasto z klocków nie może rzecz jasna konkurować z poważnymi molochami konkurencji, czy to pod względem architektonicznym, czy przestrzeni, którą zajmuje. Nie znaczy to, że jest brzydkie i małe. Mikro-dzielnice (bo każda to tak naprawdę kilka ulic na krzyż) różnią się między sobą zabudową, stylem, a oprócz ścisłego centrum mamy też tereny podmiejskie i sporo rozległych, zamkniętych etapów. Przyczepić się można jedynie do obiektów widocznych na dalszym planie – są lekko rozmyte, więc o podziwianiu panoramy miasta z najwyższego wieżowca można zapomnieć. To znaczy można to robić, ale nieszczególnie jest co podziwiać.

Cieszy natomiast, że miasto tętni życiem i zachęca do wnikliwej eksploracji – czy to wędrując po nim pieszo, czy korzystając z ogromnej bazy pojazdów (obok najrozmaitszych samochodów nie zabrakło łodzi i maszyn latających). Zajrzeć można w każdy kąt i wdrapać się na co trzeci dach, a wszędzie czekają jakieś sekrety, bonusy i dodatkowe atrakcje. Z tego zresztą seria LEGO słynie – oprócz głównego wątku kampanii jest tu prawdziwe zatrzęsienie aktywności pobocznych, otrzymujemy tym samym istny raj dla zbieraczy. Czego tu nie ma – bonusowe postaci do odblokowania, specjalne klocki pozwalające budować rozmaite konstrukcje na terenie całego miasta, wreszcie setki obiektów, z którymi można wejść w interakcję, korzystając z określonej umiejętności. Dodawać chyba nie muszę, że w przeciwieństwie chociażby do gier Ubisoftu, tutaj zbieractwo autentycznie bawi i wciąga.

Pozytywnie mnie zaskoczyło również to, że gra w idealnych proporcjach łączy cechy typowego sandboxa z liniowymi misjami fabularnymi charakterystycznymi dla wszystkich gier z serii LEGO. Te ostatnie nikogo nie zaskoczą – biegamy po etapie, rozwalając klocki i budując nowe konstrukcje, a także rozwiązujemy proste łamigłówki środowiskowe, korzystając przy tym z określonej umiejętności. Z talentami połączone są stroje, więc by na przykład skorzystać z łomu i włamać się do pomieszczenia potrzebne nam ciuchy złodzieja, z kolei tylko strój gliniarza pozwoli zabawić się w detektywa i po śladach dotrzeć do ukrytego przedmiotu. Kapitalne jest to, że praktycznie do samego końca odkrywamy kolejne zdolności, nieustannie uczymy się czegoś nowego, pozyskujemy talent ułatwiający poruszanie się po metropolii bądź odblokowujemy dodatkowy element wpływający na zróżnicowanie tegoż miasta. To sprawia, że zdawałoby się utarte i wyświechtane schematy nie nudzą, bo co chwilę trafiamy na nieznane jeszcze wyzwanie i konieczność skorzystania z odkrytych niedawno sztuczek.

Przyznam szczerze, że po dziesiątkach odgrzewanych kotletów, w których zmieniała się jedynie licencja i paleta dostępnych bohaterów, nie spodziewałem się, że Traveller’s Tales wysmaży danie tak dobre i w gruncie rzeczy świeże, choć przecież złożone ze znanych składników. To nie tylko najbardziej rozbudowana i ambitna gra z duńskimi klockami w nazwie. To zdecydowanie również najlepsza z nich. Marzyło wam się GTA na wesoło, ale odrzucał was rubaszny i przyciężkawy humor Saints Row? A może szukaliście gry w otwartym świecie, przy której dobrze będzie bawić się tak dorosły, jak i dzieciak? Proszę bardzo, dalej nie trzeba szukać, choć jeśli to możliwe, grajcie na konsoli; port PC jest ponoć koncertowo spartolony.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button