PC & KONSOLERECENZJA

Shardlight

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Wadjet Eye Games… Ta nazwa wystarczyła, bym z miejsca wpisała Shardlight na listę najbardziej oczekiwanych tytułów. Amerykański producent i wydawca, którego specjalizację stanowią przygodówki retro, niejednokrotnie przekonał mnie, że zna się na rzeczy, racząc graczy choćby swoim flagowym cyklem Blackwell. Z kolei wieść, iż tym razem otrzymamy opowieść w klimatach postapo, jeszcze mocniej podsyciła mój apetyt. Jako miłośniczka „Drogi” Cormaca McCarthy’ego i innych, zbliżonych tematycznie historii, musiałam sięgnąć po Shardlight. Tym bardziej więc cieszę się, że było warto.

Akcja produkcji startuje w roku 2072, kiedy to mija 20 lat od momentu wyznaczającego koniec znanego nam świata. Shardlight przybliża graczom ponurą wizję przyszłości, w której wojna nuklearna dokonała katastrofalnych w skutkach zniszczeń. Co prawda na zgliszczach dawnej cywilizacji uformował się nowy porządek, lecz nie da się ukryć, iż nadszedł bardzo trudny okres. Ludziom brakuje wody i żywności, a na domiar złego, obfite plony zbiera tajemnicza, śmiertelna choroba o nazwie Green Lung (Zielone Płuca). Władza spoczywa w rękach enigmatycznych Arystokratów, gorliwie strzegących niezbędnych do życia zasobów. Najlżej mają nieliczne elity społeczne, które w zamian za poparcie dla rządu otrzymują pewne przywileje. Jednym z tych przywilejów jest bezproblemowy dostęp do szczepionki, której regularne dawki powstrzymują dalszy rozwój choroby.

Można by z przekąsem powiedzieć, że niektóre rzeczy pozostały bez zmian. Wszak bogatemu z reguły lepiej niż komuś, kto liczy się z każdym groszem. Bardziej adekwatne jest jednak stwierdzenie, iż nowe warunki uwypukliły klasowe różnice. Przeważającej liczebnie biedocie nie pozostaje nic innego jak tylko próbować przetrwać wbrew przeciwnościom losu. Teoretycznie ludzie z niższych warstw społecznych też mogą otrzymać szczepionkę, ale w ich przypadku to dosłownie loteria. Jeżeli podejmą się niezbyt wdzięcznych prac, w nagrodę dostaną… kupon, który uprawnia do wzięcia udziału w losowaniu. Jedną z takich osób jest główna i zarazem grywalna bohaterka Shardlight – Amy Wellard. Młoda kobieta na co dzień trudni się fachem mechanika samochodowego, lecz pierwsze symptomy choroby zmuszają ją do złapania dodatkowej roboty, by mieć swoją szansę na wygranie leczniczego serum. Ta właśnie decyzja sprawi, że losy dziewczyny splotą się z grupą lokalnych rebeliantów.

Postapokaliptyczną dystopię, jaką proponuje nam Wadjet Eye Games, utkano z wykorzystaniem popularnych wątków, czego w sumie nie dało się uniknąć z racji modnej, a tym samym dość wyeksploatowanej tematyki. Mimo wszystko twórcy zdołali przyrządzić wyśmienitą i angażującą całość, która równocześnie posiada własną tożsamość. W trakcie naszej wędrówki będziemy regularnie widywać zielone szkiełka uranowe, skąd, tak na marginesie, wziął się tytuł przygodówki. Nie odgrywają one kluczowej roli w scenariuszu, ale stanowią nieodłączny element zwiedzanego uniwersum, służąc za źródło sztucznego światła. Jeszcze ciekawiej wypadają Arystokraci, którzy, wraz ze swoimi gwardzistami, noszą stroje żywcem wyjęte z podręczników do historii. Prócz wcześniej wspomnianego ruchu oporu, w okolicy działają także wyznawcy pewnego kultu. Istnienie tego stronnictwa znakomicie oddaje ducha mrocznych czasów, gdy pogrążeni w nędzy i rozpaczy ludzie zwracają się ku przesądom.

Fabuła Shardlight na ogół sunie raczej niespiesznym rytmem, lecz bynajmniej mi to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie – spokojnie chłonęłam wydobywający się zewsząd klimat. Ten przygnębiający świat ma w sobie coś fascynującego, nie pozwalającego odejść od monitora. W niezależnej produkcji można dostrzec brak twardego podziału na czarne i białe, co mnie osobiście przypadło do gustu. Niby sympatie odbiorcy kierowane są w pewne rejony, ale znalazło się tutaj miejsce dla odcieni szarości. Co więcej, w taką konwencję świetnie wpisują się wiarygodnie nakreślone postacie. Weźmy dla przykładu Tiberiusa, który pełni funkcję naczelnego czarnego charakteru. Pomimo takiej roli w scenariuszu, przewidziano dla mężczyzny kilka logicznych powodów, argumentujących jego autorytarne postępowanie. Z kolei Amy to typ silnej i wzbudzającej sympatię bohaterki, aczkolwiek nie nazwałabym dziewczyny klasyczną heroiną. Jej poczynaniami kieruje nie tyle chęć zbawienia świata, co ratowania siebie, plus najbliższych osób. Szkoda tylko, że końcówka nieco zaburza korowód fabularnych zalet. Nie powiem, by finał zawiódł na całej linii, po prostu pozostawił mnie z lekkim niedosytem zamiast podnieść atmosferę do zenitu. W efekcie nie potrafiłam odeprzeć od siebie wrażenia, że zrobiono go ciut powierzchownie, by jakoś usprawiedliwić konieczność podjęcia decyzji, rzutującej na przebieg ostatnich minut gry.

Kto miał styczność z tytułami sygnowanymi przez Wadjet Eye Games, ten poczuje się jak w domu, biorąc pod uwagę to, co Shardlight oferuje nam od strony technicznej. Sterowanie przy pomocy myszki jest przystępne i zgodne z przyjętymi w point and clickach normami. Prawy przycisk gryzonia służy do oglądania osób oraz rzeczy, podczas gdy lewemu przypada większość kluczowych akcji, czyli przemieszczanie naszej podopiecznej, rozmowy z NPC-ami, a także zbieranie i używanie przedmiotów. Wzorem A Golden Wake czy serii Blackwell, ekwipunek umiejscowiono w górnej części ekranu. Zazwyczaj inwentarz czai się w ukryciu, ale wystarczy skierować kursor w odpowiedni rejon i voilà – pasek zostaje elegancko wysunięty. Mnie taka interfejsowa konsekwencja absolutnie nie przeszkadza, bo po co kombinować przy sprawdzonych patentach? Akurat klasyczne przygodówki specjalnie tego nie potrzebują. Swoją drogą, w gatunkowe tradycje wpisuje się nawet kusza, z której niejeden raz przyjdzie nam skorzystać. Choć sięgnięcie po broń skutkuje ujrzeniem celowniczka, używamy jej jak każdego innego rekwizytu z ekwipunku.

Innymi słowy, jeśli pomyśleliście o Shardlight jako o klasycznej przygodowej rozgrywce, to jak najbardziej dobry trop. W grze zajmiemy się skrupulatną eksploracją środowiska, konwersacjami oraz rozwiązywaniem zagadek – głównie inwentarzowych, ale trafimy też na parę łamigłówek. Postawione przed graczem wyzwania nie należą do przesadnie skomplikowanych, ale też nie można nazwać ich banalnymi. Przede wszystkim trzeba uważnie śledzić rozmowy i dokładnie przyglądać się otoczeniu, zwłaszcza, że nie uświadczymy nowoczesnych udogodnień w stylu podświetlania hotspotów. Co istotne, poszczególne zadania nie wydają się upchnięte na siłę, lecz dostosowane do fabuły oraz realiów przedstawionego świata. Jako przykład przytoczę zagadkę, która wymaga m.in. chwycenia za kredę w celu odkrycia pewnej wskazówki. Owszem, trochę się wtedy zacięłam i zirytowałam. Gdy jednak zaliczyłam ten fragment, stwierdziłam, że to naprawdę sensowny pomysł. Zadowolił mnie również czas rozgrywki, gdyż do finału dobrnęłam po około dziesięciu godzinach, nie gnając przy tym na złamanie karku.

Audiowizualna warstwa gry buduje sugestywną atmosferę już na etapie głównego menu, witając nas oszczędną i refleksyjną melodią, odłamkami zielonego szkła oraz czerwonookim krukiem na tle zdewastowanej scenerii. Nowa rozgrywka rozpoczyna się od męskiego głosu zza kadru, w którym słusznie słychać rozgoryczenie. A skoro zahaczyłam o voice acting, nie wypada mi przemilczeć faktu, iż stoi on na wysokim poziomie. To samo dotyczy muzyki, którą idealnie dopasowano do odwiedzanych miejsc i ukazanych na ekranie wydarzeń. Co do grafiki, Wadjet Eye Games nie porzuciło swoich przyzwyczajeń w tej dziedzinie, serwując graczom oprawę w stylu retro. Dodam, że zobaczymy pixel art najwyższej próby. Lokacje są odpowiednio zróżnicowane i bardzo klimatyczne, a wykonano je z ogromną dbałością o szczegóły. Jak na ironię, przywiązanie do detali okazało się też malutkim przekleństwem, ponieważ połączenie pietyzmu z niską rozdzielczością sporadycznie utrudniało mi dostrzeżenie aktywnych punktów na planszach. Na szczęście takich sytuacji nie było wiele.

Shardlight jest bez wątpienia jednym z najlepszych projektów ze stajni Wadjet Eye Games, w moim prywatnym rankingu plasując się tuż obok ostatniej części sagi Blackwell – Epiphany. Gra kusi dojrzałą i wciągającą fabułą, a także klimatem, który wprost wylewa się z ekranu. Nie ukrywam, że mam wielką słabość do postapokaliptycznych historii, a na tym polu perypetie Amy Wellard mnie nie zawiodły. Tak samo stało się z nadziejami, jakie wiązałam z gamplayem. Nie potrafię odmówić sobie poświęcania czasu tradycyjnym point and clickom, a Shardlight godnie reprezentuje ten gatunek. Mówiąc krótko – zagrajcie, a nie pożałujecie.


  • Wciągająca historia
  • Kapitalny klimat
  • Intrygujące uniwersum
  • Niebanalni bohaterowie
  • Rozgrywka w zgodzie z fabułą i przygodówkowymi tradycjami
  • Satysfakcjonujący czas rozgrywki
  • Nastrojowa oprawa wizualna
  • Profesjonalne udźwiękowienie
  • Liczyłam na ociupinkę lepszy finał
  • Kilka razy miałam drobny kłopot z zauważeniem aktywnego punktu na planszy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button