FILMYRECENZJA

STAR WARS: THE RISE OF SKYWALKER – dobry film, ale nie dla wszystkich

Ho ho ho! Wesołych Gwiezdnych Wojen! Kogo obchodzi Gwiazdka i Nowy Rok, kiedy można pójść w końcu do kina i obejrzeć dziewiątą część tej znanej przez wszystkich Sagi. Czy jednak J.J. Abrams był w stanie zmazać niezbyt dobry posmak porażki, którą wsławił się Rian Johnson i jego “Last Jedi”?

Jasna Strona czuwa – na tą chwilę wkraczasz do “Spoiler free Zone” 😉

Typowy film J.J. Abramsa

Fanom tego pana nie muszę tłumaczyć o co chodzi, ale nie zaznajomionym z tematem już wyjaśniam. Abrams jak każdy inny reżyser ma swój własny specyficzny styl, z czego tutaj od razu mogę wymienić specyficzną kamerę przejeżdżającą wokół bohaterów, wartką i postępującą po sobie akcję za akcją, zabawne “one liner’y” i tony nostalgii. Niestety zabiegi te, które jednym pasują i czują się z nimi w porządku, dla innych mogą być czymś niedopuszczalnym. Jeśli więc komuś nie podobało się “The Force Awakens” i uważał, że film ten zbyt mocno zszedł ze ścieżki prawidłowych “Star Wars”, to nie ma czego tutaj szukać.

Niestety właśnie też z tego powodu, patrząc na Disney’owską trylogię jako całość, można zauważyć niejaką fabularną “wojnę”. Dziewiąta część “Gwiezdnych Wojen” stara się naprawić i zanegować część zdarzeń ukazanych w “The Last Jedi”, który to z kolei stworzony przez Rian’a Johnson’a zmieniał mocno wątki podjęte w “The Force Awakenes”. Tym filmom zdecydowanie przydałaby się jednolita wizja oraz Mistrz Lore (patrzę na ciebie Kathleen Kennedy), czuwający nad reżyserami i ich wersjami scenariusza.

Najnowsze “Star Warsy” nie wypadają jednak w kwestii fabuły aż tak źle – oprócz ostatnich minut, nie miałem co do niej zbyt wielu zastrzeżeń, choć jak już wcześniej wspomniałem akcja zazwyczaj nie ma czasu żeby zatrzymać się gdzieś na dłuższą chwilę (więcej o fabule w sekcji “spojlerów”).

Powrót epickiej przygody

No dobrze, ale co jeszcze ciekawego można znaleźć oglądając “The Rise of Skywalker”? Na pewno coś co bardzo lubiłem już w siódmej części – efekty CGI mieszające się z prawdziwie stworzonymi modelami kosmitów i miejsc. Kto zna “prequele” ten wie, że co za wiele komputerowo stworzonego świata to niezdrowo, odejmuje to filmowi niejako “wiarygodności”. Po stronie plusów można także zapisać Moc – jest ona nadal efektowna i wręcz namacalna, czuć że postacie jej naprawdę używają, w płynniejszy sposób niż to miało miejsce w poprzednich trylogiach.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też epickiej i porywającej orkiestrowej muzyki, która musi nadążyć za galopującą fabułą i robi to oczywiście bardzo dobrze.

Czy jest to film godny polecenia? Ja bawiłem się całkiem nieźle, nie oczekując przy tym zbyt wiele. Jedno jest pewne, zdania dotyczące tej produkcji są mocno podzielone:

Krytycy swoje, a widzowie mają jednak inną opinię…




Ciemna Strona w tym miejscu jest silna – tutaj zaczyna się Spoilerowy kącik







Pięć minut (prawie) dla każdego

Dlaczego prawie? Ktoś w dziale “Wysłuchiwania Narzekań Fanów” musiał dojść do wniosku, że postać Rose (Kelly Marie Tran) jest popularna tak samo jak Jar Jar Binks, więc w kolejnej odsłonie dostała mniej więcej tyle samo czasu ekranowego co on w “Attack of the Clones”, czyli niewiele. Na pewno osoby lubiące tą postać, będą w tym momencie mocno zawiedzione. Co jednak z resztą gangu? Oczywiście wątek Rey i Kylo Rena jest tym wiodącym, ale film pozwala nam się przyjrzeć także innym postaciom – na jaw wychodzi, że Poe Dameron (Oscar Isaac) był w przeszłości przemytnikiem przyprawy, za to Finn (John Boyega) dowiaduje się, że istnieją również inni dezerterzy z organizacji “First Order”. Poza tym postać grana przez John’a Boyegę prawdopodobnie jest związana z Mocą, chociaż nie zostało to w filmie do końca rozwiązane. Produkcja ta ma nawet nieco czasu na przedstawienie nowych postaci pobocznych (Jannah, Zori Bliss).

Pora jednak na główny wątek – Imperator “żyje”, Snoke był klonem, Rey to wnuczka Palpatine’a/Dartha Sidiousa, a Kylo znowu chodzi groźnie w naprawionej masce ze swoim własnym Boysban… ekhm, Rycerzami Ren. Zaskoczeni takim obrotem wydarzeń? Ja za to nie, J.J. Abrams wraca do opowiadania epickiej historii, którą to chciał uziemić Rian Johnson. Moim zdaniem to tak jakby do Władcy Pierścieni nagle portalem przeniósł się Wiedźmin, zarąbał mieczem połowę bohaterów/potworów/Golluma, zawrócił w głowie Arwenie i Galadrieli, a potem wrócił do siebie i teraz fabularnie trzeba to jakoś wszystko dokończyć.

Niestety odbija się to na samym Imperatorze (Ian McDiarmid), którego jestem wielkim fanem – w oryginalnej trylogii nie pojawiał się on zbyt często, a pomimo tego był bardzo wiarygodnym “ostatecznym bossem poziomu”(nie wspominając już o świetnym przedstawieniu w prequelach, bo tam czasu antenowego Darth Sidious miał znacznie więcej). Za to w “The Rise of Skywalker” wygląda to tak jakby wyciągnięto go nagle z kapelusza, a jego plan powstania do końca z martwych i ostateczna śmierć pozostawia wiele do życzenia (chociaż Czarna Msza Sithów była całkiem niezła). Czuć zmarnowany potencjał, jego pojawienie się jako “Mroczny Force Ghost” w “The Last Jedi” miałoby dla mnie większy sens niż to co ostatecznie dostaliśmy.

Trochę nowego, trochę starego

Na szczęście wątek Kylo Rena/Bena Solo (Adam Driver) i Rey (Daisy Ridley) jest tutaj najmocniejszą stroną. Połączenie obu postaci jest z czasem coraz silniejsze, potrafią używać Mocy do rzeczy (teleportacja przedmiotów, leczenie), które do tej pory nie były pokazywane w żadnym innym z filmów. Ile w końcu można patrzeć na zdalne duszenie i obrzucanie się kamieniami/sprzętem RTV/AGD. 😉 Potyczki, dialogi i potem współpracę Rey – Kylo ogląda się całkiem przyjemnie, odkupienie Bena Solo na Jasną Stronę było do przewidzenia, a o końcowym pocałunku (okazuje się że obie postacie łączy coś więcej niż Moc i przyjaźń) nie mam żadnego zdania, ani mnie on nie grzeje, ani ziębi – ot jest.

Stara Gwardia też jednak daje radę – księżniczka Leia (Carrie Fisher) została wg mnie potraktowana całkiem dobrze (biorąc pod uwagę, że aktorka zmarła jakiś czas temu). Zastajemy ją na ekranie kiedy instruuje Rey w treningu Jedi, reżyser pokusił się nawet na małą scenę z przeszłości w której to odbywa szkolenie Jedi razem z Lukiem (ale twarz CGI nadal im nie wychodzi), co teraz całkiem dobrze współgra z często krytykowaną przez fanów sceną z ósmej części. Jej filmowa śmierć także jest ukazana całkiem nieźle.

Pod formą “ducha” powraca Luke Skywalker (Mark Hamill) – teraz bardziej przypominający swoją młodszą, wierzącą w odkupienie każdego grzesznika wersję. Instruuje i pomaga Rey niczym Obi-Wan Kenobi, w chwili jej największego zwątpienia – jest to dobra odmiana, zmazująca pewną scenę picia mleka z “Last Jedi” w moim umyśle…

Na wspomnienie zasługują też Lando Carlissian (Billy Dee Williams) z bardzo epizodyczną rolą, C3PO (bez Anthon’a Daniels’a grającego go przez wszystkie 9 filmów Sagi, nie byłby to ten sam robot) i jego rola tłumacza, a także ku zaskoczeniu Han Solo (Harrison Ford). Pojawia się on w postaci majaków Kylo Rena i chociaż scena ta była dla mnie na początku lekko dezorientująca, to ostatecznie można ją uznać za całkiem udaną.

Nie można zapomnieć o pewnym kudłatym jegomościu – Chewbacca to niejako pełne empatii serce nowego zespołu… no i w końcu dostał swój medal. 😀

Po tylu latach… 😀

Co przyniesie przyszłość?

To pytanie może zadawać sobie teraz każdy kogo obchodzi los “Gwiezdnych Wojen”. Plotki głoszą, że Disney odejdzie od formuły trylogii. I jak dla mnie bardzo dobrze, może skończy się to tak jak z produkcjami Universum Marvela – osobne historie dla poszczególnych postaci i potem jeden czy dwa “wspólne”.

Dla spragnionych “dobrych” “Gwiezdnych Wojen” pozostaje także serial “The Mandalorian” – z oryginalną historią, usytuowaną pięć lat po pokonaniu Imperatora w filmowej szóstej części.

Niech Moc będzie z Wami!

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close