FELIETONPC & KONSOLE

Quo Vadis, Activision Blizzard?

Po miesiącach plotek i rosnącego napięcia, zaledwie kilkadziesiąt godzin po raporcie Bloomberga, w końcu nadszedł dzień sądu. Nie dla wszystkich, ale dla setek osób zatrudnionych w Activision Blizzard, którzy 12.02.2019 odnaleźli się w nowej rzeczywistości, w której nie mieli już pracy. Jednocześnie może to być rzeczywistość zupełnie nowa dla graczy – w końcu Blizzard zawsze był ukochanym studiem, robiącym hitowe produkcje, wokół których zawsze gromadziły się rzesze wiernych fanów. Ostatnie miesiące mogą być jednak końcem Zamieci jaką znamy.

Spośród 9.600 osób zatrudnionych w molochu połączonych Activision Blizzard, pracę straciło aż 8% – czyli niecałe 800 osób. Cięcia dotknęły głównie sztabów PR, marketingowych, działów esportowych, analitycznych i nie tylko – oszczędzone zostały zespoły developerskie, które mają wręcz zostać powiększone i skupić się na tym, co dla Bobby’ego Koticka i inwestorów najważniejsze: robieniu kasy. Pracę straciło mnóstwo osób, a spora część z nich przepracowała w jednej lub drugiej firmie ponad dziesięć lat, jak chociażby Marc Olbertz, czy Robert Taylor.

W tym samym czasie kiedy zwalniane osoby dowiadywały się o swoim losie, Bobby Kotick, CEO Activision Blizzard na spotkaniu z inwestorami ogłaszał, że przychody w 2018 roku były dla firmy rekordowe. I to pomimo, że nie spełniły się niektóre założenia, przez co osiągi finansowe okazały się nieco gorsze niż prognozowano. Z tego też powodu obniżono wstępne oczekiwania na 2019 rok, a straty postanowiono powetować sobie właśnie na ludziach.

Tak, po najlepszym w historii finansowym roku firmy, CEO i spółka zdecydowali się na pozbawienie pracy setek osób. W tym samym roku dyrektorzy firmy nie mieli problemu z przyznawaniem sobie milionowych premii. Logika biznesu jest bezlitosna, powiedzą jedni. Pozbawienie serca i duszy, powiedzą inni wskazując na przykład Satoru Iwaty i szefostwa Nintendo, którzy woleli obciąć sobie pensję niż zwolnić kogokolwiek z załogi. Jeśli chcecie, to możecie przeczytać wiadomość od Allena Bracka od strony Blizzarda lub zapoznać się z raportem dla inwestorów od Activision.

Fakty są takie, że pomimo odrębności obu firm (wspólny jest jedynie zarząd), to w trakcie całego roku 2018 Activision coraz mocniej przejmowało kontrolę nad Blizzardem. Coraz więcej osób z Acti przechodziło do Zamieci i zajmowało wysokie stanowiska, aby mocniej zaciskać pasa oraz wdrażać plany ograniczania wydatków, jednocześnie wymuszając na developerze intensywniejszą pracę. A kiedy plany odejścia z firmy ogłosił Mike Morhaime było jasne, że padła ostatnia zapora, która powstrzymywała zapędy Activision. Mike przez lata dawał opór zarządowi molocha skupionego na dojeniu kasy, a jego odejście sprawiło, że Blizzard zostanie zaprzęgnięty do tej samej monotonnej harówki co inne studia należące do Activision. Sygnał już został dany: gier ma być więcej, mają być lepiej spieniężane , wydawane najlepiej cyklicznie.

via Gamingbolt

Filozofia obu firm jest tak skrajnie przeciwstawna, że w sumie dziw, że dopiero teraz następuje to, co widzimy. Co prawda jest jakaś nikła nadzieja, że Blizzard nie zaniknie pod jarzmem i batami inwestorów. W końcu już raz firma znajdowała się w „złych rękach”, a skoro udało się wykupić z Vivendi, to może uda się i tym razem? Szanse na to są jednak nikłe. Mnie osobiście smuci to dodatkowo, jako fana StarCraft II. Zwróćcie uwagę, że w raportach nie ma w ogóle wspomnienia o najlepszym RTS-ie na rynku, i to pomimo bardzo dobrego roku 2018 i dalszym braku realnej konkurencji w swoim segmencie. Odchudzenie dywizji esportowej, zwolnienie sporej części osób związanych mniej lub bardziej właśnie ze StarCraftem, odejście Mike’a Morhaima (wielkiego wielbiciela serii) – to wszystko maluje bardzo ponury obraz.

Co prawda rok 2019 dopiero się zaczął, rozgrywki esportowe trwają (zarówno WCS, jak i GSL), ale niepokojące sygnały dochodzą z każdej strony. Legendarny już brak komunikacji sprawił, że spora część społeczności bała się, czy tegoroczne rozgrywki esportowe w SC2 w ogóle zostaną ogłoszone – wszyscy mieli w pamięci to, że zaledwie kilka miesięcy temu zabite zostało Heroes of the Storm. Po tygodniach niepewności oraz zapewnień poszczególnych osób ze strony developera, że następny sezon HGC (Heroes Global Challenge) się odbędzie, Blizzard niespodziewanie jednego dnia po prostu ogłosił, że to koniec i tyle. Bez ostrzeżenia, bez dania logicznych racji – zaskoczeni byli zarówno zwykli gracze, jak i zawodowcy i ich zespoły, które o wszystkim dowiedziały się z tej samej suchej notki.

Przyszłość zarówno esportu SC2, jak i samego Blizzarda rysuje się w mrocznych barwach. Owszem, Blizz będzie wydawał gry częściej niż do tej pory – co zapewne jednak odbije się na ich jakości. Ale będąc niemal w całości pod kontrolą Activision, można oczekiwać tylko jednego: chorych ilości DLC i ubijania mało rentownych projektów. SC2 pomimo bycia jednym z najstarszych i renomowanych tytułów esportowych, przeżywający drugą młodość, ze swoimi zyskami jest tak nieistotny w planach Activision, że może zostanie nawet przeoczony przez zarząd. I może to będzie swoiste szczęście w nieszczęściu.

W międzyczasie zwolnienia odbiły się szerokim echem w branży, a coraz więcej osób nawołuje do zbierania się pracowników w grupy/unie (związki zawodowe), aby móc wspólnie chronić się przed tym, co nastąpiło: traktowaniem utalentowanych osób jako zwykłe numerki w tabelkach, którymi można dowolnie manipulować lub wyrzucać. Czy oburzenie zaniknie, jak chociażby przy okazji afery o crunch w Rockstar, czy faktycznie nastąpią jakieś zmiany? Jedynie przyszłość pokaże.

Źródło
Kotaku
Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close