PC & KONSOLERECENZJA

The Walking Dead: Season Two – Amid the Ruins

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Trzeba kogoś pilnować lub śledzić? Clem się nada. A może narobić hałasu i odciągnąć uwagę szwendaczy? Z tym też sobie dziewczyna poradzi. Podobnie zresztą, gdy trzeba będzie opiekować się ciężarną, odrąbać komuś zarażoną rękę, sprzedać liścia przestraszonej nastolatce albo podjąć istotną decyzję, która odciśnie się palącym piętnem na losach całej grupy. Znacie Clementine? Pewnie tak, bo to specjalistka od wszystkiego, która z odcinka na odcinek wyrasta na coraz większego twardziela, mimo że wzrostem nadal tylko trochę przewyższa przeciętnego krasnala ogrodowego.

Tak, wiem, taki obrót sprawy był oczywisty od samego początku, gdy tylko scenarzyści podjęli decyzję, by w głównej roli obsadzić nastolatkę. Niemniej jednak wciąż wydaje mi się to dziwne, by najmłodszy członek grupy, w której dominują przecież dorośli faceci, raz za razem był wykorzystywany i robił za pomocnika do wszystkiego. Po prostu logicznie mi się to nie klei, a przecież wiarygodna historia odgrywa w The Walking Dead kluczową, podstawową rolę.

To na szczęście jedyne poważne zastrzeżenie pod adresem fabuły czwartego epizodu, sama historia bowiem, choć początkowo usypia naszą czujność, w trakcie ostatnich trzydziestu minut opowieści uderza z siłą rozpędzonego ekspresu Warszawa-Kraków. Jest solidnie, a finał kończy się piekielnie dramatycznym cliffhangerem, chyba najlepszym, jaki udało się twórcom sprzedać w tym sezonie. Wydaje się, że teraz Telltale Games ma już z górki – wystarczy nie zdejmować nogi z gazu i utrzymać tempo na ostatniej prostej.

W Amid the Ruins w glorii i chwale powracają truposze. Poprzednio zeszły nieco na dalszy plan, gdyż scenarzyści za wszelką cenę próbowali udowodnić, że to właśnie w ocalałych znaleźć można największe potwory, dopiero inny człowiek może okazać się naprawdę niebezpieczny. Carvera, największego bad guy’a już jednak nie ma, ekipa, choć osłabiona i solidnie przerzedzona, trafia na nowy grunt, gdzie próbuje zebrać siły i jakoś poskładać się do kupy. Oczywiście wybuchają kolejne konflikty i nieporozumienia, ktoś ma komuś coś za złe, ktoś obwinia kogoś o czyjąś śmierć.

Nihil novi. Taka już jest szara smutna rzeczywistość w świecie całkowicie pozbawionym nadziei, czynnych całodobowo supermarketów i sitcomów nadawanych w popołudniowym paśmie. Mimo wszystko chwilowo znika zagrożenie ze strony żyjących, za to raz za razem przyjdzie nam wbijać ostrze toporka w nadgnite czerepy. Sekwencji quick time events z udziałem zombiaków jest przez to znacznie więcej, niż w poprzednich odcinkach, co pozwoliło nieco zdynamizować tempo zabawy, a tym samym urozmaicić przestoje fabularne i przydługie dysputy bohaterów.

Jeśli mam być szczery, ździebko zawiodły mnie również wybory moralne. Nic nie mam do ich ciężaru gatunkowego – kilka jest naprawdę “mocnych” i wymagających ekspresowego rachunku sumienia. Szkopuł w tym, że z ciekawości sprawdziłem alternatywne rozwiązania i cała piękna iluzja pękła jak mydlana bańka. Gdy mamy świadomość tego, że możliwość ocalenia danej postaci jest iluzoryczna, bo ten kto ma zginąć, zginie i tak (tyle że będzie temu towarzyszyć nieco inna animacja), momentalnie siada klimat i słabnie przywiązanie do bohaterów. Ostatecznie i tak nasz wpływ okazuje się minimalny, więc co za różnica, jakiego dokonamy wyboru? Oczywiście podobne zarzuty można było postawić pod adresem wszystkich poprzednich epizodów (nie wyłączając tych z pierwszego sezonu), tym niemniej teraz dało się to odczuć wyjątkowo silnie.

A może po prostu uodporniłem się już na te same fabularne sztuczki, którymi Telltale Games wciąż jeszcze próbuje zaskoczyć i czarować? Byłoby szkoda, bo pewne już jest, że trzeci sezon powstanie, twórcy mają więc nad czym się głowić. Przydałoby się sensownie odświeżyć formułę, nie zatracając jednocześnie ducha serii i klimatu samej opowieści, ten bowiem wciąż jest pierwszorzędny i nie do podrobienia. To jednak nie czas i miejsce na podobne dywagacje. Póki co czekamy na wielki finał. Jestem ogromnie ciekaw, jak zakończą się perypetie Clem i spółki. Po cichu liczę na emocjonalne tornado równe z tym, które przeżyliśmy poprzednio, żegnając się na dobre z Lee. O tym, jak ostatecznie będzie, przekonamy się najpewniej jesienią.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close