PC & KONSOLERECENZJA

Street Fighter V

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Szaleńczo grywalna i bezczelnie okrojona. Mająca swój unikalny styl, a jednocześnie na każdym kroku nawiązująca do genialnej poprzedniczki. Gra, od której nie sposób się oderwać, a na myśl o tym, co szykuje nam Capcom w nadchodzących miesiącach, gęba sama się śmieje. Niestety portfel nie podziela już tego entuzjazmu, bo to bardziej świetnie rokująca perspektywa genialnej gry niż jej pełna, ostateczna wersja.

Nim jednak przejdziemy do dziwnej polityki wydawniczej japońskiego giganta, wypadałoby nakreślić kilka słów o samej rozgrywce. Warto powiedzieć już na starcie, że Street Fighter V to wyraźny ukłon w stronę nowicjuszy. O ile “czwórka” (szczególnie w wydaniu Ultra) miała piekielnie wysoki próg wejścia, tak w najnowszej odsłonie świeżaki w końcu znajdą coś dla siebie. Mechanikę, choć w oczywisty sposób wzorowaną na tym, co dobrze znamy, tak skrojono, że jest znacznie prostsza na starcie (między innymi dzięki większym marginesom błędu, łatwiej również kontrować i czesać niektóre combosy), ale diabelnie wymagająca na dalszych etapach ogrywania. W końcu osiągnięto złoty środek, bo system wydaje się perfekcyjny zarówno dla nowicjuszy, jak i starych wymiataczy, a samo doskonalenie i szlifowanie umiejętności jest czystą przyjemnością.

Niestety, za grubo ponad dwie stówy (w wersji na PS4, bo taką dostaliśmy do testów), a więc za pełnoprawną cenę pierwszoligowego tytułu, otrzymujemy tytuł okrojony do granic przyzwoitości. Zastanawiam się, czy po akcjach w stylu “damy wam milion dodatków w przepustce sezonowej, w tym misje wycięte z głównej kampanii”, nie mamy już do czynienia z kolejnym poziomem bezczelności ze strony wydawców. Czego więc zabrakło? Cóż, w bijatyce – poza samym modelem walki – najważniejszy jest wachlarz dostępnych wojowników. Grupa startowa w przypadku SFV to dobry zgrany team, ale okazuje się stosunkowo ubogi względem tego, co dopiero ma pojawić się w przyszłości. Na dzień dobry otrzymujemy więc szesnastu zawodników, z czego większość to starzy znajomi; w rzeczonym składzie tylko cztery postaci to zupełnie nowe twarze. Kolejni wojownicy debiutować będą oczywiście w ramach zapowiedzianych rozszerzeń, co całkiem słusznie wywołuje grymas niezadowolenia u większości graczy.

Powyższe można by jeszcze przełknąć – ostatecznie taki Mortal Kombat X również zalał nas istną powodzią DLC z bonusowymi postaciami. Znacznie większym nieporozumieniem jest natomiast brak klasycznego trybu Arcade. Tak, dobrze czytacie. Jeśli wywalicie na jedną grę niemal trzy bilety Narodowego Banku Polskiego z wizerunkiem króla Jagiełły, a preferujecie starcia ze sztuczną inteligencją, to cóż, macie strasznego pecha, bo właśnie wywaliliście forsę w błoto. Was w premierowym wydaniu zainteresować może jedynie tryb Przetrwania polegający na jak najdłuższym utrzymaniu się na nogach na jednym pasku życia. Po każdej walce wybieramy jakiś bonus ułatwiający przetrwanie, te jednak odejmują punkty z naszej puli, więc trzeba wybierać rozsądnie, planując strategię i “zakupy” na trzy walki do przodu, bo może się okazać, że w najbardziej kryzysowym momencie zabraknie nam punktów na najważniejsze i najdroższe ulepszenie, czyli regenerację zdrowia.

I to w zasadzie byłoby na tyle w temacie singla, ponieważ grę wykastrowano również z rozwiniętej kampanii fabularnej, zostawiając marny substytut w postaci 2-3 starć na niskim poziomie trudności, które dodatkowo okraszono kilkoma przeciętnymi grafikami i dialogami pisanymi na kolanie. Oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną, czy takie wynalazki jak Story Mode w bijatykach w ogóle są potrzebne, ostatecznie historia w mordoklepkach z reguły bywa idiotyczna, a w najlepszym razie mocno naciągana. Nie zmienia to jednak faktu, że to kolejny cios wymierzony w singlowców, którzy nie kupują bijatyk wyłącznie po to, by naparzać się z innymi w sieci. Co ciekawe, Capcom najwyraźniej jest tego świadom i ponoć pełnoprawny tryb fabularny otrzymamy w ramach jednej z późniejszych aktualizacji. Paranoja.

Trzeba sobie jasno powiedzieć – na chwilę obecną SFV to gra stworzona z myślą o rozgrywkach sieciowych. Można klepać się po pyskach amatorsko lub spróbować swych sił w rozgrywkach rankingowych, jest również możliwość spotkania się z własną ekipą w Salonie Walk, gdzie ustalimy własne reguły i zasady potyczek. Zdeklarowani singlowcy na razie nie mają tu czego szukać. Co prawda ten stan ma ulec zmianie wraz z kolejnymi rozszerzeniami (w menu figuruje między innymi tryb wyzwań, choć na razie jest on oczywiście nieaktywny), ale niesmak pozostaje.

Mieszane uczucia wywołuje również wewnętrzny sklepik. Twórcy wprowadzili wirtualną walutę zdobywaną w grze za kolejne zwycięstwa. Tym razem nie będzie to zbędna pierdółka pozwalająca inwestować w nowe, nikomu niepotrzebne fatałaszki (choć i tego nie zabraknie). Za zebraną mamonę będzie można w przyszłości odblokować między innymi nowych zawodników. Wydawałoby się, że osoby decyzyjne w szeregach wydawcy zachowały resztki przyzwoitości i nie każą nam bulić dwa razy za to samo, prawda? Cóż, i tak, i nie, bo ceny mają być ustawione na tak absurdalnym poziomie, że większość graczy złakniona nowej zawartości prędzej wykupi ewentualne dodatki za realną mamonę, niż będzie ciułała wirtualne drobniaki w nieskończoność. Drobnym minusem jest również fakt, że punkty wspomnianej waluty nabijamy tylko będąc stale podłączonym do sieci.

“Piątka” wprowadza również drobne zmiany w oprawie. Różnie w grafice nie są może rewolucyjne, ale z pewnością widoczne gołym okiem. Mimo iż sylwetki wojowników wykonano w pełnym 3D, nadal poruszamy się w jednej płaszczyźnie, całość zaś przypomina przekoloryzowany, efektowny film animowany. Komiksowa estetyka, która cechowała część czwartą, tu jest jeszcze bardziej widoczna, co zaliczam grze na plus. Szczególnie pięknie wygląda to wszystko w ruchu – stałe 60 klatek na sekundę, ultrapłynne i dopracowane animacje fenomenalnie zaprojektowanych wojowników, oraz żywe, pełne detali plansze. Coś niesamowitego.

Jak się rzekło, Street Fighter V to gra trudna w ocenie. Owszem, pod względem mechaniki, oprawy i wykonania poszczególnych składowych to bezsprzecznie pierwsza liga mordobić, ale samą zawartość tak bardzo okrojono, że na obecnym etapie inwestujemy bardziej w obietnice i gorące zapewnienia developera, niż rzeczywisty, skończony produkt. To tak, jakbyście musieli wybulić konkretną kasę za demo, licząc, że twórcy wywiążą się z obietnic i z czasem dorzucą do puli pozostałe elementy, które w każdej innej bijatyce są nierozerwalną częścią podstawowej zawartości. Stąd też taka, a nie inna ocena. Myślę jednak, że za kilka miesięcy spokojnie będzie można podnieść ją co najmniej o dwa oczka.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button