PC & KONSOLERECENZJA

Syndrome

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Mam pomysł na horror w klimatach sci-fi! Wezmę odrobinę Somy, doprawię szczyptą System Shocka 2, a odpowiednio zmiksowane danie skropię jeszcze filtrami i lekkim klimatem retro, które tak dobrze zagrały w Alien: Isolation. Przepis na hiciora gotowy, sukces murowany. W końcu co mogło pójść nie tak?

Cóż, praktycznie wszystko. Ale po kolei. Inspiracje twórców są tyleż oczywiste, co zbyt ambitne – jedno i drugie widzimy i czujemy już od pierwszych sekund przygody. Dysponując skromnym budżetem i niewielkim bagażem doświadczenia porwali się na stworzenie tytułu, który z wymienionych we wstępie produkcji czerpie garściami, ale w żadnym momencie nie może stanąć z nimi w szranki jak równy z równym. Tym niemniej doceniam, że chęci były spore, zaznaczyć też muszę, że wbrew wydźwiękowi tego tekstu, Syndrome nie okazał się totalną porażką. Niestety nie jest też niczym więcej niż przeciętniakiem, miejscami niedopracowanym i co gorsza ździebko nudnym, co już w przypadku horroru jest wadą dość dużego kalibru.

Syndrome nie tyle bawi się kliszami, co je bezmyślnie kopiuje od lepszych i bardziej przemyślanych produkcji. W końcu nic tak nie przeraża, jak nieznany wróg i znaki zapytania mnożące się jak grzyby po deszczu. Gdzie jestem, co się u diabła tu stało, dlaczego ten robot dziwnie na mnie patrzy, i czemu u licha na każdym kroku potykam się o ciała członków załogi?

Wyobraźcie sobie jakiegoś losowego bohatera, z gęby i nazwiska podobny zupełnie do nikogo. Wsadźmy go do kapsuły kriogenicznej i załadujmy na zapomniany przez Boga statek kosmiczny, na pokładzie którego coś poszło mocno nie tak. Następnie obudźmy dziada, zaserwujmy mu pogrążone w mrokach korytarze, rozświetlane okazjonalnie snopami iskier, które będą się obficie sypały z uszkodzonych instalacji. Widzicie już ten schematyzm? Proste jest piękne, chciałoby się rzec, w końcu tyle razy już się sprawdziło. A i owszem, choć utarte wzorce maglowane na milion sposobów okazują się również upiornie nudne, jeśli z tej podręcznikowej sztampy nie zdołamy wykrzesać dodatkowo choć krztyny oryginalności. Tutaj o jakiejkolwiek oryginalności mowy być nie może, od początku gra żongluje kliszami i nawet na moment nie próbuje udawać, że trzyma w zanadrzu jakiegoś asa w rękawie.

Łazimy z kąta w kąt, klikamy na kolejnych panelach, by odblokować drzwi, włączyć zasilanie lub jakieś ważne ustrojstwo, a przy okazji wysłuchujemy sprzecznych komunikatów od załogantów, którzy przeżyli, i czytamy rozrzucone po kątach notatki. Syndrome to jednak nie tylko eksploracja. Z czasem równie istotna okazuje się walka. Walka ze średnio przerażającym (i fatalnie animowanym, ale mniejsza już o to) przeciwnikiem, bo w przeciwieństwie do takiej Somy, można z napotkanymi maszkaronami walczyć, choć nie zawsze jest czym – “deficyt amunicji” to słowa kluczowe. Dlatego każdy nasz ruch trzeba planować rozsądnie (wszak to survival), a w miarę możliwości zagrożenia najlepiej unikać.

Niestety żadna z powyższych czynności nie jest absorbująca na dłużej, a powtarzalne i ciemne wnętrza bazy usypiają naszą czujność, miast ją stawiać do pionu. Zachodzi zresztą podejrzenie, że są ciemne nie tyle z chęci stopniowania napięcia, co potrzeby zatuszowania niedostatków graficznych. Co gorsza, mimo wizualnego ascetyzmu, gra ma nieprzyjemne tendencje do łapania zadyszki nawet na stosunkowo mocnych maszynach. Na tym tle dość dobrze wypada oprawa dźwiękowa – odpowiednio stonowana i subtelna, jak na horror przystało.

I jeszcze na sam koniec słów kilka pod adresem polskiej wersji językowej. Nie mam bladego pojęcia, kto wam, panowie, szykował do niej napisy, ale po pierwsze wysłałbym go z powrotem do podstawówki, bo średnio ogarnięty dziesięciolatek zrobiłby to lepiej, po wtóre postawił przed sądem za pójście na łatwiznę i przetłumaczenie wszystkich kwestii z angielskiego na nasz za pomocą google translatora. Innego wyjaśnienia po prostu nie znajduję, bo tak wykoślawionej i nasączonej bykami polonizacji nie pamiętają nawet stare gierki ze Stadionu Dziesięciolecia, piracone i tłumaczone przez rezolutnych handlarzy zza Buga. Żenada, po prostu żenada.

I żeby nie było, że tylko psioczę i marudzę. Oczywiście gra ma momenty, a chwilami buduje niezły klimat, ale są to bardzo nieśmiałe przebłyski. Może zabrakło pomysłów, trudno powiedzieć, na pewno jednak niewystarczający okazał się budżet, by tchnąć w projekt nieco rozmachu i nadać rozgrywce należytego tempa. Syndrome traktuję jak rozgrzewkę (dość drogą, dodajmy, bo wycenioną na nieco ponad 20 euro), bo pokazuje, że ekipę stać na więcej i przy odrobinie samozaparcia mogliby na rynku indie horrorów sporo namieszać. Niestety jeszcze nie teraz, nie za sprawą tej produkcji.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close