PC & KONSOLERECENZJA

Life Goes On

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Życie statystycznego bohatera gry komputerowej na ogół nie jest usłane różami. Ciągłe ratowanie świata, narażanie tyłka i oczywiście nieustanna walka to nieodłączne elementy żywota niemal każdego wirtualnego herosa. Zawsze jednak jest gdzieś kres tej wędrówki, miejsce, w którym czeka na niego księżniczka do uratowania i ostatnia epicka bitwa z ostatnim epickim bossem. Co jednak, jeśli cel będzie błahy i w zasadzie zupełnie nieistotny, a w drodze do niego trzeba będzie uśmiercić nie jednego, a wielu bohaterów? Na tak nietuzinkowy pomysł wpadła ekipa Infinite Monkeys.

W ich debiutanckiej produkcji chodzi właśnie o to, by poświęcić kilku dzielnych wojów dla dobra sprawy. Przykładowo zabić pięciu, by szósty osiągnął cel, niejednokrotnie wdrapując się po trupach poległych kamratów. Celem jest zawsze złoty kielich, do którego należy się dostać, problemem zaś droga do niego, zawsze usiana morderczymi pułapkami. W tym temacie mamy do czynienia z absolutną klasyką – od pił tarczowych i stalowych ostrzy, przez lawę, na palnikach czy zamrażaczach kończąc.

Mapy są niewielkie, ale wraz z postępami rośnie stopień skomplikowania rozstawionych pułapek. Największym problemem jest rozpracowanie sposobu pokonania danej planszy, bo już sama realizacja nie jest szczególnie trudna i na ogół nie trwa dłużej niż minutę czy dwie. Po wykonaniu zadania jesteśmy oceniani – pod uwagę brany jest przede wszystkim czas, w jakim przeszliśmy etap, oraz ilość rycerzy, których uśmierciliśmy po drodze. Oczywiście im mniejsza liczba ofiar na koncie, tym lepiej.

Ktoś zapewne zapyta, po co ich w ogóle zabijać? W tym właśnie tkwi cały sens gry. Nie da się omijać przeszkód, oszczędzając wszystkich, bo mapy tak skonstruowano, że na “jednym życiu” zwyczajnie nie sposób przedrzeć się do pucharu. Przykładowo trzeba obciążyć ogromny przycisk podnoszący platformę w innym miejscu mapy, a do tego świetnie nadają się zwłoki, więc ochoczo rzucamy się na pobliską piłę tarczową, by kolejny wojak mógł ruszyć nowo odblokowanym przejściem. Jednym z najczęściej wykorzystywanych przykładów ofiarności rycerzy są ruchome taśmociągi najeżone kolcami – rzucamy się na szpikulce, by kolejny śmiałek mógł bezpiecznie przejechać dalej, stojąc na podziurawionych zwłokach kolegi.

Dzięki charakterystycznej, nieco karykaturalnej oprawie graficznej (która na pierwszy rzut oka przypomina niezłe The Cave), zawarta w grze przemoc bawi, miast szokować, bo wiemy, że od początku do końca wszystko jest tu mocno niepoważne, nie wyłączając zabawnych animacji biegających, skaczących bądź konających herosów (dodatkowym smaczkiem są losowo generowane i często przekomiczne imiona każdego z nich, które wyświetlane są na głównym ekranie). Sama grafika prezentuje się dość ubogo, ale jest dobrze skrojona pod charakter rozgrywki, a dodatkowo można ją określić mianem czytelnej i nie wymaga specjalnie mocnego komputera.

Life Goes On to stosunkowo skromna i niezobowiązująca produkcja, a brak konkretnej linii fabularnej i niezbyt rozległe mapy czynią z niej tytuł idealny na krótkie, chociażby kilkuminutowe posiedzenia. To również dobra propozycja dla graczy, którzy lubią okazyjnie rozruszać szare komórki, nie mają jednak czasu na bardziej skomplikowane gry logiczne.

Z powyższych względów oraz z uwagi na banalne sterowanie (ograniczające jedynie do poruszania się i skoku), Life Goes On równie dobrze sprawdziłby się na tabletach i smartfonach. Póki co jednak z debiutanckim projektem chłopaków z Infinite Monkeys mogą zmierzyć się jedynie posiadacze komputerów osobistych. Gra do wyrwania już za niespełna 10 euro na Steamie. Myślę, że warto dać jej szansę. Tylko pamiętaj – po trupach do celu!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button